Velodyne Digital Drive Audio Video 07-08/2016

Tekst : Filip Kulpa

Audio Video 7-8/2016

Muzyczny Sub Bas

Recenzje subwooferów nieczęsto ukazują się na naszych łamach, zaś testy modeli za ponad dwadzieścia tysięcy złotych to już zupełna egzotyka. Jeśli sądzicie, że taki produkt nie ma sensu, to jesteście w dużym błędzie.

Velodyne to firma powstała w 1983 roku z inicjatywy Davida Halla, który wciąż pozostaje dyrektorem zarządzającym i głównym konstruktorem. Podobnie jak REL, jest to producent ściśle wyspecjalizowany. Do całkiem niedawna oferował wyłącznie aktywne głośniki subniskotonowe, czyli – mówiąc prościej – subwoofery. Ostatnio portfolio rozszerzyło się o kilka modeli słuchawek. Te, jak wiadomo, są na fali, więc każdy chce na nich zarabiać. Niemniej, to subwoofery są podstawą biznesu firmy Halla. To dzięki nim firma zasłynęła na całym świecie i to one są jej wizytówką – szczególnie seria Digital Drive. Pierwsza generacja tych modeli pojawiła się w 2003 roku. Niemal od razu zdobyła rozgłos. Velodyne zastosowało w nich technikę aktywnego serwa, dodając coś jeszcze: korekcję EQ i system pomiarowy. W tamtym czasie były to na wskroś innowacyjne rozwiązania. Miałem okazję na przełomie 2007 i 2008 roku testować subwoofer z tej serii – model DD-15 – i pamiętam, że wywarł on na mnie na tyle duże wrażenie, ża na całe lata pozostał moim subwooferowym wzorcem jakości. Referencyjne konstrukcje tej klasy szybko się nie starzeją, toteż nie dziwi fakt, że następna generacja, z dopiskiem Plus w symbolu, pojawiła się dopiero 8 lat później – w 2011 r. Zapewne sądzicie, że skoro minęło kolejnych 5 lat, to mamy trzecią generację. Otóż nie. Wciąż jest oferowana ta druga i można śmiało zakładać, że ma ona przed sobą jeszcze ze dwa-trzy lata rynkowego stażu. Nowość więc to nie jest, co nie zmienia postaci rzeczy, że produkt to ciekawy, choć bardzo drogi. Mówimy bowiem o subwooferze nie za 10 czy 15 tys., lecz za blisko 26 tys. zł! Na ten stan rzeczy swój niemały wpływ ma obecny, wysoki kurs amerykańskiej waluty.

BUDOWA

Dystrybutor dostarczył do testu model DD-15+, który – zgodnie z logiką oznaczeń producenta – wykorzystuje 15-calowy (380 mm) głośnik basowy. Z zewnątrz subwoofer ten bardzo przypomina testowanego ponad 8 lat temu poprzednika, jednak wewnątrz zaszły pewne, całkiem istotne modyfikacje. Jedną z nich jest sposób montażu głośnika. Wewnątrz obudowy znajduje się pionowe ożebrowanie w postaci ośmiokąta z kołem pośrodku i czterema ramionami. Do tej centralnej części przymocowano za pomocą czterech śrub potężny magnes woofera. Waży aż 18 kg (głośnik 18-calowy w modelu DD-18+ ma ten sam magnes, zaś 12-calowy wykorzystuje mniejszy), co daje dobre pojęcie o tym, z jak pokaźnym głośnikiem mamy do czynienia. Ultrasztywna membrana jest wykonana z laminatu pianki Rohacell (znanej z wooferów B&W) i włókna szklanego. W układzie napędowym zastosowano sześciowarstwową skróconą cewkę o średnicy 75 mm, poruszającą się w dłuższej niż poprzednio szczelinie, co przekłada się na bardziej liniową pracę głośnika w roboczym zakresie pracy, wskutek czego występują mniejsze zniekształcenia. Na ich straży stoi jeszcze jedno rozwiązanie – stosowany przez Velodyne od samych początków akcelerometr wbudowany w membranę, który mierząc jej wychylenie (a dokładniej: przyspieszenia) i porównując je ze wzmacnianym sygnałem audio, jest w stanie wykryć, iż głośnik znajduje się poza zakresem liniowej pracy. Układ DSP aplikuje odpowiednią korektę, korygując (redukując) wychylenie membrany. W nomenklaturze producenta rozwiązanie to nazywa się High Gain Servo System.

