Vandersteen 1Ci - Hi-Fi i Muzyka 06/2011

Vandersteen 1Ci

Maciej Stryjecki

Hi-Fi i Muzyka 6/2011 

Dziś uznawany za konserwatystę, Richard Vandersteen kiedyś był wizjonerem. Wystarczy rzut oka, aby stwierdzić, że jego kolumny nie przypominają żadnych innych. Nawet jeżeli nie wiemy, co się kryje za maskownicą, to i tak trudno porównać je do tradycyjnych konstrukcji dynamicznych.

Z przodu przypominają trochę promienniki dipolowe, ale są na to za grube. Kiedy zajrzymy do katalogu (inaczej nie obejrzymy wnętrza, chyba że rozetniemy materiał chroniący głośniki), oczom ukazuje się jeszcze dziwaczniejszy widok. We wczesnych latach 90.

producenci chętnie eksperymentowali z różnego rodzaju „dziwactwami” ale nawet na tym tle Vandersteeny wyglądały jak owoc pozaziemskiej technologii.
Minęło 20 lat, w czasie których firma zdobyła renomę równą Thielowi (obie marki uznawano za swoich bezpośrednich konkurentów), a futurystyczne kolumny zdążyły się opatrzyć. Na tyle, że dzisiaj już trochę trącą myszką. Myli się jednak ten, kto uważa to za wadę. Współczesność nie ma swojej tożsamości, przynajmniej we wzornictwie przemysłowym. Poza nielicznymi wyjątkami, wszystkie przedmioty codziennego użytku stają się takie same. Samochody, telewizory, lodówki i kolumny. Tymczasem klienci coraz bardziej tęsknią za starymi, dobrymi czasami. Część firm z branży hi-fi wraca do sprawdzonych wzorców. Ze wzornictwem „vintage” przeprosiły się: Luxman, Yamaha, TEAC; sprawdzone wzorce kontynuują: McIntosh, Accuphase i Naim. Po charakterystyczne wzory sięgają inni, również debiutanci. Tymczasem Vandersteen jest bohaterem z innej bajki. Jak Connor MacLeod z „Nieśmiertelnego” nadal ścina głowy konkurencji w testach przeprowadzanych przez czasopisma, chociaż sam się nie zmienia.
Wspomniany Szkot urodził się w mrokach średniowiecza; Vandersteeny 1C w 1996 roku. Od tamtego czasu kolumny są produkowane bez zmian. Nadal w Hanford, w Kalifornii. Niewykluczone, że częściowo przez tych samych ludzi. Richardowi nawet przez myśl nie przeszło, żeby oddać swoje dziedzictwo w małe chińskie rączki. Nie dopuścił też do siebie świadomości, że można coś poprawić. Z jednej strony, lepsze jest wrogiem dobrego, a przypadki bezsensownych modyfikacji udanych konstrukcji można mnożyć. Z drugiej, aż mnie korci, żeby powiedzieć kilka cierpkich słów o gniazdach głośnikowych. Już w 1996 roku dokręcane śrubokrętem zaciski spotykało się jedynie w komisach ze starymi lampowcami. Nawet „terminale” Altusów wydawały się nowocześniejsze. Rozumiem, że w jubileuszowych końcówkach mocy wraca do nich McIntosh, ale Wy na pewno nie zechcecie. Na szczęście głośniki podłączycie raz i potem możecie o tej atrakcji zapomnieć.
I to by była jedyna „interpelacja” do mistrza Vandersteena, bo produkt jest nietuzinkowy. Aby przybliżyć jego przesłanie, posłużę się przykładem z branży motoryzacyjnej. Wyobraźcie sobie, że możecie kupić Volvo 850 kombi, Saaba 900 albo Citroena DS. Igiełki, prosto z fabryki. Niektóre z nich być może mają przestarzałe osiągi, ale 1C ten problem nie dotyczy. I nadal emituje do atmosfery to, co trzeba. W dniu premiery kolumny kosztowały 714 USD. Są dokładnie takie same, za to każdy rozsądny człowiek zauważy, że dolary były wówczas „całkiem inne”.

