PrimaLuna ProLogue Premium - Hi-Fi i Muzyka 05/2011

Maciej Stryjecki
Hfm 05/2011

Włosi słyną z gorącego temperamentu, miłości do spaghetti i dobrego wina. W świecie hi-fi znani są z kolei z perfekcyjnej stolarki à la Sonus Faber i równie pięknych wzmacniaczy lampowych, jak Unison Research. Wzmacniacze PrimaLuny także przyciągają wzrok urodą i jakością wykonania, chociaż nie znajdziemy w nich ani kawałka drewna. Być może dlatego, że ze słoneczną Italią nie mają nic wspólnego.

Nazwa jest myląca, a korzenie firmy tkwią w holenderskiej depresji. Przedsiębiorstwo założył Herman van den Dungen, pochodzący ze starej arystokratycznej rodziny. Karierę rozpoczynał jako sprzedawca hi-endu.

Od młodości fascynowały go lampy i już w 1975 roku zadebiutował pod szyldem Durob Audio jako producent. Jego kolejna firma zajmowała się dystrybucją różnych marek, ale to jej własne projekty zwróciły uwagę miejscowych melomanów. Były to m.in. odtwarzacze CD, również lampowe. Herman udoskonalał także istniejące konstrukcje, a jego upgrade’owane Philipsy i Marantze cieszyły się sporym wzięciem.

Przełom nastąpił w 2003 roku, kiedy zwrócił się o pomoc do Kevina Deala, amerykańskiego guru światka lampowego, a ten pokierował jego poczynaniami. Podsyłał mu gotowe projekty, a Herman miał się zająć ich wykonaniem. Znalezienie zaplecza w Europie okazało się trudne. Zwłaszcza że wzmacniacze miały być dostępne dla średnio zamożnego mieszkańca Starego Kontynentu. Jak nietrudno przewidzieć, van den Dungen swoje kroki skierował do Chin. PrimaLuna w materiałach promocyjnych podkreśla, że długo szukano wykonawcy spełniającego wyśrubowane kryteria jakości i powtarzalności. Myślę jednak, że to stworzona na potrzeby „pijaru” legenda, bo latający Holender nie błądził po bezkresach Państwa Środka, tylko od razu trafił do Shenzen, gdzie rozpisał ofertę, którą wygrał producent wzmacniaczy Spark.
Nie oznacza to, że klasa wykonania musi ustępować europejskim konkurentom. Nie od dzisiaj wiadomo, że Chińczycy potrafią zrobić produkt tak, jak się klientowi podoba. A więc: niechlujnie albo perfekcyjnie. Wszystko zależy od tego, ile się im zapłaci. Klasa wykonania to także specyfikacja towaru, podobnie jak jego ilość i stopień komplikacji produkcji. Wzmacniacze PrimaLuny są zrobione starannie, co da się ocenić już na pierwszy rzut oka. Jeżeli ktoś chce zapłacić mniej, może wybrać drugą markę spod skrzydeł Hermana – Mystere.
Ostatnimi czasy Kevin zakończył deal z PL, więc nasz bohater zwrócił się o pomoc do Marcela Croese, nadwornego konstruktora Goldmunda. Jego dziełem jest odtwarzacz CD ProLogue Eight, do niedawna jedyne źródło w katalogu. Obecnie doszedł jeszcze droższy cedek z serii Premium, także lampowy. Reszta to wzmacniacze: integry, preampy, końcówki mocy i monobloki. Ceny wahają się od 5000 do 15000 zł. Opisywany ProLogue Premium jest najdroższą konstrukcją zintegrowaną. Można ją rozbudować o moduł phono, za kolejne 790 zł.

Budowa

W przypadku wzmacniaczy lampowych jakość wykonania bywa różna. Czasami producenci są przekonani, ze sama magia lamp wystarczy, aby wysoko wycenić dany model. Poza tym niedokładności mogą podkreślać „rustykal” ręcznej roboty. Na szczęście Premium się od tej grupy odcina. Z zewnątrz może nie jest piękny, ale wygląda jak mądrze zaprojektowany wzmacniacz, w którym akcenty wzornicze dostosowano do wymogów konstrukcji. Nie ma tu chromów, złoceń ani wodotrysków. Ale z drugiej strony – po co? I tak o jego urodzie będą decydować lampy. Tak samo prezentuje się Jolida, a i najtańszy Audio Research nie odstaje od kanonu. Lampowiec to lampowiec, tak jak słoń to słoń.
Płyta czołowa to gruby płat aluminium. Równo wycięty i wyszlifowany. Widać tutaj dwie gałki. Pierwsza to potencjometr siły głosu (z lewej), druga – wybierak źródeł. Do dyspozycji mamy pięć wejść liniowych, w tym Home Theater (ciekawa opcja dla lampiaka...). Pilot jest prosty (ma sześć przycisków), metalowy i odporny na głupotę użytkownika, a przy tym poręczny. Po kilku sekundach nauki można z niego korzystać w ciemności.
Pracę urządzenia sygnalizuje mała dioda na froncie. Kiedy wzmacniacz sięnagrzewa, świeci na czerwono. Zmiana koloru na zielony sygnalizuje gotowość do pracy. Słuchanie najlepiej jednak rozpocząć po kilkunastu minutach, kiedy szklane bańki się nagrzeją. Różnica jest duża i warto poczekać.