Efektem jego działania jest ograniczenie poziomu zniekształceń THD do 0,5%. W zakresie niskiego basu to bardzo mało. Według deklaracji producenta, DD-15+ przenosi zakres od niecałych 15 Hz do 120 Hz. Wzmacniacz w klasie D ma moc 1250 W RMS – tyle, co poprzednik, jednak zmiany w konstrukcji napędu głośnika i membrany powodują, że wersja Plus ma być jeszcze bardziej dynamiczna niż stara 15-tka. Digital Drive Plus 15 jest bardzo bogato wyposażony. W górnej części frontu, powyżej głośnika, znajduje się gniazdo mikrofonu pomiarowego (element systemu AutoEQ Plus), złącze mini-USB (do podłączenia komputera w celu konfiguracji), wskaźnik czułości (poziomu) oraz dwa pokrętła (regulacji głośności i częstotliwości odcięcia). Z tyłu, co zrozumiałe, dzieje się jeszcze więcej. Mamy tu trzy pary złącz XLR (wejście, wyjście filtrowane oraz przelotka), analogiczny komplet gniazd RCA jednym oznaczonym jako LFE, komplet wejść głośnikowych, dwa pokrętła regulacji (poziom czułości wejść liniowych i poziom na wyjściach głośnikowych), analogowe wyjścia wizyjne (kompozyt i S-Video) oraz złącza sterowania (2 x RS-232C i RJ-45). Jest też główny włącznik (subwoofer można wybudzać i usypiać zdalnie) oraz gniazdo zasilające IEC bez bolca ochronnego. Obecność analogowych wyjść wideo, zamiast łącza HDMI, zdradza wiek konstrukcji. Już w tej chwili nie każdy amplituner ma wejścia kompozytowe czy S-video, to samo dotyczy projektorów. Wymieniony zestaw wejść i wyjść audio stwarza liczne możliwości podłączenia tego subwoofera do istniejącego systemu. Posiadacze jednostek AV najpewniej skorzystają z wejścia RCA LFE, ewentualnie jednego lub dwóch XLRów.

Właściciele systemów stereo nie są wcale zdani na połączenia głośnikowe (te należy traktować jako ostateczność) – o ile dysponują wzmacniaczem dzielonym lub integrą z rozłączalną sekcją pre-power (wybór nie jest wcale mały). Wyjścia filtrowane (XLR lub RCA) dostarczają odfiltrowany sygnał do końcówki mocy (powyżej 80 lub 100 Hz – zależnie od ustawienia przełącznika hebelkowego), efektywnie zwalniając kolumny głośnikowe z reprodukcji najniższego zakresu. Niemniej, to procesor DSP w jednostce AV daje największe możliwości strojenia systemu. W komplecie z subwooferem otrzymujemy płaskie kartonowe pudełko, a w nim: wysokiej jakości mikrofon pomiarowy w aluminiowym tubusie wyposażony w złącze XLR, uchwyt statywowy, uchwyt biurkowy, kilkumetrowy przewód łączący mikrofon z subwooferem oraz przewód USB do konfiguracji z poziomu komputera PC. Do sterowania służy plastikowy, w miarę poręczny pilot, za pomocą którego (oraz podłączonego ekranu) możemy wprowadzić wszystkie ustawienia, wybierać jeden z pięciu programów, zdalnie włączać i wyłączać głośnik. Subwoofer jest generalnie bardzo solidnie wykonany, choć przy szczegółowej inspekcji można dostrzec drobne niedoskonałości warstwy lakieru na krawędziach obudowy. Są to jednak drobnostki, choć przy cenie ponad 25 tys. zł nie powinny one występować. DD-15+ jest piekielnie ciężki. Oczywiście, od subwoofera tej klasy oczekuje się, że będzie swoje ważyć, jednak masa blisko 50 kg mimo wszystko zaskakuje. Przestawianie urządzenia w pojedynkę jest naprawdę trudne!