Oferta Vandersteena także się przez te lata nie zmieniała; najwyżej dodawano kolejne modele. Obecnie, oprócz głośników centralnych i subwooferów, wybieramy spośród sześciu kolumn podłogowych. 1C są najtańsze. W cenniku dystrybutora widnieje 5650 zł. Jako osobną pozycję ujęto podstawy za 450 zł. Bez nich kolumny są bezużyteczne, więc od razu wysupłajcie 6100 zł. Importerowi polecam zaś uproszczenie tabelki.

Większe 2Ce kosztują 10900 zł i są już konstrukcjami trójdrożnymi. Za 3A zapłacimy 17900 zł. Dalej ceny rosną szybciej. Przypominające piramidy Quatro Signature to wydatek 48000 zł. Czterodrożne 5A zrywają z koncepcją naciągniętej na całość pończochy. W ich drewnianej podstawie tkwi subwoofer, pracujący do 100 Hz (a więc dosyć nisko). Bryła także zwęża się do góry, a każdy głośnik pracuje w odizolowanej od reszty obudowie. Wykonanie takich skrzynek musi być skomplikowane, co być może uzasadnia cenę: 75000 zł. Flagowiec Seven jest rozwinięciem tej konstrukcji i, jak na szczyt oferty przystało, określa prestiż Vandersteena jako firmy o korzeniach highendowych. 193000 zł to nie żarty. Mało kto posłucha, ale pomarzyć można.

Na tym tle 1C wypada jak okazja na wyprzedaży. Ta sama filozofia, prestiż firmy, identyczna zasada konstrukcji, komponenty nie gorsze (chociaż jest ich mniej), wreszcie – ci sami wykonawcy z Hanford. I ten sam duch, w każdej parze, od 1996 roku.

Budowa
Maskownica, naciągnięta na skrzynię woofera (około 2/3 wysokości) i cztery pręty o grubości kija od szczotki, jest zamontowana na stałe. Z tyłu, przy gniazdach, znajdziecie szycie materiału biegnące od góry do dołu, na całej wysokości zestawów. W górnej ściance z drewna wycięto otwór umożliwiający propagację fal także w sufit. Dolna to podstawa skrzyni, w której pracuje basowiec. Do niej przykręca się podstawę w postaci odlewanego profilu, który następnie zbroi się trzema metalowymi szpikulcami dołączonymi w komplecie. Podstawa sprawia, że kolumny odchylają się delikatnie do tyłu. Pomaga to uzyskać spójność czasową. Podobno bez niej kolumny mogą pracować, ale to utopia. Monitory też można postawić na podłodze.
Pod pończochą mamy skrzynię podzieloną na dwie niezależne sekcje. Dolna to komora obciążająca 20-cm głośnik nisko-średniotonowy z polimerową membraną, pracujący do 2,8 kHz, z nachyleniem filtra 6 dB na oktawę. Spora powierzchnia drgająca zapewnia dynamikę i głębię, ale nie daje zbyt dobrej charakterystyki kierunkowej. Teoria mówi, że przy niskich częstotliwościach to niewielki problem, ale Richard traktuje to inaczej. Jak każdy spostrzegawczy człowiek zauważył bowiem, że kontrabasy stoją w orkiestrze symfonicznej po prawej stronie i dobrze to słychać. Dlatego osie obu przetworników są do siebie maksymalnie zbliżone i mają dawać wrażenie punktowego źródła dźwięku. Dla wyrównania fazy basowiec odsunięto dalej, a kopułkę zamontowano pod kątem 30 stopni do góry. Obudowa ma kształt trapezu, a propagacja do góry wykorzystuje także fale odbite od ścian. Cofnięcie kopułki ma na celu wyrównanie czasowe przetworników (wysokie częstotliwości rozchodzą się szybciej). Na temat materiału, z którego zrobiono powierzchnię drgającą, wiadomo tyle, że jest to stop metali lekkich. Za to doskonale widać kołnierz z miękkiego tworzywa, zapobiegający załamaniom fal na krawędziach.
Modułowa budowa 1C nosi nazwę Aligned Dynamic. Pod zaklęciem FFT kryje się natomiast selekcja głośników. Dziękiniej udaje się zachować powtarzalność parametrów kolumn.
Zwrotnica jest układem pierwszego rzędu, a wszystkie elementy są lutowane ręcznie do dwustronnej płytki drukowanej. Komora akustyczna kopułki jest podwójna i stanowi coś w rodzaju „pokoju w pokoju”. Dla Richarda tłumienie przetworników jest niemal tak samo ważne jak faza. W przypadku nisko-średniotonowca sprawę ma załatwić precyzyjnie odlewany kosz. Mimo surowego wzornictwa i braku ozdób (chociażby w postaci przyzwoitych gniazd) kolumny oferują zaskakującą opcję: swoistą regulację barwy. Niektórym wyda się to dziwne, ale w monitorach studyjnych to codzienność. Obok zacisków znalazł się potencjometr, regulujący skuteczność kopułki wysokotonowej w zakresie od -3 do +1 dB. Pozwala dokładnie dopasować charakterystykę częstotliwościową do pomieszczenia. Przydatny gadżet, chociaż i tak większość audiofilów ustawi sobie zero.
Parametry techniczne są wyjątkowo przyjazne. Impedancja znamionowa to 6,8 oma, a minimalna – 6 omów. Rewelacyjny przebieg krzywej zapewnia wzmacniaczowi iście królewski komfort. Tym bardziej, że efektywność wynosi 90 dB.

