Keces E-40

High Fidelity (180) 04/2019 

Wojciech Pacuła

Firma KECES powstała w 2002 roku w Nowym Taipei, na Tajwanie. jej produkt, E40, to niedrogi, świetnie wyposażony wzmacniacz zintegrowany, wyposażony w wejście USB i gramofonowe, wyjście z przedwzmacniacza i słuchawkowe, sterowany pilotem zdalnego sterowania. Kiedyś takie klasyczne urządzenia były domeną producentów europejskich. Jak widać, „wszystko płynie”…

KECES to marka tajwańskiej firmy Huikang Electronic Co., Ltd. Znana jest przede wszystkim z produktów związanych z zasilaniem: precyzyjnych, liniowych zasilaczy napięcia stałego dla serwerów, routerów, przetworników D/A i innych urządzeń związanych z dźwiękiem; w swojej ofercie ma również kondycjonery napięcia zasilającego AC. Te dwie serie są zresztą odpowiednio nazwane: Linear Power Supply Series oraz Balanced Isolation Power Conditioner Series. 

Ale Keces ma dla audiofilów coś jeszcze – kilka produktów (słownie: cztery) bezpośrednio związanych z odtwarzaniem dźwięku. W dwóch seriach – Superior Series i Essential Series – oferowane są: DAC/przedwzmacniacz nocy i końcówka mocy (Superior) oraz przedwzmacniacz gramofonowy i wzmacniacz zintegrowany (Essential). Wszystkie produkty tej firmy, niezależnie od serii i przeznaczenia, wyglądają podobnie – mają aluminiowe, anodowane na czarno obudowy i są niewielkie. I – to chyba w tym akapicie kluczowe – są naprawdę niedrogie.

E40

E40 jest wzmacniaczem zintegrowanym. Został pomyślany jako część wyposażenia systemu komputerowego, może stać na biurku. Nie zawężałbym jednak jego możliwości, ponieważ z powodzeniem może być centrum klasycznych systemów audio. Jego obrys jest niewielki, jego górna ścianka to kwadrat o wymiarach 220 x 200 mm. Usprawiedliwione byłoby więc takie założenie: to urządzenie pracujące w klasie D z impulsowym zasilaczem. I tu pierwsza niespodzianka – to absolutnie klasyczny układ, z przedwzmacniaczem pracującym w klasie A i wzmacniaczem mocy w klasie AB, z zasilaczem liniowym. Urządzenie dysponuje mocą 40 W (przy 8 Ω), stąd jego nazwa. Przy 4 Ω moc wzrasta niewiele, do 65 W, nie będzie to więc demon dynamiki.

Przy ciągłym poborze mocy wzmacniacz okazuje się jednak zaskakująco wydajny – producent mówi o 15 A prądu w szczycie, na kanał. Zawdzięcza to solidnemu zasilaczowi z transformatorem toroidalnym. Bardzo ładnie wygląda też jego budowa mechaniczna. Zamiast wszechobecnego plastiku mamy tu aluminiowe profile, z przykręcanymi do nich górą i dołem.

Także funkcjonalność jest „niedzisiejsza”. Mamy wprawdzie wejście USB, do którego możemy podłączyć komputer, ale obsługiwane jest ono przez starą kość przyjmującą 16-bitowy sygnał o częstotliwości próbkowania do 48 kHz. Ale jest kość jest ładnie zaimplementowana, a sygnał przesyłany jest asynchronicznie. Poza wejściem USB mamy też dwa wejścia liniowe, na gniazdach RCA, a także – uwaga – wejście dla gramofonu wyposażonego we wkładkę MM. A skoro to wzmacniacz „desktopowy” na przedniej ściance jest też wyjście słuchawkowe, tutaj na gnieździe mini-jack.

Wzmacniacz jest ładny i funkcjonalny. Na przedniej ściance jest gałka siły głosu i przełączniki – wejść i trybu standby. Można nim sterować również za pomocą pilota zdanego sterowania. Jest on niewielki, z membranowymi guzikami. Do siły głosu oraz zmiany wejść dorzuca jeszcze przycisk „mute”.

Patrząc na E40 trudno nie przywołać urządzenia brytyjskiego NAD-a – to bardzo podobny sposób myślenia. Co wydaje się paradoksem – klasyczne, europejskie firmy odważnie eksperymentują ze wzmacniaczami w klasie D, zasilaczami impulsowymi, rozbudowanymi przetwornikami D/A na pokładzie, a ostoją tradycji okazuje się firma z kraju będącego największą na świecie „fabryką” podzespołów komputerowych i ogólnie wysokich technologii.

 Jak słuchaliśmy

Wzmacniacz został przetestowany w systemie odniesienia „High Fidelity”, czyli zastąpił przedwzmacniacz i końcówkę mocy kosztujące razem około 300 000 złotych, a napędzał kolumny kosztujące, wraz z podstawkami, 100 000 złotych. Źródłem był odtwarzacz SACD Ayon Audio CD-35 HF Edition. Taki układ może się, z punktu widzenia cen, wydawać zabawny – i jest – ale z drugiej pozwala na bardzo precyzyjne i pewne określenie brzmienia testowanego wzmacniacza.

