Aurender A 10 Hi-Fi i Muzyka 02/2018

Aurender A10

Paweł Gołębiewski 
Hifi i Muzyka 02/2018

Aurender działa w ramach południowokoreańskiej korporacji TV Logic. Nazwa nieprzypadkowo zawiera TV, gdyż firma koncentruje się na wyświetlaczach. Nas jednak interesuje zgoła inny produkt. A10 to serwer i odtwarzacz muzyczny.

W „HFiM” 9/2015 ukazała się recenzja Aurendera X100L. Model ten został opracowany jako serwer i napęd odtwarzający pliki ze źródeł zewnętrznych. Wyposażono go także w wyjście USB, nie mógł jednak występować jako autonomiczne źródło dźwięku, gdyż wymagał wykorzystania zewnętrznego DAC-a USB. Aurender A10 to już kompletny odtwarzacz i streamer z wyjściami analogowymi, który samodzielnie powinien sobie poradzić z plikami muzycznymi wszystkich współczesnych formatów. Jest też w pełni kompatybilny z serwisem Tidal, a dzięki dekoderowi MQA pozwala wykorzystać potencjał sekcji Tidal Masters.

Budowa
Obudowa Aurendera A10 jest w całości aluminiowa. Jej elementy wykonano w technologii CNC i skręcono. Spasowanie jest idealne. Front ma zagięte poziome krawędzie, co nadaje mu elegancki i stonowany wygląd. Po prawej stronie znajduje się przełącznik praca/standby. Podświetlony oznacza, że urządzenie pozostaje w jednym z tych trybów, a migający sygnalizuje uruchamianie albo wyłączanie. Obok umieszczono wielofunkcyjny wyświetlacz Amoled. Czytelnie pokazuje nazwę utworu, czas jego trwania oraz format pliku (informacje te można zastąpić grafiką wychyłowego wskaźnika w kolorach bursztynowym lub niebieskim). Poza tym może wyświetlać adres IP odtwarzacza, zapisaną playlistę lub ustawioną głośność. Gałkę do sterowania tą ostatnią umieszczono z prawej strony frontu. Jej aktywność sygnalizuje zielone podświetlenie, gasnące po wybraniu poziomu.

Trzy z czterech przycisków to rozpoczęcie odtwarzania, pauza oraz wybór utworów poprzedniego i kolejnego. Guzik oznaczony jako „menu” przełącza funkcje wyświetlacza. Ale żeby odnaleźć w bibliotece plików interesujące nas nagranie i tak trzeba skorzystać z aplikacji. O tym w dalszej części testu.
Górną płytę o matowym wykończeniu zdobi wygrawerowane logo firmy. Aurender A10 występuje w kolorach aluminium oraz czarnym. Boki są zawsze czarne. Mają poziome żebrowania i formę radiatorów, jednak to tylko zabieg wzorniczy.
Z tyłu znalazły się wejścia cyfrowe LAN, dwa USB oraz Toslink. Wyjście USB wyprowadza sygnał do opcjonalnego zewnętrznego przetwornika c/a (USB DAC). Sygnał analogowy jest dostępny na wyjściach RCA i XLR. Włącznik główny zintegrowano z gniazdem zasilania IEC.

Piętrowe i ciasne ustawienie wejść USB utrudni stosowanie przewodów z nietypowymi wtykami oraz pendrive’ów w dużych obudowach. Pilot jest piękny – aluminiowy, nieco kanciasty i… praktycznie bezużyteczny. Nóżki podklejone korkowymi krążkami nie są piękne, ale praktyczne. Mają co dźwigać, bo urządzenie waży ponad 10 kg.
Poza samą obudową na jego masę składa się duży zasilacz oraz gęsto upakowane sekcje elektroniki. Wnętrze rozdzielono ekranem na dwie części. Lewą zajmuje sekcja komputerowa; prawą – cyfrowe i analogowe układy audio. Pod sztabkami radiatorów zamontowano płytę główną komputera, opisaną nazwą Aurender. Procesor jest niewidoczny.
Wyposażenie obejmuje dwa dyski 2,5 cala: HDD o pojemności 4 TB oraz SSD 120 GB. Pierwszy służy jako magazyn plików, drugi jako bufor. Nagrania z HDD są przenoszone na SSD i odtwarzane z niego. Eliminuje to zakłócenia wynikające z mechanicznej pracy napędu oraz zapewnia kilkukrotnie szybszy transfer danych. Zasilacz liniowy tej sekcji bazuje na umieszczonym w plastikowej puszce transformatorze Alttec.

