Rogue Audio Cronus Magnum II - Hi-Fi i Muzyka 04/2017

Wartość II Rogue Audio Cronus Magnum II

Jacek Kłos 

Hi-Fi i Muzyka 4/17 

Odwiedzając wystawę High End w Monachium i przeglądając strony internetowe uznanych producentów sprzętu grającego, trudno się oprzeć wrażeniu, że sporą część z nich ponosi fantazja, albo – jak to dosadnie określa młodzież – tracą kontakt z bazą.

Kolumny za 80000-100000 euro czy wzmacniacze w podobnej cenie przestały szokować. Nadal robią wrażenie, ale nierzadko bardziej wyglądem niż ceną. Nawet producenci okablowania korzystają z atmosfery przyzwolenia na luksusową inflację i bez mrugnięcia okiem serwują nam propozycje w stylu 30000 dolarów za komplet przewodów kolumnowych.

Proces nie jest jednak pozbawiony uzasadnienia. Trzeba bowiem uczciwie powiedzieć, że ekstremalnie drogie precjoza przeważnie znakomicie grają. Zmianie uległa natomiast metoda wyceny: z kalkulacji, w której za podstawę przyjmowano koszty przygotowania projektu, pracy i części, ewoluowała w stronę wyceny dźwięku w porównaniu z dokonaniami konkurencji. Upraszczając to, można powiedzieć, że nawet jeżeli wytworzenie produktu pozwala go wycenić na X, ale dźwięk jest porównywalny albo lepszy od konkurencji kosztującej 3X, to ostatecznie cena detaliczna znajdzie się bliżej górnej granicy, żeby nie tracić potencjalnego zysku. Sęk w tym, że sformułowanie „dźwięk porównywalny albo lepszy od konkurencji” niesie ze sobą ryzyko, wynikające bezpośrednio z czynników subiektywnych, a więc odsłuchu. Dla producenta oznacza to, że jeśli prawidłowo ocenił sytuację i udało mu się zbudować świetny produkt za grosik (sytuacja graniczy z cudem, ale cuda się zdarzają), to ma szansę na ogromną premię. Ale jest też druga strona medalu – jeżeli licytował wysoko, a okaże się, że nie ma nic sensownego do pokazania, ryzykuje utratą wiarygodności marki. A to już prosta droga do bankructwa. W przypadku urządzeń pretendujących do miana ekstremalnego high-endu podobne działanie zaczyna przypominać hazard. Producenci mogą olśnić zamożnych klientów, zyskać ich zaufanie i zgarnąć gigantyczną premię albo przeciwnie – zostać z niczym. To bardzo ryzykowna gra, a im młodsza wytwórnia, tym więcej ma do stracenia. Znacznie spokojniejszą, choć wcale nie łatwiejszą metodą jest proponowanie odbiorcom urządzeń o atrakcyjnej relacji jakości do ceny, najlepiej takich, które chciałoby się kupić samemu. Taką strategię przyjął Mark O’Brien z amerykańskiej firmy Rogue Audio. Najwyraźniej nie lubi gier hazardowych i nie podnieca go wysokie ryzyko.

Pomimo awanturniczej nazwy (rogue to buntownik, człowiek który nie trzyma się ustalonych reguł i chodzi własnymi drogami), Rogue Audio to biznes prowadzony konserwatywnie. A może paradoks polega na tym, że w świecie, który stoi na głowie, systematyczna praca i koncepcja „duży obrót – mały zysk” zaczynają być traktowane jak działanie wbrew regułom? Na szczęście, abstrakcyjne rozważania nie są tematem dzisiejszej opowieści. Jest nim konkretny i namacalny wzmacniacz zintegrowany. Powstał według wypróbowanej recepty i teraz został tylko lekko podrasowany dla jeszcze lepszego efektu.