W POSZUKIWANIU OPTIMUM

Prawidłowe i precyzyjne ustawienie subwoofera jest warunkiem sine qua non, by wydobyć jego potencjał i możliwości. W Velodyne doskonale o tym wiedzą, dlatego przygotowano oddzielną instrukcję dotyczącą samego subwoofera – jego regulacji elektronicznych – oraz drugą, w której szczegółowo objaśniono, jak optymalnie ustawić subwoofer w pomieszczeniu. Znajdziemy tam mnóstwo cennych uwag – zarówno podstaw mówiących m.in. o tym, że stanowczo złym rozwiązaniem jest stawianie subwoofera pośrodku między dwiema ścianami (bocznymi lub tylną i przednią). Producent zaleca ustawienie blisko ściany, w 1/3 jej długości, jak również liczne warianty z dwoma, a nawet z czterema subwooferami. Przyznam, że nie zastosowałem się do zalecenia postawienia subwoofera przy tylnej ścianie, bowiem z wcześniejszych doświadczeń wynika, że w moim pomieszczeniu odsłuchowym, niezależnie od miejsca przy ścianie, bas będzie przeładowany i spowolniony. Ustawiłem więc DD-15 Plus w tym miejscu, o którym wiem, że zapewnia dobre efekty – analogicznie jak testowany niemal dekadę temu model DD-12.

AUTOKALIBRACJA

W tym momencie właściwie mogłem się już zdać na szczegółowo wyjaśnioną w instrukcji obsługi procedurę autokalibracji AutoEQ Plus. Najpierw należy jednak włączyć dołączoną w komplecie płytę testową, która zawiera 78 minut odtwarzanego w pętli, szybko przestrajanego sinusa z zakresu 15–200 Hz. Wpierw jednak warto ustalić, jaką częstotliwość podziału basu ustawić w jednostce AV lub we wzmacniaczu (chyba że nie korzystamy z tego typu urządzenia). Tutaj wiele zależy od posiadanych kolumn. Velodyne sugeruje możliwie niskie cięcie i – jak pokazały odsłuchy – jest to słuszna rada. Zacząłem jednak od typowych wartości 80–90 Hz uznając, że stosunkowo wysokie cięcie da mi większe możliwości strojenia basu, co w moim pomieszczeniu jest ważne o tyle, że w przedziale 50–90 Hz dzieje się trochę niedobrego (m.in. podbicie przy 86 Hz). Założenie to okazało się niebyt dobre – dość wyraźnie było słychać, że głośnik nie bardzo nadąża za wooferami kolumn, narzucając specyficzną sygnaturę: rodzaj przeciągania, pogrubienia dźwięków. Zdecydowałem się więc na niższe ustawienie – 60 Hz – dostępne w menu amplitunera Yamaha RX-A3050. Wariant 40 Hz uznałem za niecelowy, ponieważ przy tak niskim podziale subwoofer miałby już relatywnie mało pracy, a ideą testu było jego możliwie najlepsze wyizolowanie i próba odpowiedzi na pytania: jak brzmi i jak integruje się z kolumnami. By uruchomić procedurę autokalibracji, wystarczy wcisnąć i przytrzymać przez 5 s przycisk EQ na pilocie. Sygnał emitowany przez subwoofer i kolumny jest zbierany przez mikrofon pomiarowy, w czasie rzeczywistym analizowany,

