Aurender X100L - High Fidelity 06/2014


Aurender X100L

High Fidelity 06/2014 (Nr 122) - Wojciech Pacuła. Oryginalny tekst recenzji TUTAJ.

Firma TVLogic jest koreańskim producentem komponentów audio i monitorów telewizji UHD (Ultra High Definition). Tak się składa, że z jego biur badawczych pochodzi jeden z najciekawszych transportów plików audio, model W20. Wykonany z frezowanego bloku aluminium, z pamięcią SSD, ultraprecyzyjnym zegarem Oven-Controlled Crystal Oscillator (OCXO) oraz układem redukcji jittera na bazie zasilanych akumulatorowo układów Field Programmable Gate Array (FPGA), a także z fantastyczną aplikacją na iPada do jego sterowania, spowodował duże zamieszanie w świecie, który wydawał się już podzielony między najważniejszych graczy, z Linnem, Naimem, a potem również Luminem na czele.

Mówię o tym urządzeniu „transport” nie bez przyczyny – wszyscy przywołani producenci oferują kompletne odtwarzacze plików, tj. z sekcją odtwarzającą pliki z nośnika (transport) oraz przetwornikiem cyfrowo-analogowym (DAC). Aurender podszedł do zagadnienia inaczej, od strony, na której zna się najlepiej, tj. zajmując się obróbką sygnału cyfrowego i jego prawidłową transmisją, konwertowanie na sygnał analogowy pozostawiając innym.

W20 był i wciąż jest bardzo drogim urządzeniem i nawet tańszy, wprowadzony do sprzedaży jakiś czas później model S10, niewiele w tej mierze zmienił. Dlatego też informacja o nowych produktach, transportach X100L oraz X100S, które miały kosztować cząstkę tego, co W20 i S10, trafiła na podatny grunt.

Obydwa X100 są zbudowane niemal identycznie, nie są jednak takie same. Literki ‘S’ i ‘L’ w nazwach mówią o tym, jak duży dysk twardy się w nich znalazł, i można je rozszyfrować jako „Small” i „Large”, co dobrze oddaje też długość obudowy każdego z nich. W ‘S’ można zamontować dysk twardy o pojemności 1 TB, a w ‘L” dwa dyski po 3 TB, dające 6 TB (możliwy jest apgrejd do 8 TB). Ludzie z Aurendera uważają bowiem, że pamięć powinna się znajdować jak najbliżej odtwarzacza (choć możliwe jest korzystanie z dysku typu NAS). Umieszczenie dysku twardego wewnątrz ma jednak minusy, wśród których najważniejsze to: wysokie szumy RF oraz drgania, w jakie dysk wpada podczas czytania danych. A drgania w urządzeniach audio (podobnie jak szumy RF i szum mechaniczny) to główne źródło zniekształceń i to z nimi walczymy wszelkimi sposobami.

W Aurenderze zdecydowano się na dysk w środku, musiano się więc zmierzyć z problemami, o których mowa. Najpierw postarano się jednak zmniejszyć szum mechaniczny, generowany przez wiatraczek chłodzący procesory – w X100L go nie ma, ponieważ do kości mikroprocesorów przyciśnięto duży radiator. Działa on również jak ekran eliminujący szumy RF. Z wibracjami pochodzącymi od dysków HDD zawalczono na dwa sposoby. Dyski montowane są do specjalnej, usztywniającej je ramy poprzez gumowe podkładki, odprzęgające mechanicznie te dwa elementy. To jednak tylko początek. Ważniejsze jest bowiem zastosowanie pamięci SSD (solid-state drive) jako bufora. W momencie wybrania w aplikacji listy utworów (płyt) wskazane przez nas pliki są kopiowane z HDD na SSD, po czym dyski twarde się wyłączają, a muzyka odtwarzana jest z pamięci stałej. Rzecz nie jest nowa, tj. odtwarzanie z tego typu pamięci, bo i Blacknote miał taki odtwarzacz (czytaj TUTAJ), i Bladelius (czytaj TUTAJ), i inni. W Aurenderze chodziło jednak o to, aby można było na dysku zgromadzić całą kolekcję, przede wszystkim w postaci plików wysokiej rozdzielczości. A pliki DSD128 zabierają mnóstwo miejsca (kilkuminutowy plik to nawet 300 MB). Stąd potrzeba stosowania HDD. Jest pewne, że w niedalekiej przyszłości dyski SSD będą równie pojemne i znacznie tańsze – doskonale pamiętam, jak w 2006 roku firma Panasonic z dumą informowała o rychłym wprowadzeniu do sprzedaży kart pamięci SD o pojemności 4 GB (czytaj TUTAJ). Dzisiaj to tyle, co nic. W X100L w buforze pracuje dysk SSD o pojemności 120 GB.