Cronus Magnum II

Cronus Magnum II jest trzecią generacją bestsellera Rogue Audio. Pomysł na niego zrodził się w głowie Marka, kiedy potrzebował niewielkiego, ale mocnego wzmacniacza do salonu. Okazało się, że podobną potrzebę ma wielu użytkowników i w krótkim czasie Cronus, wraz z kolejnymi wcieleniami, stał się jednym z najlepiej sprzedających się urządzeń w ofercie.
Najpierw był wspomniany Cronus na EL34. Później Cronus Magnum – na KT120 i z szeregiem mniejszych i większych udoskonaleń topologii wewnętrznej (test: „HFiM 4/2013”). Wreszcie, w 2015 roku, pojawił się Magnum II.
Od poprzednika różni się co najmniej czterema detalami: wyższą o 10 W mocą (2 x 100 zamiast 2 x 90 W), lampami w sekcji przedwzmacniacza i sterującej, układem opóźnionego załączania napięcia anodowego i pilotem – w obudowie z plastiku, choć poprzednio był aluminiowy. Tyle wiemy na pewno, chociaż strona internetowa producenta nie opisuje żadnych różnic pomiędzy obiema wersjami – nawet tych wymienionych powyżej. Sam Mark O’Brien, zagadnięty mailowo, wiadomości najwyraźniej nie otrzymał, bo się nie wypowiedział. Ze sporym prawdopodobieństwem możemy powiedzieć, że drobnych zmian dokonano w układzie wewnętrznym. Upgrade kosztuje w Stanach niecałe 700 dolarów plus podatek, więc należy założyć, że obejmuje także lepsze komponenty; taki jest zwykle jego zakres w innych wzmacniaczach Rogue Audio. Tak naprawdę najważniejszy z punktu widzenia użytkownika oraz higieny pracy wzmacniacza jest układ miękkiego startu. Zwykły Magnum był super, ale Magnum II jest jeszcze bardziej super, bo oszczędza lampy i nie wysyła przy włączaniu mocnego impulsu do kolumn. Dodatkowych 10 W na kanał też się nie zmarnuje, a jeśli dodatkowo zoptymalizowano topologię i podzespoły, to tym lepiej.

Poza wymienionymi różnicami (i tymi, których z dużym prawdopodobieństwem możemy się domyślać) Magnum i Magnum II to konstrukcje bliźniacze. Surowe jak tylko się dało, ale zarazem bogato wyposażone i funkcjonalne pomimo drobnych dziwactw. 

Od razu wiemy, na co wydaliśmy pieniądze, bo to po prostu widać. Chwilami nawet za bardzo, więc jeśli dla kogoś odsłonięte lampy stanowią potencjalne źródło zagrożenia, może je schować pod klatką bezpieczeństwa. Jest dostępna jako opcja za dopłatą (około 600 zł) i chroni lampy przed uszkodzeniem mechanicznym, a ciekawskich przed oparzeniem.
Obudowę Cronusa Magnum II wykonano ze stali malowanej proszkowo na czarny mat. Jedyną ozdobą jest przednia ścianka z anodowanego aluminium. Do wyboru przewidziano kolor czarny oraz srebrny. W prawym dolnym rogu widać ekstrawagancki niebieski napis „Magnum II”.

Wzmacniacz wyposażono tylko we włącznik mechaniczny; nie ma możliwości przełączenia w tryb standby. Pokrętła służą do wyboru źródła sygnału, regulacji balansu oraz głośności. Wyjście słuchawkowe typu duży jack (6,35 mm) współpracuje z osobnym wzmacniaczem o mocy 1 W. Okienko obok włącznika kryje odbiornik podczerwieni. 

Pilotem regulujemy głośność, może niespecjalnie precyzyjnie, ale da się wytrzymać, oraz aktywujemy wyciszanie. Przyda się, gdy zadzwoni telefon. Tylna ścianka zawiera trzy wejścia liniowe oraz jedno dla gramofonu. To ostatnie ma stałą impedancję 47 kiloomów, pojemność 150 pF i wzmocnienie 44 dB. Będzie prawidłowo działać z wkładkami MM oraz wysokopoziomowymi MC (HOMC).
Sygnał wyprowadzają dwa wyjścia – stałe (do nagrywania) oraz regulowane – dla aktywnego subwoofera albo drugiej końcówki mocy. Wszystkie zrealizowano na szeroko rozstawionych gniazdach RCA, więc nie będzie problemu z podłączeniem nawet bardzo grubych interkonektów.

Od drgań podłoża obudowę izolują nóżki z twardej gumy. Efektywnym sposobem poprawy brzmienia będzie zastosowanie podkładek Symposium Acoustic Ultra Padz.