Obudowa wygląda bardzo dobrze. Emaliowana na błysk blacha przykrywa elektronikę i transformatory wyjściowe. Z tyłu mamy komplet złoconych wyjść i wejść dobrej jakości. Jest 5 par czinczy i solidne gniazda kolumnowe. Przewidziano odczepy dla 4 i 8 omów.
Włącznik sieciowy umieszczono z lewej strony. Z prawej znalazł się podobny prztyczek. Służy on do zmiany prądu spoczynkowego dla lamp, które zechcemy zastosować. Można wybierać pomiędzy EL 34 i KT 88. Z EL 34 integra kosztuje 9120 zł, a KT 88 – 10320. Dystrybutor nie pozostawia nas potem w szczerym polu, bo oferuje lampy oznaczone logiem PL (nie znam ich pochodzenia, ale obstawiam, że są chińskie) na wymianę. Jeżeli się zużyją, za KT przyjdzie zapłacić 500 zł (sztuka), za EL 34 – 140 zł. Drogo, ale producent zapewnia, że komponenty są starannie selekcjonowane.
Jak nietrudno policzyć, opłaca się zainwestować we wzmacniacz w droższej wersji i... dokupić komplet EL 34, a potem wybierać. Według osób obeznanych z tematem, EL 34 to propozycja bardziej „audiofilska”, o ile lampy zostaną właściwie zaaplikowane i nie pojawi się „przymulenie” góry. Wówczas możemy oczekiwać typowej dla szklanych baniek magii. KT 88 to z kolei lampa bardziej wydajna, lepiej sterująca kolumnami. Zdania na temat obu typów zawsze będą podzielone, warto więc zabawić się w test na własnyużytek i sprawdzić, co chętniej wetkniemy w ceramiczne gniazda.
Moment wymiany zużytych lamp można odwlekać w nieskończoność, bo wydatek jest spory. Należy jednak pamiętać, że bańka tracąca próżnię ma znacznie gorsze parametry od nowej i spadek jakości brzmienia będzie stopniowy, ale znaczący. W przypadku wzmacniacza ProLogue nie musimy się przyglądać kolorowi poświaty, bo o agonii lampy informuje umieszczona tuż przy niej dioda.
Lampy wejściowe i sterujące to 12AU7. Te będą pracować znacznie dłużej, a ich wymiana nie będzie już kosztowna (80 zł za sztukę).
Całą szklaną menażerię zabezpiecza przez wścibskimi paluchami siatka z szybami na bokach. Można ją zdjąć i przyglądać się żarzącym się ognikom. To relaksujący i miły dla oka obrazek.
Po rozkręceniu obudowy widzimy staranną robotę. Zastosowano montaż przestrzenny, chociaż tu i ówdzie ulokowano też płytki drukowane. Warto zauważyć, że kabelki poprowadzono precyzyjnie, a na komponentach nie oszczędzano. Za regulację głośności odpowiada błękitny Alps sterowany silniczkiem. W selektorze wejść znalazły się przekaźniki Takamisawy. Prądu spoczynkowego nie trzeba ustawiać; zrobi to za nas Auto Bias, nieustannie monitorujący i korygujący punkt pracy lamp. Według producenta jest dokładniejszy niż regulacje wykonane ręcznie. Za nim umieszczono dwa potężne elektrolity francuskiego Solena i szybkie diody prostownicze. Kolejną atrakcją jest układ wejściowy na 12AU7, podobno charakteryzujący się znikomymi zniekształceniami.
Wzmacniacz ma szereg zabezpieczeń. Bad Tube Indication to nic innego, jak wspomniana wcześniej dioda, sygnalizująca zużycie lampy. Następne – Power Transformer Protection – powodujeodcięcie zasilania, gdy wzmacniacz się przegrzeje. Output Transformer Protection chroni transformatory wyjściowe przed skutkami uszkodzenia lamp albo błędem użytkownika. Przekaźnik +B zastępuje bezpieczniki i podobno mniej niż one ingeruje w tor sygnałowy. Ma też tę przewagę, że po powrocie właściwych parametrów pracy nie trzeba go wymieniać. Do tego dochodzi układ miękkiego startu.