Sygnał z wejść cyfrowych (USB, LAN i Toslink) trafia do „karty dźwiękowej” w prawej części obudowy. Burr Brown PCM9211 pełni funkcję odbiornika/nadajnika sygnału przed przesłaniem go do modułów DSP. Pod aluminiowymi puszkami znajdują się układy będące autorskim, ultraprecyzyjnym zegarem. Działa on w oparciu o moduł FPGA Xilinx Spartan-6, a jego rola polega także na redukcji jittera do poziomu poniżej 100 femtosekund. Procesor ten najprawdopodobniej odpowiada również za filtrowanie sygnału cyfrowego w ramach DSP.
Jako przetworniki c/a zastosowano dwa procesory AKM AK4490EQ w układzie dual mono, czyli po jednym na kanał. Obsługują sygnały PCM do 32 bitów/768 kHz (z danych producenta nie wynika, czy również DSD). Kości AKM umożliwiają także cyfrową regulację siły głosu. Sekcja cyfrowa ma oddzielne zasilanie, oparte na odrębnym transformatorze.

Ostateczne wzmocnienie dokonuje się we wzmacniaczach operacyjnych OPA827 (Texas Instruments) oraz OPA627AU (Burr Brown). Sygnał analogowy jest symetryczny i w takim połączeniu wykorzystamy w pełni potencjał urządzenia. Tym bardziej, że każda z faz ma własną, precyzyjną stabilizację napięcia, bazującą na wzmacniaczach ADA4897-1 oraz AD825 (oba Analog Devices). Dzięki temu osiągnięto bardzo niskie tętnienia oraz szumy zasilania.
Wyjściowe układy analogowe to również konfiguracja dual mono, co powoduje, że wewnątrz Aurendera A10 znalazły się w sumie cztery transformatory toroidalne. W każdym z torów zasilania zastosowano bardzo dobre kondensatory filtrujące Nichicon Fine Gold. Przed samymi gniazdami widać jeszcze przekaźniki zabezpieczające wyjścia. Solidne złącza RCA i XLR rozstawiono szeroko. A10 wyposażono także w cyfrowe wyjście USB 2.0 o wysokiej jakości sygnału. Gdy go nie używamy, jego zasilanie można odłączyć.
Nie mam wątpliwości, że streamery Aurendera to konstrukcje gruntownie przemyślane i zmontowane na najwyższym światowym poziomie.

Obsługa
Również ich obsługa to przykład podejścia praktycznego, eleganckiego i ergonomicznego. Z jednym „ale”. Aurender ma na froncie kilka przełączników, które zdublowano na pilocie, jednak użytkowanie A10 tylko przy ich pomocy jest praktycznie niewykonalne. I tak nie obędzie się bez aplikacji. To jest klucz do poznania prawdziwych możliwości urządzenia.

Programy do obsługi znalazłem w sumie trzy. Najlepszym i najpełniejszym jest Aurender Conductor, działający w systemie iOS, ale na iPadach. Mój iPhone 7 w sklepie nawet go nie widział. W połączeniu z Aurenderem umożliwia m.in. przeszukiwanie sieci lokalnej, tworzenie biblioteki plików, ich odtwarzanie, regulację głośności, zmianę ustawień filtrów cyfrowych czy aktualizację oprogramowania.
Nieco mniej funkcji oferuje Aurender App na system Android. Bez problemu działa na smartfonie Sony Xperia XA (Android 7.0). Aurender Media Manager to z kolei aplikacja dla systemów Windows (wersje 7 i wyższe), umożliwiająca powiązanie dysku NAS z Aurenderem i zbudowanie bazy plików, jednak nie obsługę samego odtwarzania.