W Magnum II znów mamy do czynienia z pojedynczymi terminalami głośnikowymi, a to oznacza możliwość korzystania tylko z jednego odczepu transformatora wyjściowego. Wzmacniacz opuszcza fabrykę z aktywnym odczepem 8-omowym. Można go zmienić na 4-omowy, ale to wymaga otwarcia urządzenia, a następnie gmerania i przekładania kabelków we wnętrzu. Podobnie jak w przypadku pierwszej wersji Magnum, tak i teraz nie rozumiem, dlaczego konstruktor zachęca cywilnych użytkowników do majsterkowania, zamiast zamontować dodatkowy terminal na tylnej ściance. Miejsca jest dosyć, więc zmieściłby się bez problemu. Komfort użytkowania wzrósłby dzięki temu znacząco, a poza tym zawsze warto sprawdzić, na którym wyjściu wzmacniacz gra lepiej. Kłopotu nie sprawi natomiast wymiana bezpiecznika, zamontowanego tuż obok standardowego gniazda IEC. Pytanie tylko, ile razy wymieniamy bezpiecznik, a ile razy kolumny? Kończąc temat terminali należy dodać, że przyjmują banany i widełki. Ich producentem jest Cardas.

Topologia Magnum II jest bliźniaczo podobna do pierwszej wersji, z tą różnicą, że, pomimo zachowania uniwersalnych oznaczeń na płycie urządzenia, część małych lamp wymieniono.

Stopień wejściowy Magnum II obsadzono podwójnymi triodami ECC803S (12AX7) produkcji JJ Electronics i tutaj nic się nie zmieniło. Inne są natomiast lampy przedwzmacniacza i sterujące. W Magnum II widzimy ECC802S (12AU7) w preampie oraz ECC82 (12AU7) jako sterujące. W Magnum na wszystkich pozycjach pracowały Philipsy JAW5814 (12AU7) ze starych zapasów (New Old Stock).
Lampy mocy pozostawiono bez zmian. To strumieniowe tetrody KT120, produkowane przez New Sensor Corporation pod marką Tung Sol. Na marginesie można dodać, że ta sama firma jest właścicielem znaków towarowych Sovtek i Electro-Harmonix.

Na podkreślenie zasługuje fakt, że wszystkie podstawki są ceramiczne. To najlepsze rozwiązanie – trwałe i odporne na działanie wysokich temperatur. Styki są złocone, co zapobiega korozji.

Zarówno w zasilaczu, jak i na wejściu zastosowano porządne transformatory E-I. Widoczne na zewnątrz kondensatory to dwa elektrolity Nippon Chemi-con 1200 µF/400 V w filtrze anodowym (poprzednio 1200/360) i dwa 3900 µF/16 V dla napięcia żarzenia.


Przedwzmacniacz korekcyjny dla gramofonu, podobnie jak wzmacniacz słuchawkowy, zrealizowano na układach scalonych, zaś układ liniowy – na lampach. Całość mieści się na wspólnej płytce drukowanej, obsadzonej podzespołami wysokiej jakości (m.in. rezystory Vishaya w kluczowych punktach ścieżki sygnałowej czy międzystopniowe kondensatory polipropylenowe Mundorfa). Potencjometr to tradycyjny, analogowy niebieski Alps, napędzany silniczkiem. Na kolumnach o standardowej efektywności 88 dB nie odnotowałem znaczących nierównomierności na początku skali, trzeszczenia ani innych niepożądanych odgłosów.
Jakość wykonania nie budzi zastrzeżeń. Przełączniki i pokrętła działają pewnie, a w czasie pracy wzmacniacz nie szumi. Pojawia się zjawisko mikrofonowania, zwiastujące nadejście połączenia komórkowego, ale to raczej przypadłość otwartych konstrukcji lampowych niż tego konkretnego modelu. Wzmacniacz spędził w teście pół roku i jedynym, co wymagało przez ten czas ingerencji użytkownika, była korekta prądu spoczynkowego jednej z lamp mocy, która trochę odjechała od zalecanej wartości referencyjnej 35 mA.