Kolejnym utrudnieniem, z którym musiano sobie poradzić, była duża ilość szumów RF, wpływających na jakość wypuszczanego na zewnątrz sygnału cyfrowego. Jak pisałem, w W20 sięgnięto po wyrafinowane metody do jego redukcji, np. zasilanie z akumulatorka LiFePO4 (LFP) i, jak firma informuje, te same metody zastosowano w nowych odtwarzaczach.

Aurender X100L/S miał oficjalną premierę na targach CES 2014 w Las Vegas (7-10 stycznia). Urządzenie zapewnia odczyt w trybie bit-perfect plików DSD (DIFF/DSF - zarówno w pojedynczej prędkości DSD64, jak i podwójnej DSD128), WAV, FLAC, ALAC, APE, AIFF, M4A, jak również innych głównych formatów, w natywnych rozdzielczościach i częstotliwościach próbkowania do 32 bitów i 384 kHz. Jego cechą charakterystyczną, poza znakomitym, czytelnym wyświetlaczem AMOLED na przedniej ściance, jest jedno, jedyne wyjście cyfrowe audio: USB. Wyjście to ma swój własny obwód zasilający, pomagający wyeliminować zakłócenia w sygnale audio i zostało zabezpieczone przed zakłóceniami RF poprzez dokładne ekranowanie. 

Dlaczego tylko jedno wyjście i to właśnie takie? Przyzwyczailiśmy się przecież, że z odtwarzaczy dysków Blu-ray, DVD i CD wychodzimy wyjściem optycznym Toslink lub elektrycznym, koaksjalnym RCA (ew. BNC). Ano dlatego, że X100L jest specjalizowanym komputerem, a łączem, jakim wyprowadza się sygnał dźwiękowy z komputera, jest Universal Serial Bus.

Dochodzimy w ten sposób do jednego z spornych punktów programu – odtwarzacze plików vs komputery w tej samej roli. Sprawa nie jest jednoznaczna i każda z opcji ma w ręku mocne karty. Komputer w roli źródła sygnału cyfrowego ma tę przewagę, że da się go bez końca udoskonalać, poprawiać oprogramowanie, próbować różne odtwarzacze. Gorącym zwolennikiem takiego rozwiązania jest Marcin Ostapowicz, właściciel firmy JPLAY i współautor najlepszego odtwarzacza programowego, jaki znam. Zaletą takiego rozwiązania jest też niska cena. Ale są i tacy, wśród nich i ja, dla których ciągłe grzebanie się w komputerze zamiast słuchania muzyki jest nie do przyjęcia. Klasyczny komputer zawsze pozostanie komputerem, zawieszającym się w najmniej odpowiednim momencie, mającym problemy ze sterownikami, robiącym coś „pod spodem”, na co nie mam wpływu, trudnym w obsłudze. Komputer to urządzenie, w którym przetwarzanie dźwięku jest na szarym końcu, znacznie ważniejsze są dla niego inne procesy. Taktowanie to w nim koszmar audiofila, a wyjścia USB wołają o pomstę do nieba. Dla mnie to prawdziwa droga przez mękę i choć często używam go do testów przetworników, nie mam do niego serca. Pomimo że Marcin instaluje mi w nim na bieżąco nowe wersje JPLAYa i stara się go utrzymać w dobrej kondycji.

Ale i X100L jest komputerem. Tyle, że komputerem specjalizowanym. Każdy, kto miał styczność z produktami Apple’a służącymi do obróbki obrazu lub dźwięku, wie, o czym mówię. Specjalizacja polega na tym, że system operacyjny (tutaj Linux) obsługuje jedynie te procesy, które związane są z pracą odtwarzacza dźwięku. Jest tylko jedno, specjalnie wykonane wyjście. Nie ma karty dźwiękowej, ani graficznej. Urządzenie łączy się z dowolnym przetwornikiem D/A automatycznie, bezproblemowo. I obsługuje się go jak lepszą wersje odtwarzacza CD. I to jest to, czego po urządzeniu audio oczekuję – bezproblemowej, bezobsługowej pracy.