Konfiguracja systemu

Warto poszukać łatwych do wysterowania kolumn, bo ułatwią PrimaLunie życie. Wzmacniacz sprawdza się jednak także w ekstremalnych warunkach. Na krótko (i na próbę) podłączyłem go (z KT 88) do ATC SCM 40 i... zagrał w miarę przyzwoicie. Szacunek, bo to połączenie po prostu nie miało prawa działać. Dlatego szybko wróciłem do Tempo VI Audio Physica, kabli Harmoniksa i źródła Gamuta.

Wrażenia odsłuchowe

KT 88

Z KT 88 integra zachowuje się nadzwyczaj neutralnie jak na lampę. Z kontrolą niskich częstotliwości mocny tranzystor poradzi sobie lepiej, ale nie na tyle, żebyśmy z PrimaLuną odczuwali dyskomfort. W tym aspekcie jest podobna do najlepszych modeli konkurencji, chociażby chwalonej na naszych łamach Jolidy 502. Oczywiście, na płytach Marcusa Millera przydałoby się więcej tempa i energii, ale efekt, który usłyszycie, nie powinien sprawić zawodu.
Bas nie schodzi może zbyt głęboko, ale jest stosunkowo mocny i – jak nietrudno odgadnąć – nosi cechy przyjemnej miękkości, przedkładanej często przez audiofilów nad konturowość rysunku. Na „Pyramid” Alan Parsons Project i albumach Dream Theater (fantastyczny jest ten Japończyk!) czujemy miękką i sprężystą podstawę harmoniczną. W podobnym repertuarze można się spodziewać więcej, ale warto zauważyć, że po pierwsze, w symfonice proporcje są wyważone, a po drugie, to jednak lampa o mocy 40 W. Nie można od niej też oczekiwać powalającej dynamiki. Ta okazuje się w większości przypadków wystarczająca, a co ważniejsze, odczuwalna także przy cichym słuchaniu.

Powszechnie panującym stereotypem w odniesieniu do lampy jest wycofanie góry. W ProLogue’u zjawisko to nie występuje. Przeciwnie, wysokich tonów jest dużo; można się nawet doszukać ich ekspozycji. Dla wielu osób będzie to dobra wiadomość, bo obawiają się utraty bogactwa harmonicznego perkusji. Wzmacniacz podkreśla szczegóły, ale nie kaleczy uszu, bo góra jest dobrej jakości. Nośna, nasycona alikwotami i wybrzmieniami. W starszych nagraniach nie da się jednak uniknąć lekkiego cykania, ale to już nie jest winą KT 88, tylko dźwiękowców. Z dwojga złego wolę to niż poprawianie rzeczywistości przez elektronikę. Tym bardziej, że w dobrych realizacjach brzmienie talerzy jest po prostu wciągające.
Średnica, jak na lampę przystało, jest ciepła i lekko podkreślona. Jednakwzmacniacz nie buduje magicznych klimatów. Stara się być rzetelny i obiektywny. Wada to czy zaleta? To już zależy od indywidualnych preferencji i oczekiwań. Jeżeli szukacie czarodziejskiego świata triody, to raczej nie ten adres.

Za to na same pochwały zasługuje przestrzenność dźwięku. Zarówno szerokość, jak i głębokość sceny okazują się bardziej przekonujące niż u większości tranzystorowych konstrukcji z tego przedziału cenowego. Za wybitną należy uznać czytelność. Dotyczy to każdego zakresu pasma. Brzmienie jest niesłychanie szczegółowe i pozostaje takim nawet w skomplikowanych fakturach i składach. Rozebranie orkiestry symfonicznej na czynniki pierwsze jest łatwe, a wraz ze wzrostem poziomu głośności nie zauważamy zamazywania konturów grup instrumentalnych ani zlewania się źródeł operujących w podobnym zakresie częstotliwości. Nawet przy bardzo głośnym słuchaniu nie tracimy komfortu i przekonania, że mamy do czynienia z urządzeniem wysokiej jakości.
PrimaLuna stawia na przejrzystość, przestrzeń oraz zachowanie naturalnych proporcji pomiędzy zakresami i planami nagrania. Z KT 88 to może jeszcze nie wybitny, ale na pewno udany wzmacniacz, któremu nie można niczego zarzucić i którego słucha się z przyjemnością.