 

Wrażenia odsłuchowe

Kolumny od pierwszych sekund dają wyraźny sygnał: cena jest myląca i jeżeli o niej zapomnicie, będzie to najlepszy początek kompletowania systemu. Od razu słychać, że mają potencjał, który po prostu szkoda byłoby zmarnować. Niestety, jego wykorzystanie będzie się wiązało ze znacznymi wydatkami na elektronikę. 1C zagrają z tanim Rotelem i Creekiem, ale jeżeli podłączycie wzmacniacz za 10000 zł – będzie lepiej. Pomnożenie tej sumy przez dwa spowoduje dalszy przyrost jakości. Kolejne eksperymenty doprowadzą do wniosku, że nie szkoda dla nich nawet McIntosha MA7000. Nie wiem, jak wygląda relacja jakości do ceny w przypadku modeli od Quatro w górę, ale tutaj jest sensacyjna.

Dźwięk 1C od razu mi się spodobał i kiedy słuchałem ulubionych albumów, co jakiś czas docierało do mnie, że te kolumny kosztują 6000 zł! Nie wiem, jak oni to zrobili, bo przecież Vandersteen korzysta z drogiej siły roboczej, kolumny muszą jakoś dotrzeć do Polski, po drodze zarabia producent, dystrybutor i sklep. Sytuacja jest niezbyt komfortowa, biorąc pod uwagę, że pokaźne skrzynki płyną aż z USA. Tymczasem klient dostaje jakość właściwą znacznie droższej konkurencji.
Być może najtańszy Vandersteen ma cechy swoich droższych braci, ten sam charakter brzmienia i tylko mniejsze możliwości nagłaśniania dużych pomieszczeń. Takie rzeczy zdarzają się tylko w notkach pisanych przez marketingowców, ale tym razem – kto wie? W każdym razie jestem przekonany, że gdyby kazano Wam wybierać spośród kolumn za 15000 zł w ślepym teście, wiele osób wskazałoby na 1C. I za to przyznaję swoją osobistą nagrodę Richardowi, a na dyplomie chętnie napiszę: „za uczciwość”.