METODOLOGIA TESTU

Żeby z transportu cyfrowego wydobyć jakiś dźwięk, trzeba go podłączyć do jakiegoś przetwornika cyfrowo-analogowego. Transport to transport i szlus (więcej TUTAJ). Żeby mieć punkt odniesienia, w teście X100L podłączony był do kilku różnych DAC-ów, z dwoma na czele: Accuphase DC-901 (testowałem go wcześniej do polskiego „Audio”) oraz Meitner MA-1 DAC z zainstalowanym oprogramowaniem do obsługi sygnału DSD. Z tym pierwszym grałem pliki PCM do 24/192, z drugim również pliki DSD (DSD64). Accuphase’a użyłem dlatego, że słuchałem z nim najlepszego transportu CD, jaki znam, CEC TL0 3.0 i firmowego transportu SACD DP-900. Niestety Accu nie przyjmuje przez wejście USB sygnału DSD, co jest dziwne, jako że to firma promująca płyty SACD. Stąd pomoc ze strony Meitnera.

Aurender X100L jest fantastycznie zbudowany, solidnie i ładnie, ale warto go postawić na dodatkowej platformie antywibracyjnej. Idealnie do tego celu nadała się platforma Acoustic Revive TB-38H, na której mierzący 215 mm x 83 mm x 355 mm odtwarzacz wyglądał tak, jakby była dla niego zaprojektowana. Sygnał wypuściłem z niego kablem, który stosuję przy innych testach, podwójnym Acoustic Revive USB 1.0SPS z zasilaniem akumulatorowym linii 5 V. Dłuższy czas poświęciłem wybraniu możliwie najlepszej metody porównań. Interesowało mnie to, jak zachowuje się:

  • Aurender w porównaniu z moim laptopem (Windows 8, 8 GB RAM, odtwarzanie z dysku SSD 128 GB, JPLAY),
  • Aurender z plikami ripowanymi z CD w porównaniu z płytami CD granymi z transportu CEC-a i z odtwarzacza Ancient Audio Air V-edition w roli transportu,
  • Aurender z plikami hi-res vs płyty CD.

W przypadku płyt fizycznych postarałem się, aby były to zarówno najlepsze dostępne wydania, jak i klasyczne „plastiki”. Nie miałem możliwości wypróbowania plików DSD128 ani DXD – przetworniki Accu i Meitnera ich nie obsługują.

ODSŁUCH

Moje stanowisko w sprawie transport plików vs transport CD wyraziłem explicite w teście CEC-a TL0 3.0 (czytaj TUTAJ). Nie będę tego powtarzał. Chciałbym tylko zwrócić uwagę na dwie rzeczy, które wówczas musnąłem: na akapit, w którym przyznaję, że postęp w dziedzinie odtwarzania plików jest szybki i że ich odtwarzacze są coraz lepsze; podkreśliłem także wygodę, jaką oferują. Myślę, że w przypadku tej kategorii urządzeń nie da się tych dwóch elementów rozdzielić, że splecione są jak bliźnięta w matczynym łonie.

Pod względem „użytkowości”, czy też „grywalności”, jak mówią ludzie od gier komputerowych, X100L jest jednym z najlepszych odtwarzaczy, jakie znam. Do tej pory wzorem dla mnie była aplikacja Linna (czytaj TUTAJ), który ma największe spośród audiofilskich producentów doświadczenie w tej dziedzinie. Myślę, że ta u Aurendera jest co najmniej tak dobra, a przy tym ładniejsza. I prostsza w obsłudze (nie ujmując niczego Linnowi, którego ogromnie szanuję). Równie przyjemne jest zarządzanie plikami na dysku twardym odtwarzacza. Komputer „widzi” go jak zwykły HDD, dzięki czemu możemy łatwo nimi rozporządzać, a struktura, którą nadamy zbiorom, zostanie zachowana. To ogromny plus. Wyświetlacz na przedniej ściance jest niezwykle elegancki i nie zestarzeje się tak, jak inne, kolorowe, napchane informacjami, okładkami i innym śmieciem. Dzięki znakomitemu sterowaniu z iPada mogłoby go nawet nie być. Aurender mógłby przybrać wówczas postać aluminiowego sześcianu. Ale rozumiem, że dzięki takiemu wyglądowi, jak ma teraz, jest ładniejszy i widać, za co płacimy. Obsługa – piątka.