wyświetlany w postaci wykresu odpowiedzi amplitudowej na ekranie i korygowany przez układ DSP subwoofera metodą kolejnych przybliżeń, by osiągnąć założony efekt – możliwie płaską i równą charakterystykę w zakresie do 200 Hz. Operacja zajmuje około 2–3 min. Oczywiście, w przypadku realizacji podziału pasma w zewnętrznej jednostce AV, korekty parametryczne EQ są skuteczne jedynie w obrębie pasma efektywnej pracy subwoofera – tutaj był to zakres do 60 Hz. Wspominam o tym celowo, gdyż nie każdy może być tego świadomy, a i system pomiarowy tego „nie wie”. Brzmi to wszystko obiecująco, jednak czułość i precyzja akustycznego pomiaru jest tak naprawdę ograniczona. Wiem to choćby stąd, że puszczenie sinusa o zadanej częstotliwości skutkuje wyświetleniem na ekranie „góry” o profilu Gubałówki – a to oznacza, że liczba próbek jest zbyt mała, by odwrotna transformata FFT mogła dać precyzyjny wynik (w idealnej sytuacji na ekranie powinniśmy zobaczyć „szpilkę” w towarzystwie jakiegoś rozkładu zniekształceń harmonicznych). Wbudowany analizator widma nie jest w stanie – na podstawie kilkusekundowego pomiaru – dokładnie wyznaczyć częstotliwości, przy której występuje znaczne podbicie lub duża dziura w pasmie. Pomiar jest więc prawdziwy w swym ogólnym zarysie i tendencji – nie daje jednak szczegółowego spojrzenia na to, co się dzieje w pomieszczeniu odsłuchowym. Mimo to przesunięcie statywu o 10 cm wyraźnie zmienia obraz charakterystyki. Dlatego ważne jest, by mikrofon ustawić dokładnie w miejscu, gdzie znajduje się głowa słuchacza.

STROJENIE RĘCZNE

Mając powyższe na uwadze, uznałem, że lepsze efekty uzyskam, strojąc subwoofer ręcznie, korzystając z posiadanej wiedzy na temat pomieszczenia odsłuchowego, spoglądając na wynik pomiaru, jak również dokonując poprawek na ucho, korzystając z nagrań muzycznych (do czego zresztą zachęca producent). Przyjąłem uniwersalną w korekcji EQ zasadę, że im płytsze i mniej drastyczne korekty, tym lepiej. Zacząłem od ustawienia wartości fazy, wysłuchując tego, jak zmienia się poziom SPL w punkcie podziału. Jeśli włączenie subwoofera istotnie go zwiększa, to znaczy, że subwoofer i kolumny pracują z zgodnej fazie (czytaj: dobrze), jeśli poziom maleje – głośniki są w przeciwfazie (niedobrze). Warianty pośrednie oznaczają przesunięcia fazy mniejsze lub większe niż 180 stopni – trzeba je dobrać eksperymentalnie. A możliwości jest wiele, bo w menu subwoofera fazę możemy przestawiać co 15 stopni – różnice pomiędzy kolejnymi ustawieniami są tak małe, że trudno je usłyszeć, a jeszcze trudniej dostrzec je na ekranie. Kolejnym krokiem było ustawienie poziomu i dobranie parametrycznej korekcji EQ. Tak naprawdę, obie te korekcje trzeba optymalizować jednocześnie – pierwsza wpływa na drugą i odwrotnie. Ci, którzy nie znają specyfiki pomieszczenia odsłuchowego, muszą zawierzyć procedurze pomiarowej, która automatycznie ustala także inne parametry, jak częstotliwość i nachylenie zbocza filtru dolnoprzepustowego oraz właśnie przesunięcie fazy. Ja, jak już wspomniałem, początkowo „uparłem się”, że sam zrobię to lepiej. Dojście do satysfakcjonujących ustawień zajęło mi jakieś 2 godz. Jako ciekawostkę podam, że początkowe ustawienie poziomu czułości subwoofera (19) okazało się zdecydowanie za wysokie. W toku kolejnych poprawek zredukowałem poziom do 13–14, a ostatecznie zjechałem jeszcze o dwie działki (11–12). Sprawę komplikował fakt, że plansza menu z korekcją EQ wyświetla się na dłużej tylko wtedy, gdy z głośników dobiega sygnał testowy z załączonej płyty CD. A ten, jakby nie było, jest dość męczący (nie może być zbyt cichy, bo wtedy procedura zgłasza błąd i się wyłącza). Jeśli go wyłączymy – choćby po to, by sprawdzić uzyskane efekty innymi sygnałami testowym mamy mniej niż 10 sekund, by wprowadzić korekcje i je zapisać. Przypuszczam, że gdy skorzystamy z połączenia USB i komputera do wprowadzania korekt, uwolnimy się od tego problemu. Tego jednak nie wiem na pewno, gdyż nie korzystam z komputera PC ani z systemu Windows. Procedura Auto EQ Plus wprowadziła wyraźnie inne ustawienia niż te, które zdefiniowałem ręcznie. Wyjątkiem był poziom ustawionej czułości, której wartość system ustalił na niezmienionym poziomie (14).