EL 34

Z EL 34 dysponujemy mniejszą mocą. Czy to słychać? Szczerze mówiąc: nie bardzo. Być może dlatego, że Tempo VI są łatwe do wysterowania i 35 watów im w zupełności wystarcza. Dopiero po dłuższym czasie zauważamy, że dynamika jest mniej przekonująca, bas lżejszy i jeszcze miększy, misiowaty. W mocniejszym repertuarze „braki” te słychać wyraźniej i wiele osób zapewne na tej podstawie wybierze KT 88. Trudno się będzie z taką decyzją nie zgodzić, bo dźwięk droższej opcji jest bardziej efektowny i uniwersalny. Czego na nich nie posłuchacie – zabrzmi poprawniej i... właśnie. Czy lepiej?

Wcale nie byłbym tego pewny. W kategoriach „obiektywnych” – tak. Problem jednak w tym, że przy wyborze sprzętu kierujemy się subiektywnymi odczuciami. A trudno znaleźć coś bardziej „subiektywnego” niż wzmacniacz lampowy. Z założenia szukamy w nim innej estetyki i – nie owijając w bawełnę – ProLogue z EL 34 jest bliżej stereotypowych oczekiwań. Ale realizuje je z wdziękiem.
Balans tonalny przesuwa się w kierunku średnicy, a ona nie stara się być obiektywna, tylko robi z wokalami to, co miłośnicy lamp lubią najbardziej. Ociepla, eksponuje, wysuwa do przodu i tworzy coś w rodzaju spektaklu jednego autora. Wokalista staje się solistą i słychać wszystkie problemy życiowe, z jakimi borykał się np. Jim Morrison pod koniec życia. Koncentracja na centrum pasma pomaga w wychwyceniu szczegółów i skupieniu się na emocjonalnym przekazie. Temperatura nagrań podnosi się o kilka stopni, a góra pasma łagodnieje. Lekko się wycofuje, choć nie traci przejrzystości. Jeżeli mieliście do czynienia z dobrze zaprojektowanymi układami lampowymi, na pewno rozumiecie, o co chodzi. Nie trzeba eksponować wysokich tonów, żeby uderzenia pałeczek w werbel i talerze pozostały czytelne. Wystarczy „przebrnąć” przez pierwsze wrażenie i następuje zaskakujące odkrycie, że przecież i tak wszystko słychać.

Kiedyś zastanawiałem się nad tym zjawiskiem i początkowo uznałem, że lampy się „otwierają”, wygrzewają. Ale to nie do końca prawda, bo „otwiera się” przede wszystkim głowa, a uszy zaczynają odbierać sygnały nie podkręcone korektorem, tylko podane „saute”.
Co z tego, że bas będzie płytszy i wolniejszy, dynamika mniejsza, a całość mniej efektowna? Po prostu, trzeba się dać ogarnąć nastrojowi i wyłączyć aparat analizy. Niby gra na pierwszy rzut ucha gorzej, ale jednak trudno zrezygnować z bonusów i nastroju, do którego się chętniej wraca. Pojawia się mięsistość i ciężar gatunkowy średnicy, którego wcześniej brakowało.
Po przeczytaniu tego akapitu będziecie oczekiwać kolosalnej zmiany. Dla czytelników prasy „lajfstajlowej” (nie ujmując jej wydawcom) różnica będzie niewarta funta kłaków, bo jej „prawie” nie ma. Jednak w przypadku osób czytających nasz magazyn, „prawie” robi dużą różnicę.
Mnie konfiguracja z EL 34 podobała się bardziej. Czy podzielicie tę opinię? Nie jestem pewien

Konkluzja

Na poparcie moich słów siłacz palnie pięścią w stół. Tak powiedział kapral z „Kajka i Kokosza”. Ja mogę tylko dodać, że z KT 88 otrzymujemy wzmacniacz bardziej uniwersalny i poprawny. Ale jeżeli taki chcecie, to jest przecież sporo udanych tranzystorów, jak Naimy, Krelle czy Brystony. Ich elastyczność, wydajność i „bezpieczeństwo sumienia użytkownika” stoją na wyższej pozycji, choćby szklane bańki nadęły się jak balon. A jednak ludzie kupują wzmacniacze lampowe, chociaż nikt ich do tego nie zmusza. PrimaLuna w wydaniu EL 34 jest bardziej lampowa właśnie. Trzeba się tylko zdecydować.
Żeby uniknąć reklamacji w stosunku do tej recenzji ponownie sugeruję zaopatrzyć się w dwa komplety lamp. To zapewni użytkownikom (zwłaszcza niezdecydowanym) i autorowi tekstu najważniejszą rzecz na świecie. Święty spokój.