GoldenEar Triton Five - The Absolute Sound 09/2015

GoldenEar Triton Five
Posłuchajcie Koniecznie

The Absolute Sound 09/2015 - Jacob Heilbrunn. Oryginalny tekst - pdf.

W greckiej mitologii półbóg Tryton jest opisywany jako istota zamieszkująca morskie głębiny, która dzierży trójząb. Ten pół-człowiek, pół-ryba rezydował w złotym pałacu na dnie oceanu. Jednak chyba jego najbardziej charakterystyczną cechą była umiejętność dęcia w muszlę, dzięki której potrafił wzburzyć lub uspokoić morskie fale.

Nazwa Triton pasuje idealnie do najnowszego głośnika Sandy Grossa – GoldenEar Triton Five. Całkiem jak starożytny heros, ten głośnik ulokowany mniej więcej pośrodku cenowej oferty GoldenEar, potrafi wywołać sztorm lub uspokoić fale dźwiękowe na przestrzeni kilku dosłownie sekund. Wystarczy podłączyć przewody głośnikowe, nacisnąć przycisk Play, a w pokoju odsłuchowym ożyje budząca grozę bestia, osiągająca poziomy głośności znacznie przekraczające jej niezwykle umiarkowaną (jak na standardy high-end) cenę. Kiedy zaś zainstalujemy te głośniki w systemie takim jak mój, gdzie znaczna część urządzeń jest zdecydowanie droższa, będą bronić się znakomicie zarówno pod względem muzykalności, jak i czystej mocy.

Innymi słowy, Tritony Five potrafią przyłożyć - i tak właśnie zagrały, kiedy wcisnąłem pedał przyspieszenia do deski włączając niezwykle rzadkie, pierwsze wydanie płyty Led Zeppelin II – LP wydany przez wytwórnię Atlantic w kwietniu 1969 (pożyczony gwoli ścisłości od wspaniałomyślnego przyjaciela). Kawałek „Whole Lotta Love” uderzył z wielką mocą dźwięku poprzez Tritony, strzały perkusji świstały w powietrzu, a towarzyszyły im przeszywające solówki gitar elektrycznych i różnego rodzaju dźwiękowe efekty. Czy słuchanie muzyki z takimi poziomami głośności jest zdrowe dla naszych uszu? Z pewnością nie. Wkrótce więc trochę odpuściłem. Jednak nawet jeśli takie poziomy dźwięku wywołałyby u Sandy Grossa uczucie zgagi, mój audiofilski diabeł nie mógł się oprzeć sprawdzeniu, czy Tritony Five rzeczywiście potrafią „palić gumy”. Dały radę i wciąż dają.

Głośniki Triton Five hojnie obdarowano przetwornikami bardzo wysokiej jakości – co przekłada się na projekcję obfitej i szerokiej sceny dźwiękowej. Kolejnym elementem, który pomaga Tritonom dostarczyć dźwięk o tak szerokiej przestrzeni – a jednocześnie odróżnia je od innych modeli w tej linii – są cztery, ulokowane po bokach niskotonowe radiatory, które zaprojektowano aby emitowały  najniższy bas, bez konieczności wykorzystania aktywnego subwoofera. Radiatory umieszczono tuż nad podłogą, co maksymalizuje ich zdolność przekazywania najniższych składowych. (Więcej na temat basu w dalszej części). Na drugim krańcu dźwiękowego spektrum znajdziemy wysokotonową wstęgę o nazwie High Velocity Ribbon Driver (pochodną przetwornika air-motion transformer), którą zaprojektowano tak, aby ściskała powietrze pomiędzy fałdami, a nie zasysała i wypychała je na zewnątrz, co zapewnia znakomite dopasowanie impedancji do powietrza otaczającego głośnik. Oprócz tego w konstrukcji Triton Five wykorzystano dwa średnio/niskotonowe przetworniki w rozmiarze 6”, z modelowanymi membranami z polipropylenu, wykonane przy pomocy unikalnej technologii klejenia wierzchołkowego. Dodajmy do tego nierównoległe ściany boczne, wąski front głośnika i zdecydowanie elegancki czarny wystrój zewnętrzny – a otrzymamy zwycięzcę w swojej klasie.

Ponownie jednak przyznam, że tak jak w przypadku innych bardziej ekonomicznie wycenionych głośników, które miałem okazję recenzować ostatnio, nie byłem do końca pewien czego mogę się po Tritonach Five spodziewać. Ostatnio, kiedy tak dogłębnie słuchałem głośników ulokowanych w tym zakresie cenowym, był okres kiedy posiadałem parę Snell E/IV, dobrze ponad dziesięć lat temu. Kolumny Snell zapewniły mi mnóstwo przyjemności z odsłuchów i miło je wspominam po dziś dzień. Głośniki te miały jednak swoje ograniczenia, które stawały się coraz bardziej widoczne z biegiem czasu. W tamtym okresie kolumny Snell, przedwzmacniacz i wzmacniacz mocy Conrad-Johnson oraz gramofon Linn były maksimum, na które mogłem sobie pozwolić – rozbudziły również moją fascynację sprzętem audio, co w późniejszym czasie doprowadziło do zakupu głośników Magnepan 3.7, a następnie wersji 20.1, wzmacniaczy Classé itd. Aktualnie więc, recenzując Tritony Five, nie tylko zatoczyłem pełne koło w czasie, ale również otrzymałem szansę sprawdzenia jak wielki postęp dokonał się w konstrukcji zespołów głośnikowych i w jakim zakresie odnosi się on do pełnozakresowego głośnika high-end na poziomie entry-level.