Nieco więcej czasu chciałbym poświęcić opisowi brzmienia. Ci, którzy uważają, że komputery, a X100L jest specjalizowanym komputerem, „grają” tak samo, tj. przy spełnieniu podstawowych wymogów wypuszczają identyczny sygnał, są w błędzie. Powiedziałbym coś mocniejszego, ale nie jestem sfrustrowany, chciałbym tylko potrząsnąć tymi, a to przede wszystkim informatycy, którzy uważają całe zamieszanie wokół odtwarzaczy plików za bicie piany.

Aurender nadaje dźwiękowi charakterystyczny szlif, kształtuje je według dość łatwo rozpoznawalnego wzorca. Jego głównym elementem jest nasycanie dolnej średnicy. Daje to duży i gęsty dźwięk. Po raz kolejny, po znakomitym Luminie, słyszę, że suchość i oschłość dźwięku, które dostajemy z większością odtwarzaczy, jest w głównej mierze problemem hardware’u, nie software’u. Co więcej, dynamika jest znakomita, co z kolei pokazuje, że jej upraszczanie, zmniejszanie, zabiegi charakteryzujące granie plików z komputera, to również problem odpowiedniego odtworzenia. Nie mówię, że wszyscy mają się z moim opisem słabości komputerów i odtwarzaczy zgodzić, każdy może to sprawdzić samodzielnie. Myślę jednak, że mam odsłuchany na tyle szeroki przekrój urządzeń tego typu, że mogę wyraźnie powiedzieć, co o tym myślę.

Dźwięk Aurendera porównywałem z transportami CD (bo to wciąż mój punkt odniesienia) w dwóch turach. W pierwszej interesowało mnie to, jak się ma płyta CD i jej rip, odtwarzany na Aurenderze (rip przy pomocy programu dBPowerAmp w pełnej wersji). W drugiej patrzyłem, jak się ma płyta CD w stosunku do plików wysokiej rozdzielczości. O ile w pierwszym odsłuchu miałem do czynienia z tymi samymi masterami, o tyle w drugiej już nie. Miałem zarówno te same wersje na CD i w plikach hi-res, jak i najlepsze dostępne wydania płyt CD i klasyczne pliki hi-res.

Odpowiedź na to, co ma do zaoferowania była dla mnie prosta i przyjemna. Bo, prawdę mówiąc, odtwarzacz Aurendera nie gra jak typowe odtwarzacze plików i przypomina to, co słyszałem z Luminem. To gęsty i pełny dźwięk, z namacalnymi źródłami. Źródła pozorne pokazywane są dość blisko i mają duży wolumen. Ale nad wszystkim jest miękkość, jedwabistość. Najniższy bas jest słabszy niż z transportu CD, gorsza jest też rozdzielczość. Poza jednym wyjątkiem: kiedy firma wiedziała, jak przygotować plik, wówczas było pół na pół. Tak było na przykład z plikami Naima i Linna. Potwierdziło się to, co już wcześniej wiedziałem: obydwie firmy są prawdziwymi ekspertami nie tylko jeśli chodzi o sprzęt. Znakomite okazały się również pliki z płyty Daft Punk. Ale już przy Dianie Krall, muzyce z płyt Getz/Gilberto, The Köln Concert i innych, także muzyce Dead Can Dance, słabość plików była wyraźna. Przejawiała się w słabszej dynamice, stłumionym brzmieniu i małej przestrzeni.

Kiedy jednak odtwarzacz miał do dyspozycji dobry materiał, grał pięknie. A najpiękniej z plikami DSD. I aż żal serce ściska, że to zawsze będzie jakaś nisza w niszy. Nie sam plik w tej formie jest bowiem ważny, a to, jak został przygotowany. Można przecież skonwertować do DSD dowolny PCM, co często się robi. Ale to katastrofa. Jedynie pliki przygotowane z taśmy analogowej albo z nagrania DSD dają to, co Aurendera uskrzydlało: miękkość, detaliczność, oddech, płynność.

