SoundSmith Carmen High Fidelity 07/2016

Soundsmith CARMEN

High Fidelity 07/2016 (Nr 147) 

Wojciech Pacuła


Jak to jest, że jedne rozwiązania stają się powszechne, a inne odchodzą w zapomnienie, co najwyżej egzystując w cieniu obok głównego nurtu? Bo przecież nie decyduje o tym ani kryterium przydatności, ani jakości, ani celowości. Jeśli jednak „zaskoczy”, to często jest tak, że po firmie, która jej wymyśliła, dziedziczy ono nazwę. Dobrze ilustruje to przypadek Velcro (rzepów), Xeroxa (ksero) i Tannoya – ten ostatni w UK przez całe lata był synonimem głośnika PA (używanego w przestrzeni publicznej). Czyż nie golimy się żyletkami (Gillette)? Po prostu jedne „wchodzą” do użycia i języka, a inne nie; jedne z nami zostają, a inne znane są z książek z ciekawostkami. Nie da się więc przeprowadzić dowodu na powód wszechobecności dwóch typów wkładek gramofonowych – Moving magnet i Moving Coil. Pewny jest sam fakt, ale powód takiego stanu rzeczy – już nie. Amerykańska firma Soundsmith („kowal dźwięku”), producent dwóch innych typów wkładek, w tym MI (Moving Iron), ma na ten temat własne zdanie. Jak czytamy w jej materiałach, firmy produkujące wkładki MM zainwestowały niegdyś duże pieniądze w odpowiednie oprzyrządowanie oraz maszyny i nie opłaca się im zmieniać profilu. Pomimo że – jak czytamy na stronach internetowych Soundsmitha – przewagi wkładek MI nad MM są ogromne.

Moving

Najpierw jednak klika słów o tym, co to takiego w ogóle jest to MI. Dwie dominujące typy wkładek – MM i MC – są do siebie podobne tylko w ogólnych zarysach. Igła („tip”) jest w nich przymocowana, najczęściej przyklejona, do wspornika („stylus”) na jednym końcu; na jego drugim jest albo magnes („magnet” - wkładki MM), albo cewki („coil” - MC). Całość przypomina huśtawkę. Ruch magnesu w umieszczonych w jego polu magnetycznym cewkach wywołuje przepływ prądu elektrycznego proporcjonalnego do szybkości drgania igły (wkładki MM), a we wkładkach MC ten sam efekt daje ruch cewek zamocowanych na wsporniku w polu magnetycznym nieruchomych magnesów. Wspornik jest podtrzymywany w jednym miejscu, zwykle blisko cewek lub magnesów i to, jak sztywno jest wsparty przekłada się na tzw. „podatność”.

Wkładki MC chwalone są za większą rozdzielczość niż MM i znacznie większą ilość detali. Zawdzięczają to zmniejszeniu masy elementu ruchomego – cewki są znacznie lżejsze niż magnesy. Płacą za to znacznie niższym napięciem wyjściowym, dlatego w przedwzmacniaczach gramofonowych potrzebny jest dodatkowy stopień wzmocnienia; typowe wkładki MM mają napięcie na poziomie 2,5-5 mV, a wkładki MC od 0,2 do 0,7 mV (uśredniam).

A co, jeśliby jeszcze bardziej zmniejszyć masę „zawieszoną” na wsporniku? Można zmniejszać masę magnesów, ich rodzaj (np. na neodymowe), zmniejszać ilość zwojów cewek i średnicę ich drutu, ale te działania mają ograniczenia. Drastyczne zmniejszenie masy udało się osiągnąć dopiero przez zastąpienie magnesów we wkładce MM namagnesowanym elementem ze stali. Na stronie Soundsmitha widnieje interesujące zdjęcie porównujące wspornik z magnesami ze wspornikiem typu MI – różnica jest ogromna (wkładki typu MI noszą w jej firmowej nomenklaturze nazwę Fixed Coil).

Zmniejszenie masy układu ruchomego przynosi wiele korzyści, jak np. zmniejszenie nacisku bez pogorszenia śledzenia rowka („trackability”), szybsze oddanie ataku dźwięku i transjentów, więcej mikroinformacji, które zwykle wygaszane są w zawieszeniu wspornika. Wskazuje się także to, że znacznie mniej energii wraca z płyty do generatora. Zalet jest zresztą znacznie więcej – zainteresowanych odsyłam do artykułu Fixed Coil vs. Moving Coil: Why make the jump to a different technology? na stronach firmowych.