Zanim przejdę do opisu brzmienia, przypomnę tylko, że kolumny są produkowane bez zmian od 15 lat, a więcpostęp techniczny w świecie hi-fi nie jest tak oczywisty, jak mogłoby się wydawać.
Kolumny budują obszerną scenę, zarówno w głąb, jak i wszerz. W dobrych nagraniach potrafią zniknąć, a przy tym dokładnie ogniskują źródła dźwięku. Może nie miał on spektakularnych rozmiarów, ale wypełnił pokój o powierzchni ponad 25 m2. Myślę, że w większych Vandersteeny mogą się zaprezentować jeszcze ciekawiej, chociaż na pewno warto też spróbować z droższym modelem. W takich sytuacjach zwykle obawiamy się o potęgę basu, ale do 30 m2 nie musicie się tym przejmować. Dół 1C jest bowiem wystarczający w najlepszym znaczeniu tego słowa. Niby nie można uznać, że jego kontrola jest tak precyzyjna, jak w zamkniętych ATC SCM 40, a potęgą przerośnie możliwości dużych JBL-i. Jeżeli chodzi o głębię, też może się znaleźć większy wyczynowiec. Tak naprawdę żaden aspekt tego podzakresu nie jest wybitny, ale całokształt sprawia, że chce się słuchać i z radością na twarzy witać każde wejście kontrabasów, gitary Marcusa Millera czy dół generowany z klawisza. Czujemy masowanie brzucha, pulsującą energię i sprężystość. Te wszystkie miłe akcenty docierały do mnie i utwierdzały w przekonaniu, że nie potrzebuję więcej. Przeciwnie, odczuwałem nawet coś w rodzaju wdzięczności dla konstruktora, który nie starał się „podkręcić” basu. Jeżeli wsłuchacie się uważniej, być może dostrzeżecie śladową ekspozycję podstawy harmonicznej, ale dodaną z takim smakiem, że nie wpływa to na odbiór dźwięku.
Kluczem do opisu małych Vandersteenów jest słowo „przyjemność”. Przebywanie z nimi przez wiele godzin nie prowadzi do zmęczenia ani irytacji. Dźwięk jest zawsze miły dla ucha, minimalnie ocieplony i dosłodzony kropelką najlepszego gatunkowo miodu, ale zachowuje przejrzystość. Szczegóły z tła słyszymy bez potrzeby eksponowania góry. Ta jest dźwięczna i czysta, mimo że lekko złagodzona.

Ciężar prezentacji koncentruje się na średnicy. Czasami można mieć nawet wrażenie lampowej delikatności sopranów, ale jeżeli ktoś lubi inaczej – przewidziano możliwość przekręcenia potencjometru z tyłu i dodania jednego decybela. Jak dla mnie to zbyteczne, ale wspominam o takiej opcji. Najważniejsze jednak, że dźwięk pozostaje wyrównany, naturalny i niesłychanie plastyczny. Wydaje mi się, że dodanie czegokolwiek w jakiejś części pasma zaburzyłoby harmonię, która stanowi o wyjątkowości tych głośników. Zresztą po co, skoro skrzypce, gitara akustyczna, fagot i perkusja brzmią, jak należy?
Vandersteenom nie można zarzucić odstępstwa od neutralności. Spokojnie można słuchać kameralistyki wokalnej, symfoniki i nawet staroci, które zresztą brzmią zaskakująco świeżo. Na marginesie – 1C są chyba wymarzonym partnerem dla Luxmana, którego niedawno opisywałem. Nie oznacza to jednak, że nie mają własnego charakteru. Ten zaznacza się dość mocno. Jeżeli miałbym określić cechy wyróżniające te głośniki spośród setki innych, wymieniłbym kulturę i spokój. Ten drugi panuje w muzyce, bez względu na jej pochodzenie i rasę. Jeżeli więc lubicie Metallikę albo Dream Theater, musicie się przygotować, że tym razem chłopaki wejdą na scenę elegancko ubrani i uczesani. Wiem, że nie wszystkim się to spodoba, chociaż „Wither” (z albumu „Black Cloud & Silver Linings” DT) brzmi przekonująco. Przyznam jednak, że 1C nie są mistrzami świata w dziedzinie budowania ściany dźwięku. Wolą zachować dystans gentlemana i choć stracą przez to część elektoratu, to swój zadowolą. To jedyny słabszy punkt tych głośników, ale podoba mi się, że firma postanowiła zachować swój charakter i nie wysiliła małych skrzynek ponad miarę.

