Acoustic Signature WOW XXL - Audio-Video 12/2015

Acoustic Signature WOW XXL

Tekst: Marek Dyba, zdjęcia: Filip Kulpa, Audio-Video 12/2015
Oryginalny tekst recenzji TUTAJ

Acoustic Signature jest niemieckim specjalistą od gramofonów z siedzibą w Goppingen, niedużym mieście w Badenii-Wirtembergii, niedaleko Stuttgartu. Firmę prowadzi Gunther Frohnhofer, który notabene odwiedził ostatnią wystawę Audio Video Show (patrz relacja na str. 12–23 i nasze wideo na avtest.pl), gdzie demonstrował swój flagowy gramofon Invictus za – bagatela – 450 tys. zł.

Producent oferuje też znacznie tańsze modele, z których najbardziej przystępny ma nieco pretensjonalną nazwę WOW. Zwrócił on naszą uwagę świetnym wykonaniem, szlachetnymi materiałami, atrakcyjnym wyglądem i kompaktowymi rozmiarami. Dostępne są dwie droższe wersje tego modelu – XL i XXL. Oznaczenia mogą być mylące: sugerują powiększone rozmiary, tymczasem te są niezmienne (z wyjątkiem wysokości) i naprawdę kompaktowe. Każdy z modeli WOW ma typową szerokość komponentu hi-fi (430 mm) i umiarkowaną głębokość, będącą pochodną średnicy talerza. Co innego masa – ta jest znaczna.

Zaraz po wystawie zgłosiliśmy „zapotrzebowanie” na WOW, by zaspokoić ciekawość: jak to pięknie wykonane urządzenie brzmi, czy jest wartościową propozycją na coraz „ciaśniejszym” rynku gramofonów średniej i wyższej klasy. Dystrybutor przysłał najdroższą z wersji – XXL – wyposażoną w firmowe ramię TA-1000 oraz opcjonalny zasilacz AC-1. Kombinacja ta oznacza wydatek około 18 tys. zł.. Warto dodać, że podstawowy WOW z ramieniem Regi (RB-202) kosztuje niewiele ponad 1/3 tej kwoty – 6490 zł.

Budowa

Nie ma wątpliwości, że WOW XXL przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom pięknych przedmiotów. Jest mały i zwarty, a mimo to bije od niego swoisty luksus, najwyższa jakość wykonania. Mechanika precyzyjna – ten termin ma w tym przypadku prawdziwy sens.

Podstawa ma budowę warstwową – składa się z 30-mm płyty MDF sklejonej z 10-mm wierzchnią płytą z aluminium. Rogi zaokrąglono, a w czarnej wersji kolorystycznej dodano dokoła całej plinty wąski, srebrny rancik, który wraz ze stalowymi przyciskami sterującymi umieszczonymi na górnej powierzchni, boczną powierzchnią talerza oraz nóżkami i elementami ramienia współtworzy wpadający w oko design. Całość postawiono na trzech regulowanych, aluminiowych nóżkach ułatwiających wypoziomowanie decka.

Jak na kompaktowy i relatywnie niedrogi gramofon, XXL został wyposażony w bardzo solidny, ciężki talerz (7,4 kg) o grubości 34 mm, wykonany z odlewu aluminiowego z ośmioma cylindrycznymi otworami, w których znajdują się tak zwane silencery, czyli walcowate elementy tłumiące wykonane z pozłacanego mosiądzu. Jak twierdzi producent, popierając swą tezę publikowanymi na stronie www wynikami pomiarów, zastosowanie 8 silencerów zapewnia aż 80-dB tłumienie rezonansów talerza w paśmie 2,2–15 kHz. Wynik jest tak imponujący, że wydaje się wręcz niewiarygodny. Spód talerza dodatkowo pokryto warstwą tłumiącą drgania.

Ów niebanalny i ciężki talerz osadzono na firmowym łożysku stosowanym także w najdroższych modelach (producent daje na nie 10 lat gwarancji!). Wykonana ze szlachetnej stali oś łożyska jest bardzo ciasno spasowana z otworem w talerzu, dlatego założenie tego ostatniego (również ze względu na jego sporą wagę) nie jest takie proste. Podstawę łożyska stanowi materiał o nazwie Tidorfolon, będący mieszanką ferrytu, wanadu, teflonu i tytanu. Charakteryzuje się on dużą odpornością na ścieranie i doskonałymi własnościami tłumiącymi.