PODSUMOWANIE

Aurendera obsługuje się jak marzenie. Mój stosunek do grania muzyki z komputera jest raczej negatywny, a to ze względu na ich nieprzewidywalność i konieczność ciągłej obsługi poprawek, zmian. Jeśli miałbym więc grać kiedyś pliki w swoim systemie, to chciałbym to robić z odtwarzacza, który będzie równie stabilny, jak odtwarzacz CD. Aurender spełnia ten wymóg idealnie. Jest niewielki, świetnie zbudowany i wypuszcza dźwięk, który powinien się spodobać dużej grupie melomanów, niezależnie od tego, ile mają do wydania na tego typu urządzenie. Powiem więcej: struktura dźwięku, jaką on oferuje, jest bliska mojej wizji brzmienia produktów w wysokiej klasy systemie. Jest miękki, ale nie rozmiękczony, jest dynamiczny, namacalny. Dochodzi do tego znakomita obsługa. Pozostaje jedynie dobrać do niego wysokiej klasy DAC – to może być Meitner, z którym był testowany, ale może to być również przetwornik Mytek STEREO192-DSD DAC, o którym jakiś czas temu pisałem, albo Auralic Vega (czytaj TUTAJ i TUTAJ). Każda z tych konfiguracji będzie świetna i w każdej główne cechy brzmienia X100 będą słyszalne. Jeśli odtwarzacze plików pójdą tym tropem, to już niedługo będę musiał się za czymś takim rozejrzeć - X100L jest wyjątkowy.

BUDOWA

X100L jest podłużnym urządzeniem o wąskiej ściance przedniej. Umieszczono na niej świetny, mleczno-niebieski wyświetlacz AMOLED i cztery przyciski, którymi w razie potrzeby można nim sterować. Jest też przycisk standby. Z tyłu najważniejszym gniazdem jest USB Audio. Jest tam również gniazdo ethernetowe, którym łączymy odtwarzacz z routerem, przez które jest sterowane z iPada. Są też dwa gniazda USB, do których możemy podpiąć pendrajwy. Sygnał na wewnętrzny dysk przegrywamy bezpośrednio z komputera, po podłączeniu go do gniazda ethernetowego. Ustalamy własne foldery albo przyjmujemy zaproponowane przez firmę – komputer „widzi” X100L jak zwykły dysk HDD. Obudowę złożono z grubych, ładnie wykończonych płyt z aluminium, a boki z elementów aluminiowych przypominających radiatory. Świetnie wyglądają nóżki – tylko trzy.

Wewnątrz urządzenie wygląda jak odtwarzacze Linna, tj. przypomina specjalizowany komputer. Na głównej płycie znalazły się mikroprocesory i układy pomocnicze, przykryte dużym radiatorem. Pamięć RAM 4 GB jest na małej płytce powyżej. Łączność z umieszczonymi obok dyskami zapewniają kable eSATA. Dyski przykręcono do metalowych ram, od których odsprzęgnięte są gumowymi podkładkami. Z przodu, równolegle do ścianki, jest dysk SSD Samsunga o pojemności 120 GB. Na głównej płytce umieszczono również układy wyjściowe, ze specjalizowanymi układami antyjitterowymi zasilanymi z akumulatorka. Powyżej, przy tylnej ściance, jest zasilacz impulsowy o mocy 100 W.

Urządzeniem można sterować przyciskami na przedniej ściance, ale to żmudna i niewdzięczna robota. Prawdziwym sterownikiem są bowiem urządzenia Apple, z iPadem na czele. Służy do tego znakomita aplikacja Aurender App. To jeden z najlepszych sterowników, z jakimi miałem do czynienia. Żaden program komputerowy, nawet najfajniejszy, się do niego nie umywa.


Z drugiej strony… OPINIA nr 2

Tomek Folta

Na początku stycznia, przeglądając fotorelację z tegorocznej edycji C.E.S. w Las Vegas, uwadze mojej nie umknęła premiera Aurendera X100L. Ta koreańska firma znana była mi oczywiście już wcześniej, ale ponieważ nie rozważałbym na poważnie zakupu odtwarzacza plików za 70 kPLN, a tańszy (od topowego W20) model S10 już w specyfikacji wyglądał zdecydowanie gorzej, nie zaprzątałem sobie głowy tymi produktami. Im dłużej przyglądałem się opisom X100L, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że jest to urządzenie, które pod względem budowy i funkcjonalności zostało stworzone jakby w odpowiedzi na moje (bardzo specyficzne) potrzeby i wymagania.