 

W czasie testu korzystałem głównie z aplikacji androidowej, która nie pozwala na zmianę charakterystyki filtrów cyfrowych (a przynajmniej ja nie znalazłem tej opcji). Prawidłowo skonfigurowany Aurender daje dostęp do zasobu plików na swoim dysku wewnętrznym, także z poziomu PC-ta.

Konfiguracja
W teście A10 był podłączony do sieci LAN. Odtwarzał pliki z własnego dysku
oraz z serwera NAS Synology DS214. Korzystałem głównie z wyjść analogowych, ale wypróbowałem także połączenie USB (przewód Supra USB) z odpowiednim wejściem w przedwzmacniaczu McIntosh C52. Symetryczny stopień wyjściowy sugeruje korzystanie z XLR-ów, ale po kilku próbach zdecydowałem się na RCA. Wydaje się, że o wyborze przesądziła klasa łączówki Fadel Coherence One.

Pozostałe elementy konfiguracji stanowiły monobloki McIntosh MC301, kolumny ATC SCM-35 oraz ART Emotion Classic 12 Signature, a także przewody (sygnałowe, głośnikowe oraz zasilające) Fadel Coherence One i Fadel Aeroflex Plus. Jako źródła odniesienia wykorzystałem odtwarzacz CD Audio Research Ref CD7 oraz odtwarzacz sieciowy Denon DNP-720AE.
System, ustawiony na stolikach StandArt SSP i STO, grał w zaadaptowanej akustycznie części pomieszczenia o powierzchni około 36 m².

Wrażenia odsłuchowe
Brzmienie jest takie, jakiego oczekuję od źródeł hi-res. Wyważona dynamika, szczegółowość, dobra barwa i wynikająca z nich muzykalność pozwalają słuchać Aurendera w poczuciu komfortu. Nie ma tu udziwnień i prób przekonywania, że do takiego dźwięku trzeba dopiero dorosnąć lub pokornie i z nadzieją na abstrakcyjną nagrodę akceptować jego wady.

Od pierwszych taktów słychać, że konstruktor postawił na brzmienie wyrównane. Wszystkie zakresy są ważne i mają do odegrania istotną rolę. Żaden nie dominuje. W każdym widać dążenie do pokazania jak najlepszych cech oraz obejmowania muzycznej treści.
Barwa Aurendera A10 jest bliska neutralnej. Balans tonalny może minimalnie podkreśla skraje pasma, ale nie ma to nic wspólnego z sardonicznym uśmiechem Jokera. Raczej z sympatycznym obliczem, przychylnym muzyce i jej odbiorcy. Wpływają na to przejrzystość sopranów oraz kontrola basu, poprawiające czytelność tych zakresów. Wysokie i niskie tony bronią się jakością, która podkreśla ich udział w kształtowaniu przekazu.

W porównaniu z Audio Researchem Ref CD7 soprany wydają się minimalnie gładsze, ale nie powodują dyskomfortu. Dla mnie były w sam raz. Nie wpadają w ostrość, a przy tym nie brakuje im wdzięku. Są odważne i poważne zarazem. Poza tym, odtwarzacz dysponuje opcją wyboru charakterystyki filtra cyfrowego, co może pomóc w dopasowaniu brzmienia do upodobań odbiorcy. Ja korzystałem z ustawienia domyślnego i nie wymagało ono żadnej adaptacji.
Średnica okazała się klarowna i pozbawiona choćby śladu nosowego nalotu. Dzięki temu wysoko oceniam nie tylko jakość odtwarzania ludzkich głosów, ale także instrumentów smyczkowych oraz fortepianu. Z przyjemnością słuchałem również mniej znanej muzyki współczesnej, jak chociażby „Koncertu na marimbę i orkiestrę” Marty Ptaszyńskiej. Aurender świetnie sobie radzi z takimi klimatami, odpowiednio dozując akustyczne prezentacje solisty oraz barwne plany orkiestry. Współczesna i po prostu piękna to muzyka, z wyraźnym pierwiastkiem żeńskim.