 

BRZMIENIE

Amerykański producent nieraz już dowodził, że potrafi robić subwoofery, które dobrze odtwarzają muzykę, nie skupiając się jedynie na uzyskiwaniu maksymalnych poziomów SPL i jak najniższego basu – elementów pożądanych w kinie domowym. Wbrew pozorom, uzyskanie tych cech nie jest przesadnie trudne. Co innego zaprojektowanie subwoofera – w dodatku dużego – w taki sposób, by „nadążał” za muzyką i dawał prawdziwą satysfakcję z poprawienia reprodukcji zakresu niskotonowego. Właśnie tego oczekiwałem od DD-15+. Dlatego test odbył się w systemie 2.1. Słuchałem głównie muzyki zapisanej w formatach bezstratnych – zarówno tej dwukanałowej, jak i nagrań wielokanałowych z płyt Blu-ray. Nim przejdę do opisu wrażeń, jedna dość istotna uwag – łączenie testowanego Velodyne z monitorami lub niedużymi kolumnami podłogowymi o ograniczonym pasmie i dynamice wymaga pewnej ostrośności, z powodu, o którym wspomniałem wyżej. Podział basu przy 60 Hz (a tym bardziej niższy) nie odciąży dostatecznie tego typu głośników, a w związku z tym nie zyskają one odpowiednio na dynamice i redukcji zniekształceń. Z drugiej strony, jeśli instalacja odbędzie się w systemie stereo, przy użyciu wejść i wyjść subwoofera, to problem ten jednak zasadniczo nie istnieje, gdyż sygnał jest filtrowany dość wysoko (80 lub 100 Hz), choć łagodnie (6 dB/ okt). Wówczas istotnym parametrem staje się dostrojenie częstotliwości podziału w subwooferze, co procedura Auto EQ również robi samodzielnie. Wartość tę można jednak dowolnie zmieniać. W czasie testu często korzystałem z cennej możliwości, jaką oferuje funkcja Pure Direct w amplitunerze Yamahy. Omija ona układ zarządzania basem, pomijając przekierowanie basu do subwoofera, w efekcie czego był on wyłączany, a cały ciężar reprodukcji przejmowały kolumny główne, które w moim pomieszczeniu odsłuchowym (przy wspomaganiu ścian) schodzą do ok. 25 Hz. To porównanie dawało mi możliwość szybkiej i precyzyjnej oceny tego, jak dobre są efekty wpięcia subwoofera w system. Drugą miarą precyzji „zszycia” obu systemów głośnikowych było wyciszanie subwoofera w trakcie odtwarzania muzyki na różnych nagraniach. Polecam korzystanie z obu tych testów w trakcie kalibracji dowolnego systemu 2.1/5.1/7.1. No dobrze, ale jakie efekty spowodowało włączenie DD-15+ w system odsłuchowy? Po pierwsze – i to jest coś, czego oczekiwałem – 15-calowy Digital Drive zniwelował lub wręcz wyeliminował pogrubienie średniego basu będące udziałem modów mojego pomieszczenia przy ok. 55, 70 i 85 Hz. W rzeczy samej, energii w tym zakresie ubyło, co w przypadku sporej części nagrań (obojętnie jakiego gatunku) powodowało, że basu było nieco mniej niż przed instalacją subwoofera. Wiele mniej wtajemniczonych osób, które dodanie subwoofera postrzegają przez pryzmat „efektów” takich, jak drżenie podłogi czy wzrost poziomu adrenaliny u słuchacza, może być w tym miejscu zawiedzionych – jak to, subwoofer, który uszczupla bas? To jednak celowe działanie: w pierwszym kroku przy instalacji dobrego