Po pierwsze, w X100L dysk twardy znajduje się wewnątrz urządzenia. To dla mnie istotna zaleta, gdyż serwer NAS oznacza dodatkowe (niepotrzebne mi do szczęścia) urządzenie na peryferiach mojego systemu, kolejny zasilacz, który go obsłuży, a także dwa dodatkowe kable LAN. Co ważne, Aurender wygasza pracę dysków twardych wczytując playlistę na dysk SSD, co eliminuje problem drgań i zakłóceń emitowanych przez wewnętrzny dysk, co ma miejsce np. w moim odtwarzaczu Dune HD Max. Kolejna ważna cecha to fakt, że Aurender jest transportem plików, a urządzeń tego typu jest na razie na rynku niewiele. Jako posiadacz dobrego przetwornika cyfrowo-analogowego, nie chcę płacić za DAC-a wewnątrz odtwarzacza. Również jedyne dostępne w X100L wyjście cyfrowe, czyli specjalnie izolowane, anty-jitterowe USB, przeniesione wprost z topowego modelu W20, to także rozwiązanie szyte na miarę dla mnie, gdyż posiadam już od dawna dobry kabel USB (najwyższy model WireWorld – jednometrowy Platinum Starlight). Poza tym producent nie poniósł kosztów kilku równoległych wyjść cyfrowych, jak w droższych modelach Aurendera, co korzystnie wpływa na cenę urządzenia.

Ostatnią niezwykle istotną cechą Aurendera jest wyjątkowo przyjazna dla audiofila aplikacja do sterowania urządzeniem przy pomocy iPada. Oprócz standardowych możliwości segregowania muzyki dostępnych w tego typu programach, jak: po gatunku, po artyście, po kompozytorze itp., Aurender pozwala stworzyć pięć własnych folderów i dowolnie je nazwać. Wystarczy ponadawać własne nazwy folderom na dysku twardym. To dla mnie bardzo istotne, gdyż od początku w moim odtwarzaczu Dune segreguję swoją „kolekcję” plików w folderach: "RIP-y płyt CD", "Metal", "Muzyka HD", "Gerhard" (to profesjonalne RIP-y płyt CD, które otrzymałem od zaprzyjaźnionego producenta sprzętu audio z Austrii) oraz "Pozostałe", i przy takim podziale chciałbym móc dalej pozostać. Większość znanych mi dotychczas rozwiązań wrzuca całą muzykę do jednego worka, tworząc zupełny bałagan. Rozumieją Państwo, że pomalowane ku chwale diabła twarze norweskich gwiazd black metalu na okładkach ich płyt z pierwszej połowy lat 90., porozrzucane alfabetycznie pomiędzy samplerami Stockfisch-Records i dyskografią Michaela Jacksona, wyglądają dość pretensjonalnie.

Oprócz powyższych, aplikacja Aurendera pozwala jeszcze segregować pliki po częstotliwości próbkowania oraz głębokości bitów, zawiera także osobny przycisk "DSD". Tworzenie i zapisywanie własnych playlist jest również bardzo intuicyjne. Nie wyobrażam sobie, czego więcej mógłbym chcieć od aplikacji do odtwarzania muzyki. Posiadacze tabletów działających na systemach operacyjnych Android i Windows będą musieli niestety wkalkulować dodatkowy koszt zakupu urządzenia z symbolem nadgryzionego jabłuszka.

Skoro już jesteśmy przy „jabłuszku” to jeszcze jedna istotna informacja – Aurender obsługuje standard AirPlay. Poprzez domową sieć wi-fi można bez problemu strumieniować muzykę z iPhone’a lub iPada np. z YouTube. Oczywiście, jakość w tym przypadku nie poraża, ale w wielu sytuacjach bardzo się to przydaje.

Odsłuchów dokonałem w standardowo umeblowanym pomieszczeniu o powierzchni 30 m2 i wysokości 3,90 m, poddanym jednak adaptacji akustycznej w postaci podwieszanego sufitu z materiału Ecophon Focus Dg. Aurender został wpięty do przetwornika cyfrowo-analogowego Stratos firmy Ayon Audio, w specjalnej wersji z lampami 6H30DR (NOS) na wyjściu. Stratos pełni w moim systemie również rolę analogowego przedwzmacniacza, sterując najnowszą A-klasową końcówką mocy Accuphase model A-70. Kolumny to Dynaudio Confidence C4 ver.2, w zadedykowanej dla mnie osobiście przez Wilfrieda Ehrenholza wersji Signature. Ilekroć mowa będzie o różnicach pomiędzy brzmieniem plików i płyt CD, będzie to znaczyło, że do porównania użyłem transportu Ayon Audio CD-T, podłączonego do Stratosa w standardzie I2S kablem LAN firmy Acoustic Revive.