Kalibracja

W przypadku kalibracji Cronusa Magnum II nic się nie zmieniło. Jest bardzo prosta, nie wymaga specjalistycznej wiedzy ani narzędzi, ale trzeba poćwiczyć celność i zachować ostrożność.
Za parą lamp prawego kanału znajduje się pokrywa, którą należy zdjąć. Pod nią umieszczono cztery dwupozycyjne przełączniki i odpowiadające im cztery potencjometry. Każdy został przypisany jednej lampie. Której – nie ma większego znaczenia, bo i tak dla każdej ustawiamy tę samą wartość biasu. Miernik jest wbudowany w urządzenie i w miarę czytelny, choć nie tak jak cyfrowy multimetr. Aby sprawdzić i skorygować ustawienie, należy przestawić przełącznik w pozycję „set”. W tym momencie wskaźnik ożywa i wskazówka przemieszcza się na podziałce. Jeżeli wskazuje zalecaną wartość około 35 mA (w Magnum było to 30 mA), zostawiamy potencjometr w spokoju. Jeżeli inną, wprowadzamy stosowną korektę, kręcąc potencjometrem w jedną bądź drugą stronę.
Do tej ostatniej czynności najlepiej wykorzystać dołączony w wyposażeniu niebieski śrubokręt (poprzednio był żółty, ale niebieskie są dokładniejsze; poza tym lepiej pasują do napisu na przedniej ściance). Ulokowano go za transformatorem zasilającym. I teraz zaczyna się ćwiczenie celności. Miniaturową końcówką należy trafić w bardzo wąskie nacięcie w śrubce potencjometru. Kiedy już się to uda, nastawiamy zalecaną wartość, obserwując miernik. Potem przestawiamy przełącznik w pozycję „use” i powtarzamy procedurę dla pozostałych lamp.
Operację wykonujemy na włączonym, dobrze rozgrzanym wzmacniaczu, bez sygnału na wejściu. Jako że układ kalibracji znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie lamp mocy – należy postępować ostrożnie. Jeśli się zagapimy, przypieczemy sobie kciuk.

Raz skalibrowany nowy wzmacniacz warto skontrolować po około miesiącu użytkowania. Później zaglądamy do niego nie częściej niż raz na dwa, trzy miesiące.

Konfiguracja
W teście Magnum II zasilał kolumny Avalon Transcendent. Cenowo to zupełnie inna liga, ale jego poprzednik – Cronus Magnum – poradził sobie tak dobrze, że nie było obaw o mezalians. Sygnał z odtwarzacza CD/SACD Accuphase DP-700 płynął łączówką KBL Sound Himalaya, a ze wzmacniacza – przewodami głośnikowymi KBL Sound Red Eye Ultimate. Prąd filtrował Gigawatt PC-4 Evo, podłączony do gniazda w ścianie przewodem LS-2 tej samej firmy. Pozostałe sieciówki to KBL Sound Himalaya i Acrolink 6N-PC6100. Elektronika stała na stolikach Sroka i StandArt STO MkII. Pod wzmacniacz podłożyłem wspomniane podkładki Symposium Acoustics Ultra Padz. System grał w pokoju o powierzchni 16,5 m2, delikatnie zaadaptowanym akustycznie.

Wrażenia odsłuchowe

Pod adresem Magnum II można powtórzyć te same komplementy, na które zasłużył pierwszy Magnum. Oczywiście, poza odniesieniem do wyjątkowo niskiej ceny, która wzrosła głównie na skutek aprecjacji dolara do złotówki (w kwietniu 2013 USD kosztował niecałe 3,20 zł; w kwietniu 2017, kiedy ukazał się ten test – 4 zł). Nic na to nie poradzimy. Jeżeli jednak pozostaniemy przy walorach brzmieniowych, to Magnum II jest co najmniej tak samo dobry jak pierwsza wersja. Czy i o ile lepszy – moja pamięć słuchowa nie pozwala dokładnie określić. Na pewno jednak różnice nie są gigantyczne. Pierwszy Magnum grał na tyle dobrze, że trudno go przeskoczyć o kilka długości, bazując na tej samej platformie. Niewykluczone, że da się wskazać aspekty, w których nastąpiła poprawa, ale do tego trzeba by porównać oba wzmacniacze bezpośrednio.
Po nieco wyższej mocy można się spodziewać jeszcze szerszej skali dynamicznej i swobodniejszego oddawania mocnych impulsów. Zapewne poprawiła się też klarowność w głośno słuchanych gęstych fakturach. Nie spodziewałbym się jednak rewolucji; raczej drobnej poprawy w kilku aspektach, które razem złożą się na lepszy efekt. A to w zupełności wystarczy.
Magnum II to atrakcyjna propozycja dla audiofila i melomana. Udana realizacja wzmacniacza, który ma nie tyle wyglądać, co świetnie grać.
Według tej recepty, w latach 70. XX wieku, swoją markę budowały audiofilskie manufaktury, pączkujące w okolicach Cambridge. Teraz Rogue Audio wdraża ją za oceanem i udowadnia, że esencją sprzętu grającego nie jest fikuśne wzornictwo, ale dobry dźwięk. A tego w Magnum II jest bardzo dużo. Także w sensie dosłownym.

Rogue Audio nie wypiera się swoich amerykańskich korzeni. Gra z rozmachem i dobrze się czuje w mocnym repertuarze i gęstych składach. Dysponuje zapasem mocy i ochoczo z niego korzysta. Angażuje się w budowanie rockowej ściany dźwięku albo pichci tłuste bity z samplerów i instrumentów elektronicznych. Kiedy jednak przyjdzie nam ochota na trochę spokojniejsze klimaty, kieruje reflektor na wokalistkę przy fortepianie. Czuć, że trochę go nosi i czeka na mocniejszy akord czy akcent lewej ręki, ale potrafi się opanować. Nie pędzi na złamanie karku, bo mogłoby się to skończyć utratą szczegółów. Jest wystarczająco szybki, by odwzorować niuanse i wystarczająco skoncentrowany, by stworzyć nastrój. Trochę trudno się przyjmuje taką dojrzałość, mając przed oczami jego spartańską estetykę, ale Magnum II jest surowy tylko z wyglądu. Pod malowaną proszkowo płytą, między blachami transformatorów, kryje się wrażliwość i serce do muzyki.

Amerykański piecyk gra z zaangażowaniem i to zaangażowanie szybko udziela się słuchaczowi. Jedyny warunek, jaki należy spełnić, to dać mu się rozgrzać przez pół godziny. Po tym czasie osiąga pełen potencjał i znów jest gotów do kolejnego spektaklu.

Barwa jest lampowo nasycona, ale nie stereotypowa. Nie zaokrągla się ani nie rozmiękcza. Co ważne, zachowuje otwartość w górze skali, dzięki czemu nie odnosi się wrażenia filtrowania alikwotów.

Część wzmacniaczy lampowych, na szczęście coraz mniej, postarza nagrania, nakładając na nie warstwę patyny. Ten zabieg ma nawet swój smak w przypadku bardzo starych płyt, ale zupełnie się nie sprawdza ze współczesnymi. Magnum II gra nowocześnie w najlepszym znaczeniu tego słowa. Nie próbuje przykrywać niedostatków wydumaną filozofią. Zamiast tego, proponuje dźwięk szczery, bezpośredni i szczegółowy.
Równowaga tonalna nie budzi zastrzeżeń. Wyraźne skraje pasma płynnie się łączą ze średnicą i nie starają się jej zdominować. Nie ograniczają się jednak do roli dyskretnych akompaniatorów i kiedy trzeba – mocno uderzają.
Bas dysponuje potęgą wystarczającą, by się przebić w rockowym składzie. Albumy Audioslave, Nine Inch Nails czy Sepultury to staranne realizacje, w których łoskot jest mądrze ułożony w pasmach. Dzięki temu – nawet słuchany głośniej – nie powoduje bałaganu. Kwiatki takie, jak zbyt lekka stopa w większości albumów Metalliki (rozumiem, że to koncepcja, choć nie rozumiem, czemu służy) czy rozjaśnione nagrania Pantery, stara się uzdatnić i uratować. Robi, co może, by resztkowa zawartość niskich składowych zapewniła realizacji choćby chwiejną równowagę, ale nie posuwa się do ingerencji w oryginalne proporcje. Jeżeli płyta jest rozjaśniona i brzmi zbyt lekko, to na pewno się o tym dowiemy. Wzmacniacz zaś będzie się dwoił i troił, aby ta wiedza nie zepsuła nam humoru.

Z dobrze nagranym jazzem nie ma tego kłopotu. Składy są przeważnie rzadkie, a dobry reżyser wie, jak korzystać z przestrzeni i pokazać piękno brzmienia głosów i instrumentów. W takich przypadkach Magnum II eksponuje walory prezentacji, wtrącając tu i ówdzie trochę rozmachu. Panuje nad dźwiękiem, a przy tym zaskakująco dokładnie jak na ten segment cenowy wykańcza detale. Nie powiemy jeszcze o finezji, bo KT120 mają swoje ograniczenia, niemniej brzmienie zasługuje, by docenić jego różnorodność. Cały czas coś się dzieje i można się dobrze bawić, przenosząc uwagę na partie kolejnych instrumentów. Albo po prostu zrelaksować się przy muzyce i na moment zapomnieć o przyziemnych problemach.

Konkluzja
Obyło się bez niespodzianek – Magnum II to udana konstrukcja. Może nawet lepsza od pierwszej wersji Magnum? Potrafi zagrać spektakularnie, ale pozwala też odpocząć przy spokojnym repertuarze.
Jeżeli bardziej niż wzornicze fajerwerki przemawia do Was uroda dźwięku i funkcjonalność urządzeń – umówcie się na odsłuch. To będzie mile spędzony czas.