subwoofera należy zadbać o to, by poprawić to, co psują kolumny w interakcji z pomieszczeniem. To kwestia precyzyjnego wyrównania poziomów w punkcie podziału i odpowiedniego ustawienia fazy. Niewiele subwooferów na rynku daje w tym zakresie równie dużą elastyczność co Velodyne. Połączenie subwoofera z moimi w zasadzie pełnopasmowymi kolumnami sprawiło, że średni podzakres basu stał się znacznie czystszy, klarowniejszy, precyzyjniejszy i zwyczajnie równiejszy nie tylko w porównaniu z sytuacją „sprzed”, lecz również w stosunku do tego, co oferuje high-endowa elektronika stereo, obojętnie jakiej jakości. A przypomnę, że sygnał był teraz wzmacniany przez amplituner AV! Taka jest, niestety, smutna prawda – i to pomimo tego, że moje pomieszczenie służy wyłącznie do odsłuchu, ma dziesiątki ustrojów akustycznych, a zestawy głośnikowe są ustawione zupełnie bezkompromisowo. Wyobrażam sobie, że większość audiofilów słucha w znacznie gorszych warunkach, a metod poprawy basu upatruje w wymianie okablowania. Zupełnie nie tędy droga, drodzy audiofile! Pisałem o tym już niejednokrotnie, lecz myślę, że warto to powtórzyć. Dzięki dodaniu subwoofera do instalacji stereo zyskujemy cenną możliwość pozbycia się chociaż części podbarwień basu. Oczywiście, aby sukces w tym zakresie był możliwy, subwoofer musi być dostatecznie szybki i dokładny. I taki właśnie jest Digital Drive Plus 15. Wielu audiofilów uważa, że skoro ich kolumny przenoszą do 30 Hz, to podział pasma należy ustawić przy tych 30, góra 40 Hz. Nonsens. Dynamika zestawów głośnikowych poniżej 40 Hz jest już z reguły bardzo mała, z kolei ograniczenie pasma pracy subwoofera do jednej oktawy jest marnotrawieniem potencjału takiego głośnika. DD-15 Plus znakomicie pracuje do 50–60 Hz, co należy bezwzględnie wykorzystać, odciążając kolumny główne i linearyzując reprodukcję basu – także dzięki wbudowanej w subwoofer korekcji EQ. Drugim, obok niebagatelnej poprawy jakości średniego basu, efektem, jaki uzyskałem, było oczywiście to, na co wszyscy czekają: wzrost potencjału systemu w zakresie dwóch najniższych oktaw. Przerzuciłem grubo ponad setkę trudnych nagrań, odtwarzając niektóre po kilka razy, szukając niedoskonałości: rozlazłości, miękkości, pogorszenia timingu, zdudnień, czy po prostu zniekształceń. I prawdę powiedziawszy, nie potrafię ich wskazać. Jedynym punktem odniesienia, który mógłby podważyć kompetencje DD-15+ byłoby odniesienie do możliwości wybornych zestawów głośnikowych klasy Wilson Audio Sasha Series II. Tu przyznam: wolę mimo wszystko bas Sashy – oczywiście „pędzonej” z odpowiedniej amplifikacji za min. 100 tys. zł. Nawet biorąc pod uwagę wspomniane niedoskonałości pomieszczenia. Tej swobody i naturalności doznań Velodyne raczej nie zapewni. Ale to żadna krytyka, bo mówimy tu o rażącej dysproporcji cen ocenianych systemów. Ważne jest co innego: mianowicie to, że Digital Drive 15+ zapewnił bardzo wyraźną, nieomal drastyczną poprawę reprodukcji niskiego basu w moim systemie. Włączanie trybu Pure 