Ponieważ gniazda głośnikowe są we wzmacniaczu umieszczone blisko siebie nie mogłem skorzystać z kabli głośnikowych Siltech Triple Crown. Zamiast nich użyłem kabli NOS Western Electric. Wzmacniacz zasilany był kablem Harmonix X-DC350M2R Improved-Version. Na górnej ściance położyłem pasywny filtr EMI/RFI Verictum X Block.

Urządzenia audio są odbiciem swoich twórców – to chyba jasne. Nawet jeśli dany produkt pochodzi z dużego, bezimiennego koncernu, to przecież za nim również stoi konkretna grupa ludzi, tyle że najczęściej nie znamy ich z imienia i nazwiska. W przypadku firmy Keces również nie znamy konkretnych nazwisk – zapewne to się wkrótce zmieni – ale zasada jest ta sama: są odbiciem ich smaku, pasji, wizji.

A te są całkowicie klarowne, od pierwszych, do ostatnich taktów muzyki. Wzmacniacz E40 to ciepłe, głębokie, gęste granie. I tu można by właściwie postawić kropkę. W tych dziedzinach brzmi jak znacznie droższe urządzenia i trudno uwierzyć, że to tak niewielkie i tak – jak na standardy rynku specjalistycznego – niedrogie urządzenie. Na ziemię ściągają nas na szczęście rzeczy, które trzeba było w imię tych wspaniałości poświęcić. To ostatecznie budżetowy, niewielki wzmacniacz.

Wzmacniacz gra w głęboki sposób. Jego balans tonalny został tak ukształtowany, że mamy mocny średni bas, gęstą niską średnicę i łagodne, ciepłe wysokie tony. Jeśli więc szukacie państwo otwartego, natychmiastowego dźwięku szukajcie gdzie indziej, to zupełnie inna bajka.

Dla mnie to, co się dzieje tutaj jest o wiele bardziej interesujące. Przede wszystkim dlatego, że to dźwięk, który nie męczy. Możemy słuchać płyty za płytą bez problemów z irytującymi rozjaśnieniami i denerwującym atakiem. Ciekawe, ale to jednocześnie przekaz, który nie jest nudny, więc zaśnięcie nam nie grozi.

Jego zalety ujawniają się przede wszystkim w pięknych barwach. To rzadkość, w ogóle w audio, a w tych przedziałach cenowych rzadkość absolutna. Osiągnięto to przez głębię brzmienia, jego plastykę i wewnętrzne uzgodnienie. Nie ma mowy o neutralnym dźwięku, bo pasmo przenoszenia jest odpowiednio ukształtowane, ale i przez odpowiednie wybory. A do tego trzeba wyczucia i doświadczenia. Razem dało to bardzo fajną mieszankę.

Słuchając kolejnych płyt zastanawiałem się, czego słuchają ludzie szukających urządzeń za te pieniądze. Najprostszą odpowiedzią byłoby: wszystkiego. A to znajdą w serwisach streamingowych. I świetnie – wzmacniacz pozwoli ich wysłuchać w komforcie, bez obawy o to, czy kolejna płyta zagra źle, albo zirytuje nas jaskrawością i kompresją. Wzmacniacz z Tajwanu je pokaże, ale raczej na zasadzie sygnału, a nie „wyjawienia prawdy”. Zachowa się kulturalnie, elegancko, taktownie.

Słuchawki

Wydzieliłem tę część do osobnej tabelki, ponieważ to właśnie słuchawki najlepiej pokazują, na co go stać. Jego dźwięk przez kolumny jest naprawdę fajny, wciągający, po prostu dobry. Ale posłuchajmy z nim dobrych konstrukcji, niech to będą słuchawki AKG, a okaże się, że właściwie nie ma dla niego limitu – zaczniemy od świetnych, ale przecież niedrogich Y50, a skończymy na (niemal) topowych K 701, przy każdej zmianie na lepsze otrzymując lepszy dźwięk.

Nieprzypadkowo przywołuję AKG, bo to one zyskują z E40 najwięcej. Choć nawet magnetostatyczne HiFiMANy zabrzmiały godziwie, to od dawna nie słyszałem tak dobrze wysterowanych słuchawek K271 Studio i K701. Ich brzmienie było nasycone, a dynamika wysoka. To wzmacniacz, który nawet z maleńkimi Y50 pokazuje mocne uderzenie perkusji, niskie zejście basu, mocne nasycenie środka pasma. Z małymi Y50 nieco mocniej podkreślone są głoski syczące, które z kolei z K 701 są bardzo naturalne. Co znowu pokazuje, że to właśnie z takimi, droższymi, modelami AKG wzmacniacz ten był odsłuchiwany. Jest mocny, dynamiczny i ma ładną barwę – po prostu bardzo dobry wzmacniacz słuchawkowy.