Wkładki typu MI mają również inne ważne zalety, wśród których wskazałbym najpierw na łatwość wymiany igły, np. po uszkodzeniu lub po zużyciu. Zmienia się je podobnie jak we wkładkach MM, a koszt wymiany jest niewielki; przypomnijmy, że w przypadku wkładek MC może sięgnąć nawet 75% wartości samej wkładki.

Carmen

Jednym z najbardziej znanych producentem wkładek typu MI była firma Bang & Olufsen. Jeśli popatrzymy bliżej na wkładki Soundsmitha, od razu dostrzeżemy ich podobieństwo do wkładek B&O. Soundsmith to bowiem firma, która od kilkudziesięciu lat specjalizuje się w naprawach sprzętu audio, w tym B&O. Podobieństwo jest więc nieprzypadkowe – pierwsze wkładki Amerykanów były modyfikowanymi wersjami wkładek holenderskich wizjonerów. Dodajmy, że obecnie producentem wkładek typu MI jest także firma Grado.

Carmen jest klasycznym przykładem takiej konstrukcji. Z zewnątrz niemal wszystkie modele tego producenta – poza serią Strain Gauge Cartridge Systems – wyglądają podobnie: body ma wydłużony przód, z charakterystyczną osłoną na igłę, przypominający wkładki Technicsa dla DJ-ów, ujęty w element, do którego wkręca się śruby mocujące wkładkę do ramienia. Różnice między nimi skupiają się w materiale, z którego zbudowany jest wysięgnik, podatności, precyzji wykonania cewek oraz materiale, którego wykonana jest obudowa („body”).

Testowana wkładka jest jedną z tańszych, choć na zewnątrz tego nie widać. Dostępna jest w dwóch wersjach – o średniej („medium”) lub wysokiej („high”) podatności; testujemy tę drugą. Podłącza się ją do przedwzmacniaczy gramofonowych przeznaczonych dla wkładek MM. Jej napięcie wyjściowe wynosi 2,5 mV, a sugerowane obciążenie ≥ 47 kΩ. Igła ma szlif eliptyczny 6 x 17 μm (Nude Eliptical) i przymocowana jest do wspornika ze stopu na bazie aluminium. Dzięki niewielkiej masie drgającej nacisk jest naprawdę niewielki i wynosi 1,4 g. Jej body wykonano z drewna hebanowego, do którego wklejono aluminiowy element z naniesionym logo i nazwą modelu. Śruby mocujące wkręca się bezpośrednio do tego insertu, nie są potrzebne nakrętki. Wkładkę można zamówić również w wersji monofonicznej.


METODOLOGIA TESTU

Wkładka Carmen testowana była na ramieniu Pro-Ject 9CC Evo, zamocowanym na gramofonie Pro-Ject RPM-9 Carbon. Dodatkowy odsłuch przeprowadziłem z gramofonem Lenco L 75 na podstawie firmy Nomos, z ramieniem SME 3009. W obydwu przypadkach współpracowała z przedwzmacniaczem gramofonowym RCM Audio Sensor Prelude IC. Geometrię ustawiałem korzystając z protractora Dr. Feickert Analogue. Carmen porównywana była do wkładek redakcyjnych: Miyajima Laboratory Madake i Zero oraz Denon DL-103 z bieżącej produkcji, a także do wkładek Hana EL i EH.


ODSŁUCH

W Krakowskim Towarzystwie Sonicznym mamy ludzi słuchających muzyki na urządzeniach lampowych i tranzystorowych, zwolenników płyt CD, plików i winylu. Kiedy schodzimy się na spotkanie różnice między nami na moment wygasają, po to, aby za czas jakiś powrócić spotęgowane różnicą zdań na temat danego produktu, płyty, techniki. Słychać wtedy lekkie przytyki, dochodzi też do zawoalowanych prób dezawuowania innych systemów. Wszystko to w atmosferze wzajemnego szacunku i przyjaźni. Ale jednak…

Najczęściej różnicę zdań słychać między posiadaczami kolumn Dynaudio i nie-Dynaudio. Ale znacznie głębszy spór ma miejsce gdzie indziej, a mianowicie między Januszem, posiadaczem wzmacniacza lampowego, pracującego w trybie single-ended, w klasie A, z lampami 300B oraz Ryśkami, posiadaczami i miłośnikami McIntosha Mc275 (różnych wersji), w którym też są lampy, ale inne – to tetrody strumieniowe KT88, pracujące w trybie push-pull w klasie AB. Trwa to od 12 lat i nic nie wskazuje na to, aby tę różnicę zdań dało się kiedykolwiek „uzgodnić”.