Direct w amplitunerze (pominięcie subwoofera) powodowało, że bas się kurczył, stawał się mniejszy – jakby grały duże monitory, nie zaś pokaźne podłogówki na dwóch 8-calowych wooferach. W wyższych partiach stawał się nadmuchany i rozmyty, zaś w niższych zwyczajnie brakowało mu „poweru” i kopa. Owszem, był zaznaczony, ale jakiś niezdecydowany, nieczytelny, wątły. Przekierowanie basu do subwoofera natychmiast przywracało pożądany stan: bas zyskiwał niesamowitą ENERGIĘ, krawędź, ten fajny „podmuch” autentycznie energetyzował pomieszczenie, co było czuć podczas uderzeń skutecznie przenoszonych przez siedzisko skórzanego elektrycznie rozkładanego fotela (tak na marginesie: polecam każdemu audiofilowi!). Nie tylko słuchanie muzyki elektronicznej czy tej z dużym udziałem elektroniki w ogóle dostarczało mnóstwo frajdy (choćby „Ray of Light” Madonny). Praktycznie każde nagranie, włącznie z muzyką chóralną, orkiestrową, akustycznym jazzem, niepomiernie zyskiwało po instalacji Nie znalazłem ani jednego utworu, który brzmiał lepiej „przed”. Niekiedy efekt był umiarkowanie duży (brak niskiego basu w nagraniu i niewiele średniego), jednak znacznie cześciej używałem określeń: „bardzo znaczący”, „brak porównania”, „zupełnie inna klasa doznań”. A jak wypadło porównanie najlepszych ustawień ręcznych na tle tych dobranych automatycznie? W gruncie rzeczy, powyższy opis pasuje do każdego z nich. Ręczne ustawienia były bardziej „suche”, nieco wycofane w midbasie w porównaniu z tymi narzuconymi przez system. Te w sumie bardzo mile mnie zaskoczyły. Nie sądziłem, że procedura autokalibracji zapewni tak dobre efekty! Trudno mi ocenić, czy efekt był lepszy, czy gorszy od tego, który uzyskałem po ręcznej kalibracji. Był inny, choć w sumie zbliżony, nie tak wcale odległy. Dlatego postanowiłem spróbować trzeciego ustawienia – też ręcznego – biorąc pod uwagę to, co wiem o pomieszczeniu, oraz to, co zmierzyła procedura Auto EQ. I wydaje mi się, że to trzecie ustawienie było najbliższe idealnego. 

A EFEKTY W KINIE?