Jeżeli chodzi o „muzykalność”, to wskaźnik w liczniku opiera się o ogranicznik i nerwowo drży, nie mogąc przekroczyć skali. Mamy tu do czynienia z poziomem monitorów BBC. Oczywiście, charakter jest inny, ale przyjemność słuchania przypomina doświadczenia ze skrzynkami Harbetha i Spendora. I nawet z „The Count of Tuscany” Dream Theater wyciągamy nie tylko łojenie, ale też to, co jest w dorobku tego zespołu najcenniejsze: profesjonalizm, perfekcję warsztatową muzyków i ich wrażliwość, jak dla mnie przerastającą o klasę legendy metalu.
Przy każdym wybitnym urządzeniu polecam godną uwagi płytę. Jeżeli mi ufacie, postawcie na półce opisywany krążek. Nagranie może nie jest audiofilskie, ale nie zawsze o to w życiu prawdziwego miłośnika hi-fi chodzi.
Nie zmienia to faktu, że 1C najlepiej czują się w klasyce i akustycznym jazzie. Chociaż... Kto powiedział, że tylko tam potrzebna jest kultura? Mnie ostatnio brakuje jej wszędzie, chociaż ma się to poprawić niebawem, dzięki skierowaniu na ten cel 1 % budżetu. Jeżeli do szkół mają trafić setki tysięcy laptopów, to niechby jeszcze ocalałe muzyczne wyposażono w Vandersteeny 1C, jako zakup rekomendowany i refundowany. Młodzież nauczyłaby się słuchać, a i niektórzy nauczyciele odzyskaliby miłość do tego, o czym już zapomnieli.

Konkluzja
Wszystko, co najpiękniejsze w sztuce, zapisano między wierszami. To chyba cytat, ale nie pamiętam, z kogo. A jeśli z nikogo, to znaczy, że ze mnie. Do odbioru tych treści potrzebna jest wiedza, czyli warsztat, i pewna, niechby nawet wyuczona wrażliwość. Mogą się uzupełniać nawet w stosunku 9:1. Pierwszą dają Wam Vandesteeny. Druga należy do Was


Vandersteeny to zestawy o niepowtarzalnej urodzie. Nie przypominają żadnej konkurencyjnej konstrukcji. Z przodu wyglądają jak promienniki dipolowe, ale są na to za grube. Za materiałem, a raczej maskownicą okalającą rusztowanie, kryje się układ modułowy – dwudrożna piramida przypominająca budowle Inków. Tak naprawdę są to tradycyjne głośniki dynamiczne o wysokiej skuteczności, łatwe do wysterowania i oswojenia w systemie. Jedyna wskazówka to dobierać mocne i przejrzyste tranzystory.

W ich towarzystwie 1C czują się najlepiej. Amerykańskie monitory brzmią niesłychanie muzykalnie, z ciepłem i okrągłością analogu. Sprawiają radość wszystkim, którzy w muzyce poszukują relaksu i harmonii. Dynamiką może nie zachwycą, za to zbudują
obszerną i namacalną scenę. Cena jak na jedną z legend świata hi-fi, jest niemal okazyjna. Dla wyrobionych słuchaczy