Chodzi bowiem o fundamentalny spór o to, co jest w reprodukowanym dźwięku ważne, co sprawia, że wydaje się nam, że to muzyka grana na żywo, a przynajmniej na tyle wiarygodna, że tę niewiarę na chwilę zawieszamy i cieszymy się słuchaną płytą. Jest to w przypadku wkładek Sounsmitha typu MI kluczowe, bo przechodząc na nie z dowolnej wkładki MC zmieniamy równocześnie spojrzenie na reprodukowaną muzykę. Nieprzypadkowo przywołałem spór w łonie KTS-u – zmieniając wkładkę MC na IM w wykonaniu Soundsmitha zamieniamy wzmacniacz tranzystorowy, albo wzmacniacz lampowy, ale z lampami 300B (zaraz to wyjaśnię) na wzmacniacz lampowy z KT88 – zarówno jeśli chodzi o barwę, dynamikę, jak i rozdzielczość.

Będąca przedmiotem niniejszego testu wkładka brzmi niebywale soczyście. To rzecz, której modelom MC, ale i wielu MM, brakuje. Weźmy dowolną, niedrogą wkładkę MC i po jakimś czasie stwierdzimy, że gra jak fajny wzmacniacz tranzystorowy. Dostaniemy szczegółowy, szybki dźwięk z czystymi wysokimi tonami. Może nie za specjalnie wypełniony, bez niskiego basu, niezbyt rozdzielczy, ale mimo to satysfakcjonujący. Postawiona obok Carmen będzie znacznie cieplejsza, bardziej nasycona, soczysta. Nie będziemy mieli wątpliwości, że jej twórcy są bardziej nastawieni na ducha muzyki, niż na jej literę. Tj. ważniejszy jest dla nich „przekaz”, dominujący nad „techniką”.

Odtwarzając, dla przykładu, Man Machine Kraftwerka z cyfrowego remasteru (2009), momentalnie zagłębiamy się w ciepły, pulsujący dźwięk. Nie ma w nim niewiarygodnie rozdzielczej góry, jak z droższymi wkładkami MC, ale też nie ma cienia rozjaśnień. Jest spokój, muzyka sunie miarowo, rozwijając się w trakcie słuchania. Schodzący nisko bas jest jej fundamentem i choć nie jest specjalnie zwarty, ani punktowy (konturowy), to nie wlecze się; ma po prostu mniejszą selektywność niż to, co powyżej.

Z kolei analogowe rejestracje i wydania, chociażby oryginał The Survivors’ Suite Keitha Jarretta, czy wydana przez Pure Pleasure reedycja How Hi the Fi Bucka Claytona, pokazują znacznie więcej informacji na górze pasma, są bardziej otwarte, ale i one generują mięsisty, ciepły dźwięk. Tak – ciepły to dobre określenie. Sugeruje brak wysokich tonów, ale to tylko stereotyp; w tym przypadku chodzi raczej o budowanie brył bez ich wyodrębniania, pokazywanie informacji bez ich uszczegółowiania. To dźwięk, w którym plany są w łączności ze sobą, nie są od siebie odseparowane, w którym tworzy się łączna całość o dużym wolumenie, bez wnikania w szczegóły.

Kiedy wsłuchamy się w znane nam płyty, nie ma znaczenia, jakiej jakości jest tłoczenie, chodzi wyłącznie o muzykę, usłyszymy że Carmen dostarcza mnóstwa informacji, każdego typu – od dynamiki, poprzez obrazowanie, na barwie skończywszy. Ale, podobnie jak przywołane KT88 (oraz KT150), chowa je poniżej pewnego progu, wysuwając na plan pierwszy „założenie” danej płyty, utworu, fragmentu. Bardzo łatwo uzyskujemy w ten sposób kontakt z emocjami towarzyszącymi nagraniu i nawet jeśli są to bardziej nasze emocje niż muzyków, to są one równie silne i równie prawdziwe.