W celu zachowania niewielkich wymiarów gramofonu silnik synchroniczny wbudowano w plintę. Rolka napędowa znajduje się z tyłu, za talerzem, a moment obrotowy jest przenoszony za pomocą gumowego paska o kwadratowym przekroju bezpośrednio na talerz. Prędkość jest sterowana elektronicznie – użytkownik ma do dyspozycji dwa przyciski – jednym uruchamia talerz, drugim wybiera obroty (33/45). Rozpędzenie talerza zajmuje kilka sekund. W tym czasie mruga czerwona kontrolka. Gdy obroty się ustabilizują, dioda świeci ciągłym światłem. Opcjonalny zasilacz WOW XL AC-1 ma zgrabną metalową obudowę.

Z tyłu plinty umieszczono zacisk uziemienia (gramofonu, ramię ma swój kabelek uziemiający) oraz gniazdo zasilania.

Gramofon wyposażono ponadto w podstawę ramienia (armboard) umożliwiającą instalację ramion o długości 9 cali. Zamontowane ramię TA-1000 było w wersji 9-calowej (Gunther Frohnohofer nie jest zwolennikiem dłuższych ramion, oferując je wyłącznie ze względu na zapotrzebowanie ze strony audiofilów). Zastosowano tu zawieszenie kardanowe, wykorzystujące superprecyzyjne, selekcjonowane łożyska niemieckiej firmy SKF. Rurka ramienia to dość oryginalne rozwiązanie, jako że mamy tu właściwie dwie rurki z włókna węglowego – zewnętrzną i drugą umieszczoną wewnątrz. Są one ze sobą połączone w trzech punktach na całej ich długości. Wewnętrzne okablowanie, łącznie z interkonektem zakończonym wtykami RCA, wykonano z drutu z miedzi o czystości 6N izolowanej teflonem. Opcjonalnie można zamówić wersję ramienia z gniazdem DIN w podstawie, co umożliwia zastosowanie innego interkonektu (do testu trafiła ta pierwsza wersja). Ramię nie ma klasycznego headshella – kończy się aluminiowym elementem z podłużnym otworem, do którego pojedynczą śrubką mocuje się metalową płytkę, a do nieej przykręca się wkładkę. Dostępne są regulacje VTA, azymutu, oraz – oczywiście – siły nacisku igły. Antyskating rozwiązano klasycznie – za pomocą ciężarka zawieszonego na żyłce – tyle, że porusza się on wewnątrz metalowej tulei, co ogranicza możliwość jego nadmiernego kołysania się. Z ramieniem otrzymujemy także przyrząd do kalibracji wkładki, który znacząco ułatwia wykonanie tej czynności, jako że dodatkowa płytka pozwala ustalić właściwe położenie szablonu.

Wraz z gramofonem do testu otrzymaliśmy amerykańską wkładkę Soundsmith Zephyr mk II – rzadko spotykany przetwornik typu moving iron.

 




Brzmienie

Jedną z pierwszych cech, jakie usłyszałem już z pierwszej płyty, co potwierdziło się i przy kolejnych, był dość niezwykły, jak na ten pułap cenowy, spokój bijący z prezentacji. W przypadku gramofonów – co prawda już nie tanich, ale też i jeszcze nieszczególnie drogich – pewna nerwowość brzmienia jest dość powszechna, a przynajmniej słyszalna, gdy porównuje się ten dźwięk do tego ze sporo droższych konstrukcji. Czy to zasługa talerza z systemem Silencer, czy innych cech niemieckiej konstrukcji – trudno powiedzieć, ale fakt jest taki, że na tym pułapie cenowym WOW XXL ma to zaoferowania coś, czego nie spotykamy u rywali.

Acoustic Signature wszystko sobie spokojnie układał i bez pośpiechu prezentował. Ów brak pośpiechu nie wiązał się bynajmniej ze spowolnieniem dźwięku, bo ten był raczej... akuratny: ani specjalnie szybki, ani wolny – po prostu w sam raz, dostosowywał się raczej do tempa narzucanego przez daną płytę. Dzięki temu gramofon spisywał się równie dobrze odtwarzając spokojne nagrania Franka Sinatry czy Cassandry Wilson, jak i przy nieco cięższych brzmieniach Led Zeppelin czy Metalliki. Na tych pierwszych (i im podobnych) prawidłowo eksponował nasycone, ekspresyjne wokale, dając dobry wgląd w ich barwę i fakturę oraz cofając nieco towarzyszące im zespoły. Na szerokiej scenie pojawiały się duże, trójwymiarowe źródła pozorne, a ich lokalizacja była bez zarzutu. W porównaniu z choćby JSikory Basic słychać było, że nie ma tu aż takiej głębi i tak dobrej gradacji planów, ale też mówimy o zestawie ponad 4 razy droższym (również o wkładce z wyższej półki – AirTight PC3). Niemniej, na tle konkurencji z podobnej półki cenowej także i w tym względzie Acoustic Signature prezentował się naprawdę dobrze.