Nigdy nie spodziewałem się, że powstanie nagranie, nazwijmy to z masowego nurtu muzyki, przed którym audiofilski ortodoksyjny świat, nie wychodzący na ogół poza ramy klasyki, jazzu itp. gatunków, klęknie na kolana, tak jak w 2013 roku przed Random Access Memories duetu Daft Punk. Guy-Manuel de Homem-Christo i Thomas Bangalter wydali ponad milion dolarów na studio, muzyków sesyjnych, narzędzia Pro-Tools i… Boba Ludwiga, który zmiksował album do trzech formatów: analog, digital i DSD. Pieniądze nie poszły na marne, powstało arcydzieło muzyczne, z którego już trzy pierwsze utwory mogą posłużyć za tor przeszkód, obnażający bezlitośnie wady każdego przeciętnego systemu audio. W dobrych systemach natomiast, Daft Punk odwdzięczy się niesamowitą dynamiką, wstrząsającym pomieszczeniem subsonicznym basem i mnóstwem „efektów specjalnych” w górze pasma (nie zapominając oczywiście o najważniejszym, czyli doznaniach estetycznych płynących z samej muzyki). Porównanie pliku 24 bity/88,2 kHz z HDtracks.com z dostępnym na CD Japan (Sony Music Japan International SICP 3817) japońskim wydaniem płyty CD, prawie natychmiast pokazało wyższość tego pierwszego. Bas schodził w jeszcze niższe rejony, bezbłędnie kontrolując ogromne kolumny głośnikowe pompujące powietrze w sporym pomieszczeniu, nie wykazując przy tym najmniejszej kompresji. Oczywiście duża w tym zasługa końcówki mocy Accuphase A-70 z niespotykanie wysokim współczynnikiem tłumienia wynoszącym 800, ale bez solidnego sygnału źródłowego ta sztuka nie udała by się na pewno. Mało kto wie, że w utworze Giorgio by Moroder, na polecenie Thomasa Bangaltera, użyto w studiu trzech różnych mikrofonów, co potwierdza pedantyczne podejście muzyka do kwestii brzmienia. Pierwszy z mikrofonów pochodził z lat 60-tych ubiegłego stulecia i został wykorzystany do opowiedzenia historii z przeszłości (jesteśmy w roku 1969), drugi z nich, z lat 70-tych, użyto do fragmentu mówiącego o teraźniejszości, i trzeci, współczesny nam, znalazł zastosowanie do opowieści Giorgio Morodera o wynalezieniu „dźwięku przyszłości”. Różnice pomiędzy poszczególnymi mikrofonami były łatwiejsze do wychwycenia z Aurendera niż z płyty CD.

Odsłuch plików DSD ujawnił największe zalety transportu Aurendera. Porównując pliki DSF ze składanki Opus3 DSD Showcase, bez względu czy w wersji DSD64, czy DSD128 (różnice między nimi były łatwo wyczuwalne, na korzyść wersji DSD128 oczywiście), z ich odpowiednikami na płytach CD (Test CD 4.1, Opus 3 CD19400 HDCD, Tiny Island, Opus 3 CD19804, Eric Bibb & Needed Time, Good Stuff, Opus 3 CD 19603), dała się zauważyć zjawiskowa wręcz namacalność pozornych źródeł dźwięku tych pierwszych. Po przełączeniu z Aurendera na CD-T Ayona, w pierwszej chwili dźwięk wydawał się spokojniejszy, bardziej wyważony, co w większości przypadków byłoby cechą pożądaną, tutaj jednak coś powodowało, że po kilkuminutowych odsłuchach jednego i drugiego to dźwięk Aurendera okazywał się naturalniejszy, bardziej przyjazny dla ucha i to właśnie z tą wersją miało się ochotę pozostać już dla samej przyjemności słuchania. W utworze Vaquero Tiny Island, jednej z moich ulubionych płyt ze stajni Opus 3, sposób, w jaki kontrabas i instrumenty perkusyjne „zapadały” w trójwymiarowej przestrzeni, był zdecydowanie precyzyjniejszy z pliku. Wysokie tony miały odpowiedni koloryt, wybrzmiewały dłużej i dokładniej. Z Aurendera pojawiło się również więcej mikrodetali. 