Rozczarują się więc ci, dla których istotne dla budowy obrazu dźwiękowego – takiego, który ich porusza – są: atak, szybkość, konturowość, selektywność. Carmen wchodzi w głąb dźwięku, nie ślizgając się po nim. Nie jest jeszcze na tyle rozdzielcza (to ostatecznie nie jest bardzo droga wkładka), aby połączyć powierzchnię z głębią. Za to trzeba zapłacić znacznie więcej. Nie jest jednak stłumiona, ani „zlepiona”. Ciepło, którym emanuje może coś takiego sugerować. Wrażenie to, naturalne w przypadku, kiedy nie mamy doświadczenia z wysokiej jakości dźwiękiem, znika szybko, zastępowane przez świadomość mnóstwa detali i szczegółów. Te nigdy jednak nie wychodzą poza rolę wyznaczoną im przez konstruktora wkładki, przez reżysera nagrania (oczywiście w moim przekonaniu, jak było na pewno nie wiemy…), nie dopominają się o uwagę. Przy bliższej inspekcji, dłuższej ekspozycji na dźwięk Carmen, schodzą trochę na drugi plan. Jeśli to „nasz” sposób widzenia świata reprodukowanej muzyki, to jesteśmy w domu.

Słuchając Carmen nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że jej dźwięk idzie w kierunku analogowej taśmy-matki. Scena dźwiękowa jest bardzo głęboka i szeroka, z materiałem monofonicznym instrumenty mają duże body. Ale ostatnie, co bym powiedział, to że elementy tła dźwiękowego są wyławiane, że „widać” źródła pozorne. Wszystko miało wspólny mianownik, było gęste i bogate, ale nie było cienia kreowania indywidualnego „body” żadnego z nich. Podobnie dynamika – niesamowicie wysoka, ale raczej w ramach mniejszych założeń, a nie całości. Wydaje się, że to spokojny dźwięk, choć nim nie jest. Pulsuje i zmienia się, ale wewnątrz, w głąb, a nie na zewnątrz. Cały dźwięk jest właśnie taki – niesłychanie naturalny i „normalny”, w przeciwieństwie do dźwięku „hi-fi”, tj. kreowanego.

PODSUMOWANIE

Po raz pierwszy słuchałem wkładki Soundsmith u siebie w systemie, po raz pierwszy mogłem ją porównać z moimi zaufanymi wkładkami. Znam ten dźwięk z wielu odsłuchów wkładek Grado, a także samych Soundsmithów na wystawach i pokazach. Wiadomo jednak, że to nie to samo, że tylko osobisty, niemal intymny – bo muzyka, mimo że zwykle przeżywana w większym gronie, jest jedną z najbardziej intymnych sztuk – kontakt z produktem audio pozwala go dobrze poznać i się nam wobec niego określić. Soundsmith Carmen brzmi ciepło, gęsto, treściwie. To nie jest dźwięk dla wyczynowców szybkości i miłośników ciężkiej muzy. Hard rock w wykonaniu Black Sabbath, Led Zeppelin – super, jak najbardziej. Ale już Slayer i inni zagrają zbyt łagodnie. Z kolei elektronika i jazz – znakomicie. To wkładka, która chowa pod spodem trzaski i szumy przesuwu, pozwala więc na komfortowy odsłuch. Nie wycofuje góry, ale skupia naszą uwagę na środku pasma. Znikome trzaski są dodatkowym bonusem. To piękna wkładka dla pięknych ludzi :)

Dane techniczne (wg producenta)

Szlif: Nude Elliptical, 0,120 mm SQ
Wymiary: 6 x 17 μm
Wspornik: stop aluminiowy
Rekomendowany nacisk:
12 mN/1,2 gm (wersja „high”) | 14 mN/1,4 gm (wersja „medium”)
Masa igły: 0,35 mg
Podatność:
28 μm/mN (wersja „high”) | 22 μm/mN (wersja „medium”)
Pasmo przenoszenia: 20-20 000 Hz ± 2,5 dB
Separacja między kanałami:
1000 Hz - >26 dB | 50-15 000 Hz - >20 dB
Niezrównoważenie kanałów: <1,6 dB (stereo), <1 dB (mono)
Napięcie wyjściowe: 2,12 mV
Waga: 6,8 g
Impedancja obciążenia: ≥ 47 kΩ