Jak już wspomniałem, nie uruchamiałem konfiguracji wielokanałowej – bo tak naprawdę nie było to potrzebne. Wariant 2.1 jest na potrzeby testów subwooferów w zupełności wystarczający. A nawet lepszy. Bas z koncertu Johna Mayera „Where the light is” był najlepszym, jaki do tej pory słyszałem u siebie w pomieszczeniu. Zwykle słucham tego koncertu w konfiguracji 4.0, jednak to, po pokazały Zollery w połączeniu z Velodyne z trybie 2.1, było o KLASĘ lepsze. Zamiast odgłosów z tyłu (te po bokach w dużej mierze i tak słyszę z dwóch kanałów) otrzymałem bas głębszy, twardszy, bardziej jędrny. W dodatku niezwykle dynamiczny i odpowiednio szybki. Po prostu akuratny. Wielu audiofanów, zwolenników kina domowego uważa lub powtarza „miejską legendę” jakoby ustawienia subwoofera do „kina” winny być inne niż do odsłuchu stereo. Zdecydowanie się z tym nie zgadzam. Istnieje tylko jedno właściwe ustawienie subwoofera: akuratne, neutralne – jak kto woli je nazywać. Zawsze ustawiam subwoofer korzystając z muzyki, podpierając się sygnałami testowymi, i to samo ustawienie aplikuję w systemie AV. Nie bawię się żadnymi trybami czy programami (te u Velodyne też są), bo zawsze oznacza to utratę precyzji. Tak samo wolę jedno, dobrze ustawione zawieszenie w samochodzie niż możliwość bawienia się przełączaniem trybów jazdy, które nierzadko wiele nie zmieniają, a tylko powodują zamęt w głowie aktywnego kierowcy, pragnącego po prostu czuć, jak się zachowuje auto w skręcie, przy hamowaniu, gdy zmienia się nawierzchnia. Żeby nie było, iż ograniczyłem się do samej muzyki (choć uważam, że przede wszystkim na niej docenimy wszystkie walory tego modelu), podzielę się nieco luźniejszymi spostrzeżeniami z projekcji filmu „Marsjanin”. W tym celu użyłem nieco leciwego już redakcyjnego projektora JVC DLA-HD1 i zwykłej płyty Blu-ray. Po kwadransie projekcji uderzyło mnie jedno: brak HDR nie był dla mnie żadnym problemem. A przynajmniej HDR-u w tym wydaniu, jakie miałem okazję oglądać do tej pory. Uważam, że w tego typu produkcji, jak „Marsjanin" (również w wielu innych filmach), o wiele większe znaczenie, niż HDR, ma bardzo dobry dźwięk. Niekoniecznie wielokanałowy. Groza sytuacji, przerażenie przemieszane z determinacją bohatera, oddawane w warstwie ścieżki dźwiękowej tworzyły o wiele solidniejszy fundament nowych doznań niż jasność obrazu na (o wiele mniejszym) ekranie TV. Polecam to pod rozwagę wszystkich zafascynowanych najnowszą techniką wideo, którzy sądzą, że 4K i HDR na 70-calowym ekranie plus dobry soundbar czy kino all-in-one zapewnią im ekstazę zmysłów. Osobiście wybieram projektor 1080p, zwykły Blu-ray i dobry system 2.1 z subwooferem tej klasy co Digital Drive Pus 15. Nie, to nie jest reklama produktu.

NASZYM ZDANIEM

Velodyne był i nadal jest autentycznym ekspertem od subwooferów – wcale niekoniecznie tych, które najskuteczniej trzęsą podłogą i burzą mury, lecz takich, których wpięcie w system odsłuchowy przynosi wymierne i bezwzględne korzyści po stronie czysto muzycznej. Na przestrzeni lat przekonałem się, że niemal każdy z modeli tej marki potrafi poprawić brzmienie systemu adekwatnej jakości. Model DD-15+ zapewnia kulminację tych osiągnięć i jest zarazem kapitalną propozycją dla wszystkich tych, odpowiednio przygotowanych finansowo audiofanów, którzy: a) borykają się z niedoskonałym basem uzyskiwanym ze swoich systemów stereo lub wielokanałowych; b) szukają high-endowej jakości subwoofera do dopiero co powstającego systemu wielokanałowego z bardzo wysokiej półki. Niewątpliwie jest to subwoofer bardzo kosztowny. Jednak wszystko jest względne. Ceny dzisiejszych systemów stereo high-end idą w setki tysięcy złotych. Bardzo dobry system 5.1 to wydatek min. 100 tys. W tym kontekście zakup DD-15+ jest daleki od abstrakcji. Posunę się wręcz do stwierdzenia, że może to być o wiele lepsza inwestycja niż zakup drogiego dzielonego wzmacniacza AV, zaś na gruncie systemów dwukanałowych – lepsza niż inwestowanie w bardzo drogie zestawy głośnikowe lub wzmacniacz, nie mówiąc już o kablach czy kondycjonerach. W skali urządzeń high-end zainwestowanie kwoty 26 tys. zł na jeden z tych elementów (lub wszystkie naraz) niekoniecznie wprowadzi nas na wyraźnie wyższy poziom jakości. Natomiast podłączenie i umiejętne skalibrowanie tego subwoofera spowoduje to z całą pewnością. W najbardziej komfortowej sytuacji są Ci, którzy posiadają przedwzmacniacz lub wzmacniacz zintegrowany z wyjściem na subwoofer i możliwością filtracji niskich tonów w kanałach głośnikowych. Z ich punktu widzenia sprawdzenie możliwości DD-15+ potraktowałbym jako absolutną konieczność. Pozostali też powinni spróbować