Live at Vatnajökull (Opus 3 CD 19802), czyli improwizacje Mattiasa Wagera na organach oraz Andersa Åstranda na instrumentach perkusyjnych, nie dotrwały niestety w wersji CD w mojej kolekcji do momentu tego porównania, gdyż sprzedałem ów dysk na popularnym serwisie aukcyjnym ponad dekadę temu, doszedłszy do wniosku, że jest on skrajnym przykładem audiofilskiego podejścia do twórczości (jakość dźwięku 10/10, zdolności muzyczne i artystyczne 1/10) i nie zasługuje, aby zajmować miejsce na mojej półce. Odsłuch z pliku DSF na Aurenderze X100L pokazał mi jednak zupełnie nowy wymiar tego nagrania. Koreańskie urządzenie pozwoliło mi bez problemu przenieść się myślami do dużego kościoła, gdzieś na Islandii, nieopodal lodowca, i odczuć atmosferę tego miejsca, jakby to nagranie miało miejsce tu i teraz. Szczególnie ujmujące było oddanie potęgi organów i ich rozciągnięcie w całym paśmie. Także na Black Beauty Ellingtona w wykonaniu Blue Five, rozpoczynająca utwór trąbka zdecydowanie więcej szczegółów w wysokich tonach pokazała z pliku DSD. Wchodzący po niej kontrabas zabrzmiał bardzo twardo, ale bez przesadnej ostrości. 

Osobną kwestią pozostaje dostępność plików DSD. Największy serwis z plikami tego typu, jaki znam – Acoustic Sounds – ze względu na politykę wytwórni muzycznych, uniemożliwia zakup z terytorium Polski. Oczywiście za kilka dolarów rocznie można „ukryć się” za amerykańskim VPN-em, ale nie testowałem osobiście tego rozwiązania. Redakcja „High Fidelity” nie bierze również żadnej odpowiedzialności za ewentualne skutki prawne takich działań podejmowanych przez czytelników.

Co ciekawe i warte odnotowania, w jednym z pokoi na tegorocznej wystawie High End w Monachium spotkałem Aurendera X100 stanowiącego źródło w wartym prawie milion euro systemie składającym się m.in. z kolumn Marten Coltrane Supreme 2, przedwzmacniacza darTZeel NHB-18NS, monobloków tej samej firmy model NHB-458 oraz przetwornika MSB DAC IV Diamond (zdjęcie poniżej). Zupełnie nie rzucało się w oczy (ani w uszy), że na początku tego ultra-drogiego toru audio znajduje się odtwarzacz, którego wartość odpowiada tylko za około 0,5% ceny całego zestawu.

Czy Aurender X100L jest urządzeniem idealnym? Niestety, muszę stwierdzić, że ripy płyt CD (wykonane za pomocą MacBooka Pro i aplikacji XLD) nie zagrały tak dobrze z Aurendera, jak „prawdziwe” płyty z transportu CD, ale też trzeba pamiętać, że CD-T Ayona wyposażony w mechanizm Philips PRO-2 wraz ze Stratosem, to odtwarzacz z bardzo wysokiej półki i być może porównanie z tańszymi źródłami CD wypadłoby na korzyść Aurendera.

Czytając w Internecie recenzje różnych odtwarzaczy plików natknąłem się wielokrotnie na pytania w stylu: „a czym ten odtwarzacz różni się od zwykłego „peceta” z zainstalowanym programem do odtwarzania muzyki?” Niestety nie będę w stanie udzielić odpowiedzi na to pytanie w stosunku do Aurendera, a przynajmniej takiej odpowiedzi, która zadowoliłaby informatyka, być może Wojtkowi się to uda, ale muszę jednoznacznie stwierdzić, że przez 3 lata odtwarzania plików z Dune HD Max oraz z MacBooka Pro, testowania różnych aplikacji w tym drugim (Decibel, Amarra, Audirvana), wyłączania Air-Port w celu pozbycia się wszelkich potencjalnych zakłóceń, oczyszczania RAM-u ze zbędnych procesów w Monitorze Aktywności systemu operacyjnego przed każdym odsłuchem i stosowania wielu innych denerwujących na dłuższą metę czynności optymalizujących brzmienie, nigdy nawet nie zbliżyłem się do dźwięku zaprezentowanego przez X100L. Powiem wręcz, że byłem bardzo daleko od niego. Pliki w moim systemie brzmiały dotychczas zupełnie płasko, kończyły się w dole pasma najdalej w miejscu, do którego moje poprzednie kolumny Dynaudio Confidence C2 były w stanie zejść, nigdy natomiast nie wydobyły z C4 ich prawdziwej potęgi brzmienia, wysokie tony były zmatowione, całość jakaś wewnętrznie nerwowa, a zawsze po przełączeniu na odtwarzacz CD czułem ulgę. Aurender całkowicie zmienia ten stan rzeczy, zagości więc w moim systemie już na stałe, jako źródło równorzędne do transportu płyt CD.