To nie jest więc urządzenie o wysokiej rozdzielczości i selektywności – dotyczy to zarówno kolumn, jak i słuchawek. Średni bas potrafi wybrzmiewać dość długo i jest po prostu podkreślony. Zrobiono to jednak bardzo umiejętnie. Dostajemy bowiem energię tam, gdzie jej najczęściej w audio brakuje, przez co nagrania mają głębię, moc i rozmach. Będzie tak zarówno z niewielkimi składami, jak z płyty Popular Problems Leonarda Cohena, jak i z Amused To Death Rogera Watersa. Z pierwszą z nich dostałem świetny puls, a z drugą znakomitą głębię i przestrzeń.

Właśnie – przestrzeń. Wzmacniacz gra nisko i ciepło, przez co nie buduje głębokiej i dokładnie opisanej sceny dźwiękowej. Coś jest w nim jednak takiego, że mimo to przyjmujemy ją jako wiarygodne przedstawienie, niczego tam nie brakuje. Góra, której nie ma dużo, jest gęsta i ciężka, przez co blachy perkusji – dla przykładu – mają naturalne wybrzmienie, a przez to przyjmujemy, że są naturalne. Podobnie jest z wokalami. Nawet jeśli są niezbyt dobrze zarejestrowane – niech to będzie Cohen – to z testowanym wzmacniaczem zabrzmią interesująco, fajnie. Oprócz ładnej, ciepłej barwy, rozmachu – fantastyczne efekty przestrzenne z płytą Watersa – dostaniemy z E40 poukładany świat. Słuchałem z nim kolejnych utworów bez spięcia i irytacji. Z jednej strony dlatego, że to po prostu „mój” dźwięk, uważam że tak powinna brzmieć odtwarzana w domu muzyka, a dwa, że to dźwięk bardzo naturalny, wewnętrznie „zgodny”. Dzięki temu pięknie zabrzmiały także płyty, które uważane są za top jeśli chodzi o jakość nagrania.

Podsumowanie

Wzmacniacz E40 ma bardzo charakterystyczny dźwięk. Ma mocny średni bas i łagodną górę, brzmi w ciepły, nisko ustawiony sposób. Nie jest zbyt otwarty, a jego selektywność jest – jakby tu powiedzieć – ograniczona. Przez odpowiednie wyważenie tych elementów otrzymujemy jednak wzmacniacz, którego się po prostu świetnie słucha.

Nie jest wybredny jeśli chodzi o nagrania, świetnie dociąży nawet niewielkie kolumny. Wygeneruje znakomity spektakl przed nami, z dość blisko ustawionymi pierwszymi planami. Nie jest nudny, gra we wciągający, bardzo „ludzki” sposób. Stara szkoła w bardzo dobrym wydaniu, przypomnienie tego, czym była „brytyjska szkoła dźwięku”.

Budowa

E40 to wzmacniacz zintegrowany tajwańskiej firmy Keces Audio. Ma nowoczesne proporcje, to znaczy jego przednia ścianka mierzy 220 mm – połowę standardowego „racka” – a urządzenie ma taką samą głębokość; urządzenie ma obrys kwadratu. Ale nie idealnego, bo przednie boczne krawędzie są zaokrąglone. Choć to stosunkowo niedrogi wzmacniacz, to jego budowa mechaniczna jest bardzo solidna. Wszystkie ścianki wykonano z aluminiowych profilów. Urządzenie stoi na czterech plastikowych nóżkach, które w przyszłości warto wymienić na jakieś lepsze.

Przód i tył | To klasyczny wzmacniacz zintegrowany. Na przedniej ściance jest więc gałka siły głosu, z aluminium, a także rząd niebieskich diod LED wskazujących aktywne wejście. Obok nich jest przycisk, którym je zmieniamy. Wejść jest cztery, z czego dwa to wejścia liniowe, jedno dla gramofonu z wkładką typu MM, a jedno USB. To ostatnie zrealizowano na starym układzie, ponieważ przyjmuje jedynie sygnał PCM 16/32-44,1-48.

Z przodu mamy jeszcze wyłącznik standby i czerwoną diodę LED sygnalizującą „uśpienie” urządzenia. Prawdę mówiąc ładniej wyglądałyby mikrodiody, ale nie ma się co czepiać. Tym bardziej że funkcjonalność dopełnia wyjście słuchawkowe typu mini-jack. Po wpięciu słuchawek głośniki są automatycznie odłączane.

Mówiliśmy, że wejścia są cztery – gniazda znajdziemy na tylnej ściance. Ale jest jeszcze jedna para gniazd RCA – to wyjście z przedwzmacniacza, do którego można podłączyć na przykład drugą końcówkę mocy, albo aktywny subwoofer. Obok widać złocone gniazda głośnikowe. Są one blisko siebie i blisko gniazda sieciowego IEC, dlatego rekomendowałbym użycie wtyków bananowych. Przy gnieździe IEC jest mechaniczny wyłącznik sieciowy.

Środek | Układ elektroniczny zmontowano na czterech płytkach drukowanych, z czego część audio zajmuje dwie z nich. