Wilson Audio Yvette Hi-Fi i Muzyka 05/2017

Źródło: Hi-Fi i Muzyka 05/2017

Niedawno doszły mnie słuchy, że Wilson wprowadza kolejny model kolumn z „niższej półki”. Niby nic, bo Amerykanie ciągle nad czymś pracują, ale kiedy dokładniej zapoznałem się z doniesieniami, to – wybaczcie – ale zacisnąłem pięści ze złości.
Otóż nowe podłogówki, Yvette, mają zastąpić Sophie i ma to być najtańszy model w katalogu. Są pod każdym względem lepsze, ale przecież dotychczasowy „model startowy”, czyli Sabriny, są świeże, udane i bardzo dobrze się sprzedają. 

W dodatku nie są szczególnie wymagające w stosunku do wzmacniaczy i świetnie się nadają do europejskich standardów mieszkaniowych wyższej klasy średniej. Słowem: kura znosząca złote jaja.
Moje odczucia w stosunku do Sabrin są jeszcze bardziej pozytywne. Ba, graniczące z dawno już nie odzywającą się chęcią posiadania. Te głośniki zagrały u mnie tak, że chętnie bym się z nimi zaprzyjaźnił na dłużej. Wprawdzie musiałbym sobie zostawić Tempo VI do odsłuchów elektroniki po 2000 zł, ale są przecież większe zmartwienia.

Jednak zawsze można lepiej. Pozostaje tylko pytanie: za ile? I tu pojawia się przyczyna zaciśniętych pięści: 135000 złotych. Za podstawowy model? To prawie dwa razy drożej niż za Sophie 3. Pogłupieli w tej Ameryce czy co?! Jak tak dalej pójdzie, to ile za pięć lat będzie wynosić stawka wejściowa dla fanów Wilsona? 250000 zł? Przecież to obłęd…
Ulżyło mi, kiedy przedstawiciel firmy zapewnił, że Sabriny zostają. To dobrze, bo na moje ucho są lepsze od Sophii i sporo od nich tańsze. Finalna cena wycofanych „Zosiek” wynosiła 115000 zł. Początkowa: 74000 zł, więc tak naprawdę to Sabriny powinno się uważać za ich prawdziwe następczynie.
Obecnie cennik otwierają Sabriny (84000 zł), potem są Yvette (135000 zł), dalej Sasha II (180000 zł), Alexia (280000 zł), Alexx (570000 zł) oraz flagowa Alexandria XLF (1100000 zł). Po drodze jest jeszcze monitor Duette, kosztujący z podstawkami 120000 zł. W naszym kraju jeszcze nie znalazł domu. Trudno się dziwić, bo audiofile kojarzą Wilsona z podłogówkami.

Wilson to modelowy przykład konserwatyzmu w biznesie. Od 1973 roku ma status przedsiębiorstwa rodzinnego. Firmę założył David Wilson z żoną. Cel pozostaje ten sam: tworzenie jak najlepszych kolumn na drodze systematycznego udoskonalania konstrukcji bazowych. Kolejne odsłony pojawiają się co kilka lat, ale katalog jest skonstruowany w oparciu o identyczny schemat. 
Jedyną poważną zmianą było oficjalne przejęcie sterów przedsiębiorstwa przez syna Davida – Daryla, w listopadzie 2016. Od dawna zresztą się na to zanosiło. Wilson junior ma już na koncie kilkanaście udanych konstrukcji. Zaczynał, przyglądając się pracy ojca i słuchając z nim muzyki. Jako technik dał się poznać w roku 2004. Nie ma rewolucyjnych koncepcji, nie chce przewracać świata do góry nogami. Jest uosobieniem polityki Wilsona, a ta zakłada spokój i konsekwencję.

Zdobywanie kolejnych rynków też nie jest priorytetem. Pewnie dlatego, że kanciaste skrzynie są dostępne na wszystkich kontynentach. Jeżeli ktoś dysponuje środkami na zakup, zostanie obsłużony bez względu na to, gdzie mieszka. Kolumny dostarczy i zainstaluje przeszkolony sprzedawca. Usługa obejmuje ustawienie, bazujące na pomiarach akustyki pomieszczenia, a także rozpakowanie i podłączenie, co wcale nie jest takie proste. Każda para jest pakowana w drewniane skrzynie, zbite gwoździami niczym trumny. Po odbiciu wieka należy je ustawić pionowo i wyjąć szczelnie upchane wypełniacze (w trakcie transportu Wilsony nie mają prawa się przemieszczać). 
Później kolumny wyjeżdżają. Dosłownie, bo mają fabrycznie zamontowane kółka; takie jak w wózkach z Castoramy. Nie wyglądają może najpiękniej, ale okazują się bardzo praktyczne. Nie rysujemy podłogi, możemy jeździć nawet po dywanie i niemal bez wysiłku przestawiać do woli. Wyobraźcie sobie identyczną sytuację, gdy kolumna waży 80 kg i jest wyposażona tylko w kolce. Wilson też jest, ale wkręcamy je dopiero, gdy znajdziemy optymalne ustawienie.

Stabilny i systematyczny rozwój polega nie tylko na budowaniu lepszych zwrotnic i przetworników, ale także na podobnych drobnych usprawnieniach, które później stosuje się już zawsze. W ten sposób do finalnego produktu dołączyły komplety kluczy i śrubokrętów, eleganckie instrukcje obsługi, wyglądające jak albumy, oraz wiele innych drobiazgów, których może nie widać, ale ułatwiają życie. Posiadacz Wilsonów musi mieć pełny komfort.
Z usługi instalacji warto skorzystać, bo przeszkoleni sprzedawcy zaoszczędzą nam mnóstwo czasu, a w dodatku zrobią to za darmo. Jeżeli zdecydujecie się na Alexandrie, możecie się spodziewać wizyty samego Daryla Wilsona.

Budowa
Kwestia „sukcesji”, przewijająca się we wszystkich tekstach, wydaje się tak ważna, jakby chodziło o tron Anglii. Tymczasem tak naprawdę Yvette niczego nie zastępują, tylko wypełniają lukę pomiędzy Sabriną a Sashą. Gdyby ich nie było, skok ceny między tymi modelami byłby zbyt duży. Poza tym, większy model niespecjalnie się nadaje do mniejszych pomieszczeń.
Yvette w zasadzie dublują przeznaczenie Sabriny, z tą różnicą, że skuteczniej wypełniają dźwiękiem duże pokoje; takie, w których odnalazłyby się też droższe Sashe.
Pod względem konstrukcji Yvette bazują na tych drugich. Wykorzystano przetworniki z wyższych modeli, dzięki czemu łatwiej przyjdzie przełknąć cenę.

Jak to u Wilsona, kluczową rolę odgrywa jednak obudowa. Firma chętnie wykorzystuje kompozyty i konstrukcje modułowe. Sabrina to kompromis, ponieważ jest jedną bryłą, a kompozyt zastosowano tylko na przedniej ściance i spodzie. Reszta to MDF, o czym przesądziły koszty. 
Yvette są w pewnym sensie „etapem przejściowym”, pomostem pomiędzy redukcją kosztów a brakiem kompromisów. Ich skrzynie są jednoczęściowe, ale zrobione w całości z kompozytów, których skład pozostaje tajemnicą producenta. To już trzecia generacja, w której znów wprowadzono drobne ulepszenia.
Wilson stosuje dwa rodzaje kompozytów, oznaczone jako „X” i „S”. „X” jest bardzo sztywny, mocno tłumi i najlepiej się sprawdza w komorach przetworników pokrywających skraje pasma. „S” ma najlepiej działać w otoczeniu głośnika średniotonowego. Nie muszę więc wyjaśniać, gdzie i jaki materiał wykorzystano w Ivette.
Łączeń na skrzyni nie widać, a powierzchnia przypomina taflę szkła. Kolumny są fabrycznie oklejone taśmą, zabezpieczającą przed zarysowaniem w transporcie i w trakcie ustawiania. Zdejmuje się ją dopiero, gdy Yvette są gotowe do słuchania. Folię można też zostawić, jeżeli wizualnie nie przeszkadza. Dla mnie Wilsony są na tyle brzydkie i toporne, że nie robi mi to  różnicy. Moi goście również są zaskakująco zgodni w ocenie ich urody. Inna sprawa, że kiedy zaczynają słuchać, to przestają zwracać uwagę na estetykę. Swoją drogą, to najlepszy dowód, że Wilson nie goni za zmieniającymi się modami, a jego, nazwijmy to, wzornictwo, jest tylko efektem ubocznym. Wszystko podporządkowano brzmieniu, bez żadnych kompromisów i chęci przypodobania się klientom.

To bardzo specyficzne podejście, bo konkurencja prześciga się w stosowaniu szlachetnych fornirów i futurystycznych kształtów. Jeżeli coś ma kosztować milion, to musi na tyle wyglądać. Jak się okazuje, można to zignorować, a klienci zrozumieją. Gdyby było inaczej, Wilson miałby problem z upłynnieniem swoich produktów. Tymczasem od lat 70. XX wieku pozostaje na fali. Jest w tej kwestii ewenementem, bo nigdy nie udało mu się zaliczyć bankructwa.
Działa stabilnie, chociaż nie zwiększa obrotów skokowo. Przypomina w tym trochę Harbetha. Osiągnął poziom, przy którym właścicielom i pracownikom wystarczy na chleb z masłem i kawiorem. Wartościami są jakość i reputacja. Zwiększenie produkcji, a zwłaszcza przeniesienie jej za siódmą górę i rzekę, mogłoby doprowadzić do utraty kontroli nad jakością, a tego fani mogliby nie wybaczyć. Jak w dowcipie, w którym ojciec poucza syna: „Na opinię pracuje się całe życie, ale żeby ją stracić, wystarczy raz zadać się z kozą”.

Rynek hi-fi jest niezwykle wrażliwy. Jak uczy historia, utrata twarzy jest zwykle nieodwracalna, choć następuje z opóźnieniem. Na dobrej opinii można pojechać nawet kilka lat, ale w końcu ludzie się zorientują, że coś nie gra.
Wracając do Yvette, skrzynie sprawiają wrażenie monolitu. Przy opukiwaniu nie wydają żadnego odgłosu, co oznacza, że udało się wyeliminować rezonanse obudowy. Kompozyty rozwiązują lwią część problemów, ale dla lepszego efektu wewnątrz dodano ożebrowania oraz przegrody akustyczne, rozdzielające komory nisko- średnio- i wysokotonową. W rozplanowaniu wzmocnień pomogły pomiary z udziałem wibrometrii laserowej (za producentem). Tej samej techniki użyto przy projektowaniu maskownic. Zwykle je zdejmujemy, ale Wilson poleca zostawić je na miejscu.
Kolumny przypominają roboty z „Doktora Who”. Zwieńczeniem kanciastych, nierównoległych ścianek są „piramidki”. To też nie przypadek, ale praktyczna realizacja wyrównania czasowego głośników. Fala dźwiękowa, generowana przez wszystkie membrany, powinna docierać do słuchacza w tym samym momencie. Stąd oddalenie średniotonowca – a zwłaszcza kopułki – od woofera. Konkurencja stara się omijać ten problem za pomocą zwrotnic. Amerykanie  łączą obie metody.

Z pozostałych kwestii technicznych, warto wspomnieć o wentylacji modułu średniotonowego. Wzorem był droższy model Alexx. Starsze, „tanie” Wilsony miały w tym miejscu dziurkę; Yvette ma wąską szczelinę z zaokrąglonymi brzegami, co ma pomóc zredukować turbulencje powietrza. Walczy z tym B&W, walczą inni. Powiem szczerze, że ostre zakończenia w tunelach Grahamów i innych klasycznych zestawów jakoś mi nigdy nie przeszkadzały. Nie słyszałem tych świstów i gwizdów, ale dmuchać na zimne nie zaszkodzi. 
Oglądając tylną ściankę, zobaczymy wylot bas-refleksu woofera. Tym razem pełnowymiarowy, wykończony aluminiowym pierścieniem i bez zaokrągleń, choć dmucha mocniej. Obok znalazła się wielka tabliczka znamionowa, już bez podtekstów – typowo ozdobna.
Terminale są pojedyncze, pomimo fizycznego rozdzielenia sekcji w obudowie.

 

 

Yvette to konstrukcja trójdrożna, trzygłośnikowa. Wysokie tony odtwarza tekstylna kopułka CST (Concergent Synergy Tweeter) w trzeciej wersji. W trakcie projektowania brano pod uwagę beryl i diament, jednak nie spełniły pokładanych w nich oczekiwań. Pozostawiono więc sprawdzone rozwiązanie, z drobnymi modyfikacjami, dotyczącymi wzoru na froncie (ma on za zadanie rozpraszać fale odbite). Powiększono też komorę wytłumiającą. CST montuje się również w Sashach II (trzecia wersja) i Alexxach.
17,8-cm średniotonowiec jest identyczny jak w Alexandriach. Papierową membranę zawieszono na miękkim resorze. 25-cm woofer opracowano specjalnie dla Alexii. Bazuje na konstrukcji z modelu Alexx i ma papierową membranę. Bas-refleks nastrojono na 23 Hz.
Front oklejono filcem. Nie wygląda może zbyt efektownie, ale okazuje się skuteczny w wygaszaniu fal, odbijających się od twardych, płaskich powierzchni. Chyba jednak lepiej to przykryć maskownicami… 
Wilson oferuje szeroki wachlarz wykończeń. Lakiery na wysoki połysk występują w stonowanych, ale także „dzikich” kolorach. Wszystkie zebrano w próbniku, który nabywca dostaje do ręki. Może dzięki temu dopasować skrzynie do własnego gustu, mebli, ścian i humoru. Dodatkowo wybiera się kolor maskownicy. 
Podstawowa paleta nie wymaga dopłaty. W kwestii technologii i przyległości, najlepiej zacytować importera. Tu spotyka nas niespodzianka. Zamiast marketingowego bełkotu, czytamy rzeczowy tekst: „Nakładanie kolorów WilsonGloss jest procesem wielostopniowym. Począwszy od żelowej warstwy ochronnej, przez kolor tła, aż do finalnej serii warstw lakieru. Po każdym etapie następuje ręczne polerowanie”.

Wszystkie kolumny Wilsona (za wyjątkiem Sabriny) są dostępne w pięciu standardowych kolorach WilsonGloss. Oprócz tego przewidziano dwanaście dodatkowych – śmiałych i wyrazistych, oferowanych za „niewielką dopłatą”. Dowolny lakier można połączyć z jednym z sześciu kolorów maskownicy. Oprócz standardowych, czarnych osłon, można zamówić szare, kawowe, białe i niebieskie. No i kompletny odjazd: „Wilson Audio oferuje także możliwość dopasowania koloru obudowy do próbki dostarczonej przez klienta: ze ściany, lakieru samochodowego itp. Za dodatkową opłatą firma stworzy głośnik w tym konkretnym kolorze. W usługę wliczony jest koszt przechowywania indywidualnie przygotowanego lakieru przez pięć lat”. 
A teraz ceny, bo za „niewielką dopłatą” często kryją się przykre niespodzianki. Kolor z dodatkowej palety to 5 %. Indywidualnie dobrany: 10 %. Jest jeszcze jeden drobiazg, określony w katalogu jako „hardware”. To metalowe dodatki, czyli kolce, wylot bas-refleksu itp. Do wyboru są dwie opcje: szlifowane aluminium i czerń. Na szczęście – bez dopłaty.

Może więc projektanci wnętrz i małżonki nie będą narzekać na urodę Wilsonów? Proponuję przekazać te informacje razem z próbnikiem na samym początku rozmowy i na tym zakończyć wszelkie negocjacje. Bo pozwolenie na ustawienie sprzętu skończy się tym, że „wizjoner” wepchnie kolumny we wnęki w ścianie i wszystkie starania Davida, Daryla i spółki trafi szlag.


Konfiguracja
W trakcie testu Yvette pracowały z redakcyjnym McIntoshem MA8000 i odtwarzaczem Gamut CD 3 (wymiennie z MBL-em N31). Okablowanie zasilające stanowił komplet Ansae Supreme, zaś sygnałowe – Hijiri.
Jeżeli chodzi o wskazówki dotyczące wzmacniacza, to MA8000 wydaje się niezbędnym minimum, chociaż pasował jak ulał. Ze względu na fakt, że Wilsony lubią moc, najlepiej sprawdzą się wydajne konstrukcje tranzystorowe. Jeżeli lampa, to celowałbym w muskularne końcówki mocy w rodzaju VTL-a.


Wspomnienia odsłuchowe
To już czwarty Wilson, jaki wylądował w moim domu i grał w tym samym systemie. I pewnie dziesiąty, z którym mam bliższy kontakt, nie licząc powierzchownych odsłuchów na wystawach. To wystarczy, aby potwierdzić wyjątkowość amerykańskiej marki. Nie spotkałem żadnej innej firmy, która realizowałaby swój ideał brzmienia równie konsekwentnie i skutecznie. 
Z serii na serię może następować poprawa, podobnie jak z niższego modelu na wyższy. Alexandrii nie wstawimy do pokoju o powierzchni 30 m², bo się udusi; tak samo Sabrina nie poradzi sobie w 200 m². Coraz droższe i większe modele będą też potrzebować innych mocy. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Można powiedzieć: normalka. Ale czy będzie coraz lepiej?

 

Tak, ponieważ w większych pomieszczeniach i z mocniejszą elektroniką uzyskamy większy dźwięk, a fala basowa będzie miała gdzie się rozpędzić. Czy jednak będą to różnice warte wydawania równowartości kolejnych kawalerek w Lublinie? To nie tak.
Im bardziej zamożny klient, tym większym salonem będzie zapewne dysponował. Przełknie wyższe kwoty, a wspomniane bonusy będą nagrodą za stworzenie idealnych warunków dla głośników o większym potencjale. Mniejsze modele okazują się jednak zadziwiająco do nich podobne. Odwzorowanie barwy pozostaje bardzo zbliżone. Identyczne są proporcje pomiędzy rejestrami. Małe składy jazzowe zachowają taki sam klimat, więc nie odróżnicie sola saksofonu. Głosy Armstronga czy Stinga także nie zmienią się ani na jotę. Klawesyn, chór kameralny – to nadal będzie to samo. Podobnie popisy gitarzystów Metalliki – będą mały taki sam wyraz, energię i kolor. Owszem, organy w rejestrach 32 i 64- stopowych rykną „jakby bardziej”, ale cała reszta? Tak samo. 
Zmiany będą zachodzić „w otoczeniu” (przestrzeń, zależna od wielkości pokoju) i, co oczywiste, w basie i dynamice. Tutaj czuje się głębsze zejście i więcej swobody.
Oznacza to coś wyjątkowego. Kupując Wilsona, kupujemy jego dźwięk. Bez względu na to, ile wydamy, wchodzimy do tego klubu i nie musimy się godzić na kompromis. Każdy model realizuje ideał oparty na żelaznym schemacie, tyle że w wyższych jest on rozszerzany i uszlachetniany. Znajdziecie analogię u konkurencji? Być może, ale mi nic nie przychodzi do głowy.

Wrażenia odsłuchowe
Możecie sięgnąć do testów Sabriny, Sophii czy Sashy. Nie napiszę nic nowego. Bo też nic nowego się nie wydarzyło. To cały czas ten sam Wilson. Można go lubić, można nie przepadać za takim dźwiękiem. Dla mnie to głośnik idealny.
Podoba mi się takie granie. Postaram się je opisać, omijając przykłady konkretnych albumów. Te kolumny nie dostosowują się bowiem do repertuaru i nie eksponują jego zalet lub wad. Czy mają swój charakter? I tak, i nie. W tym właśnie przejawia się ich klasa.
Wilsony grają naturalnie i zdrowo. Jak mocno by nie drążyć, nie da się przyczepić do barwy średnicy. Skrzypce to skrzypce, a wokal to wokal. Można wymienić sto innych instrumentów, a każdy będzie brzmiał bardzo blisko oryginału. Nie ma możliwości zniekształcenia jego obrazu. Barwa jest po prostu właściwa i na tym dyskusja się kończy.