WOW XXL oferuje zrównoważony balans tonalny, acz wrodzona właściwość analogowych nagrań pozwala mówić o naturalnym cieple prezentacji. Zdecydowanie podkreśliłbym tutaj wyraz „naturalny”, bo gramofon nie dodaje nic od siebie, a przynajmniej nie dał się na tym przyłapać. Trzeba jednak pamiętać, że zależy to również i od pozostałych elementów systemu, z wkładką i stopniem gramofonowym na czele. Mamy tu do czynienia z konstrukcją nieodsprzęganą, dość ciężką, można więc było się spodziewać mocnego basu i pewnie prowadzonego rytmu – i tak właśnie było, co potwierdzało się przy każdej płycie bluesowej, czy przy odsłuchu koncertu AC/DC. W tym ostatnim przypadku dobitnie słychać było, że i dynamika, zwłaszcza ta w skali makro, należy do mocnych stron tego gramofonu. Bardzo dobrze prowadzony rytm, dobry drive, energetyczność, umiejętność oddania odpowiedniego poziomu ekspresji – wszystko to składało się na kawał dobrej zabawy przy weteranach rock'n'rolla. Co ważne, XXL dbał również o odpowiednie wypełnienie i różnicowanie niskich tonów, dzięki czemu bas miał nie tylko uderzenie, ale i masę, potrafił zejść naprawdę nisko, nie tracąc kontroli. Co więcej, bas absolutnie nie był jednostajny (co nieodsprzęganym gramofonom, niestety, się zdarza). W przypadku instrumentów akustycznych – kontrabasu, czy fortepianu – WOW XXL dobrze rozkładał akcenty między dość szybką fazą ataku, fazą podtrzymania i długimi wybrzmieniami.

Jak wspomniałem, źródła pozorne były spore, ale nie zauważyłem żadnej tendencji do pokazywania instrumentów większych, niż są w rzeczywistości – fortepian był wielki (na nagraniach, gdzie nagrywano go z bliska), a i w przypadku kontrabasu czuć było ten „kawał pudła”. Z wkładką Soundsmitha niemiecki gramofon potrafił z jednej strony wydobyć dużo informacji z rowków płyty i dzięki temu prezentować detaliczny, pełny, dobrze różnicowany dźwięk, z drugiej – zaskakiwał stosunkowo niskim poziomem szumu przesuwu igły i jakby mniejszą ilością cichszych niż zwykle trzasków. Ot taki drobiazg, ale na tyle istotny, że zwróciłem na niego uwagę. Producent najwyraźniej zadbał zarówno o dobry silnik, jak również wysokiej klasy zasilanie i sterowanie, co przekłada się bezpośrednio na stabilność i czystość prezentacji. Na górze pasma XXL dbał o szczegółowość, dźwięczność i dobre różnicowanie, a jedyne, czego mógłbym sobie jeszcze życzyć, to większa ilość powietrza, jeszcze większa otwartość górnej średnicy i wysokich tonów. Faktem jest, że na te elementy zwracam szczególną uwagę, więc pewnie dlatego się odrobinę „czepiam”. Jednocześnie muszę przyznać, że całość prezentacji była spójna, tworzyła pewną całość, która zdecydowanie mi się podobała – słowem: „czepiam się” nieco na siłę.

Naszym zdaniem

Rozsądnie wycenione gramofony, które można określić mianem stylowych, niekoniecznie w pełni przekonują jakością brzmienia. Niemcom z Acoustic Signature udało się połączyć niewielkie rozmiary i wygląd tego urządzenia z naprawdę klasowym brzmieniem. Nie tylko przekona ono do siebie audiofilów, ale także ułatwi im negocjacje z domownikami w sprawie ustawienia XXL na eksponowanej pozycji w salonie. Nie jest to może jeszcze dźwięk „na całe życie” dla zatwardziałego miłośnika winyli – bo oczywiście można lepiej – ale już tak dobry, że można się spokojnie poświęcić odkrywaniu zarówno nowych płyt, jak i nieznanych wcześniej elementów, detali albumów, które na półce mamy od lat. Bardzo ciekawa propozycja, godna polecenia.

System odsłuchowy:

Pomieszczenie: 24 m2, z częściową adaptacją akustyczną – ustroje Rogoz Audio
Wzmacniacz: Modwright KWA100SE
Przedwzmacniacz liniowy: Modwright LS100]
Przedwzmacniacz phono: RCM Sensor 2
Kolumny: Bastanis Matterhorn
Wkładka: Soundsmith Zephyr mk II 
Kable sygnałowe: LessLoss Anchorwave, Hijiri
Kable głośnikowe: LessLoss Anchorwave
Zasilanie: dedykowana linia od licznika kablem Gigawatt LC-Y, listwy: ISOL-8 Integra, kable sieciowe LessLoss DFPC Signature, Gigawatt LC-3, gniazdka ścienne Gigawatt i Furutech