Co zauważyłem najpierw? Spójność dźwięku Tritonów była ewidentna, a ich zdolność kreowania wysokich tonów i integracja zakresów – fenomenalne. Za każdym razem kiedy idę posłuchać koncertu orkiestry na żywo, odświeżam swoją wiedzę dotyczącą brzmienia, jakiego audiofile poszukują, kiedy mówią o pełnych powietrza, rozciągniętych wysokich tonach – te jednak łatwo jest pomylić ze sztucznie roziskrzonym dźwiękiem. Nie taki rodzaj dźwięku produkuje Triton Five. Jeśli można cokolwiek na temat ich brzmienia powiedzieć to tyle, że całościowa tekstura skłania się raczej ku ciemniejszej stronie, szczególnie w wysokim zakresie tonalnym. Na wspaniałym nagraniu Orkiestry Filharmonii Wiedeńskiej pod batutą Carlosa Kleibera, wykonującej walce Straussa, byłem zaskoczony delikatnością instrumentów smyczkowych w „Akceleracjach”. Byłem pod ciągłym wrażeniem niezwykłej gładkości i jedwabistości przetwornika wysokotonowego w Tritonach; nie występowało żadne zapiaszczenie, rozjaśnienie, ani inne nieprzyjemne cyfrowe naleciałości.

Scena dźwiękowa była również zaskakująco skupiona. Na nagraniu Kleibera uderzenia bębna wielkiego były czysto zdefiniowane z tyłu sali nagraniowej, a sekcję fletów – tak jak różne inne sekcje orkiestry - otaczało mnóstwo powietrza. Inny przykład: na ostatniej płycie CD duetu fortepianowego Anderson & Roe, „The Art of Bach”, wydanej przez Steinway & Sons, zawarto kreatywne i innowacyjne, nowoczesne aranżacje kompozycji Bacha. Na tym nagraniu scena dźwiękowa również była zaprezentowana bezbłędnie. Obydwa fortepiany zostały precyzyjnie naszkicowane, co nie tylko ułatwiało określenie pozycji jednego względem drugiego, ale również wyłowienie ich złożonych gier kontrapunktycznych. Triton Five może pochwalić się znakomitą szybkością. Z biegiem czasu rosła we mnie świadomość, że szybkość ma zasadnicze znaczenie dla dynamiki. Nie chodzi jedynie o czystą moc wzmacniacza, ale także o ogólny poziom obrazowania transjentów poprzez całość systemu, który może przyczynić się do jak najbardziej rzeczywistej dźwiękowej prezentacji lub wpłynąć na nią negatywnie. Byłem nieco zbity z tropu usłyszawszy czystą energię napędową Tritonów Five na płycie CD Count Basie Remembered [Nagel Heyer Records], zawierającej nagranie koncertu wykonanego przez The New York Allstars, przed entuzjastyczną widownią w Hamburgu. Rzeczywiście brzmiała jak koncert gwiazd. W utworze „Swingin’ the Blues,” zespół dosłownie eksplodował poprzez głośniki. Perkusyjna gra Joe Acione zabrzmiała niezwykle efektownie, tak jak żwawe solo na puzonie Dana Barretta – obydwaj muzycy zostali zaprezentowani przez Triton Five z odpowiednim sznytem i precyzją.

A co z basem? Niestety, okazał się być najsłabszym punktem Tritonów. Nie twierdzę, że niski zakres był anemiczny, ale że nie był aż tak dobry, jak średnie i wysokie tony, które brzmią w tych głośnikach po prostu spektakularnie. Tritony schodzą całkiem nisko, ale ich bas po prostu nie jest – zapożyczając fenomenalny termin wykorzystany w recenzji głośników Kharma przez mojego kolegę redakcyjnego Nelia Gadera – „wystarczająco posępny”. W zasadzie nie powinno nas to dziwić. Bas jest najdroższym (i często najtrudniejszym) elementem toru dźwiękowego każdego głośnika. O ile tony średnie są wypełnione i kremowe, soprany wybitnie dokładne –mowa i śpiew wykonawców są przedstawione z niezwykłą czystością – to zakres głębokiego basu jest nieco rozmyty w porównaniu do nich.

Wciąż jednak, jeśli weźmiemy pod uwagę wszystkie te aspekty, w których Triton Five radzi sobie znakomicie – wspaniały koloryt tonalny, gotowość do oddania dynamiki i pięknie wysmuklone wysokie tony – ciężko jest polemizować na temat tych głośników. Ostatecznie, wśród innych atrybutów, zdolność „Piątek” do przekazywania pierwiastka emocjonalnego zawartego w muzyce jest tym, co czyni je tak ujmującym produktem. Na albumie Christiana McBride, „Out Here”, Tritony ukazały duchowość utworu „I Have Dreamed” w dosłownie hipnotyzujący sposób. Uderzenia talerzy szybowały w eter, a spiętrzone dźwięki fortepianu wybrzmiewały niezwykle długo.

Z talentem do przekonującej prezentacji tak wielkiej różnorodności stylów muzycznych, Tritony Five oferują imponującą wręcz jakość, jak na swoją cenę. Po mojej przygodzie z  Led Zeppelin, Sandy Gross obawiał się, że przedwcześnie zakończę sesje odsłuchowe z powodu zniszczenia głośników – lub co gorsza rzucę się w wir czystego headbangingu. Nic z tych rzeczy. Godzina po godzinie, rozkoszowałem się satysfakcjonującą muzyką. Wiem, że te głośniki przekonają wielu audiofilów i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że uwiodą także każdego, kto (jak ja wiele lat temu) będzie rozglądał się za swoją pierwszą, rozsądnie wycenioną parą kolumn głośnikowych. Podsumowując, Sandy Gross odniósł kolejny sukces. Dla kogoś rozważającego zakup głośnika w cenie poniżej 10 tyś dolarów, Triton Five nie jest kolejną opcją. Po prostu koniecznie trzeba go posłuchać.