A10 zachęca do odkrywania nowych estetyk, choćby połamanych i z pozoru dziwacznych.
Poszukiwaczom nowych dźwięków zaproponuję duet Azusy Yamady i Pearl Alexander. Znowu marimba oraz… kontrabas. Koncerty obu pań zostały zarejestrowane w niewielkim tokijskim klubie Sakaiki w latach 2015 i 2016 i wydane w formacie DSD. Do kontemplacji i podróży. Pliki, niestety, trzeba zakupić samemu, ale bilet i dalszy serwis w trakcie wyprawy funduje Aurender. W niedzielne popołudnie można wysłać swój mózg w kosmos, w którym królują mikrozdarzenia i celebrowanie każdego dźwięku. 

Niskie tony A10 to połączenie rozciągnięcia, wypełnienia i kontroli. Przy czym odtwarzacz świetnie operuje dynamiką. Potrafi uchwycić najdrobniejsze muśnięcia instrumentu i szum oddechu. Potrafi pulsować emocjonalnym niepokojem, trzasnąć w głowę i wybuchnąć orkiestrowym tutti. Przetestowałem to na „Trzech utworach na orkiestrę” Albana Berga. To trudna muzyka. Niedawno wysłuchałem jej w Filharmonii Narodowej i muszę przyznać, że nawet u osłuchanych znajomych wywołała zaskakujące reakcje, łącznie z pobudzeniem układu wegetatywnego. Ja uwielbiam takie doświadczenia muzyczne i traktuję je jak kolejne stopnie wtajemniczenia. Ale jak tego słuchać w domu? Spróbowałem i to było coś! Aurender nie zgubił istoty tej muzyki i zachęcił do wchodzenia w nią jeszcze głębiej.

Koreański odtwarzacz buduje bardzo dobrą scenę. Dźwięki swobodnie wypełniają przestrzeń przed słuchaczem. Może nie wychodzą do sąsiedniego pokoju i nie rozsuwają ścian bocznych, ale ich rozmieszczenie daje wiarygodny obraz akustyki w trzech wymiarach. Rozdzielczość sprzyja dobrej separacji dźwięków i czytelności tego obrazu. Nagrania wykorzystujące rozbudowane efekty i montaż można bez problemu odróżnić od tych, w których ingerencja realizatora był minimalna lub nieprzesadzona. To, jak urządzenia radzą sobie z odtwarzaniem instrumentów akustycznych, ma dla mnie decydujące znaczenie dla ich oceny. Aurender plasuje się w czołówce.
Stereofonia jest porównywalna z tworzoną przez Audio Researcha Ref CD7. Może lampowe stopnie ARC generują jeszcze więcej akustycznej przestrzeni i powietrza pomiędzy dźwiękami, jednak ta różnica jest obiektywnie niewielka.

Porównania łeb w łeb na materiale źródłowym oraz utworzonych z niego plikach FLAC pozwalają też na chwilę refleksji na temat nieuchronnej przyszłości. Wygoda korzystania z plików powoduje, że sięgam po nie częściej niż po płyty CD. Tym bardziej, że mój odtwarzacz potrzebuje trochę czasu na rozgrzanie lamp i osiągniecie pełnej jakości brzmienia. I tak powolutku wygodniejsze wypiera lepsze. Bo jednak to CD pozostaje dla mnie referencją. W przypadku plików wysokiej rozdzielczości takie dywagacje mają zapewne mniejszy sens. Klasa stopni wyjściowych powoduje, że odtwarzacz potrafi dać dużo przyjemności nawet z nieco słabszego materiału źródłowego.

Konkluzja
Aurender A10 to świetne, uniwersalne źródło dla melomanów, którzy koncentrują się na muzyce z plików. Do odsłuchu i sprawdzenia, bez drgnięcia powieki, zachęcam.