Najlepiej reagują na to muzycy. Kwitują krótko: „jest dobrze”, z tym drobiazgiem, że „dobrze” poprzedza słowo na „k”. Dotyczy to repertuaru solowego, kameralnego i wielkich składów symfonicznych. Wilson zresztą specjalnie ich nie rozróżnia. Dla niego to ciągle to samo zadanie.
Skoro ustaliliśmy, że słychać to, co trzeba, możemy porozmawiać o didaskaliach. Pytanie: co lubimy, a raczej: jak?
I tu pojawiają się wyobrażenia o lampowym ciepełku, aksamitnych zaśpiewach nordyckich wokalistek czy w ogóle stylu, szkole i komforcie słuchania. Zwłaszcza ten ostatni może być różnie rozumiany. Dla jednych to oszczędzanie uszu przed ekstremalnymi doznaniami; ostrzejszym cyknięciem czy skokiem dynamiki. Inni chcą słyszeć wszystko, włącznie ze skrzypnięciem krzesła w siedemnastym rzędzie i pracą mechanizmów steinwaya. Wilson zdecydowanie stawia na to drugie. Co więcej, podkreśla te doznania, sugestywnie, ale ze smakiem eksponując skraje pasma. To nawet nie umiar, lecz doświadczenie konstruktora. Góry jest dużo, tak samo basu. Dźwięk pozostaje jednak perfekcyjnie wyraźny, przejrzysty jak kryształ i ma w sobie pewną „świetlistość”, świeżość i radość grania. Alikwoty szybujące w górę podkreślają przestrzeń i pogłos, precyzyjnie odmierzony w czasie.
Dół potrafi być efekciarski i subwooferowy. Wilsony dobrze się czują w nagraniach koncertowych, ale jeszcze lepiej w projekcjach filmowych. Jeśli ma się je w domu, to szkoda czasu na kino. Będzie gorzej, co by tam nie wstawili. Zgoda, ekran jest większy, ale na tym przewagi się kończą. Bas jest „dopalony”, a to się zwykle kończy niekorzystnym podbarwieniem średnicy. Może się stać mniej przejrzysta i niewyraźna. Tutaj nic podobnego się nie dzieje. Przejrzystość pozostaje priorytetem i dotyczy nawet najniższych składowych pasma. Na uznanie zasługuje ich kontrola i szybkość, ale największe wrażenie i tak robią mięsistość i energia. Spektakularne!
Wilson gra nasyconym, gęstym dźwiękiem. Bogatym w alikwoty i „zabezpieczonym” ogromnym zapasem dynamiki. Daje to odczucie potęgi i naładowania emocjami. Bywa, że cechy te idą w parze z lekkim przyciemnieniem. Tu odwrotnie – jesteśmy po jasnej stronie mocy i skupiamy się na detalach – na szczoteczce szurającej po talerzach i „ćwierkaniu” u Jarre’a. A jak ma dmuchnąć basem, to tak, że trudno powstrzymać uśmiech na twarzy. Zresztą, po co? Wilson to głośnik dla tych, którzy się nie boją i nie wstydzą swoich marzeń. 
Jak się to ma do Sabriny, którą ćwiczyłem ostatnio?

Konkluzja
To ten sam dźwięk – równie spektakularny i doskonały, przynajmniej dla mnie. Yvette mają głębszy bas i o włos lepszą dynamikę. O dziwo, brzmienie jest odrobinę mniej efekciarskie, jakby bardziej spójne, doszlifowane. Ale to tak mała różnica, że jeśli ktoś powie: nie masz racji, zastanowię się dwa razy, zanim… nie odpowiem. Musiałbym je porównać bezpośrednio.
Czy jest lepiej? To znów nie tak. Najważniejsza jest wielkość pokoju. Do 20-30 m² kupcie Sabrinę. W zupełności wystarczy. Do większych pomieszczeń polecam Yvette, bo dojdą bonusy. W obu przypadkach będzie to dźwięk Wilsona.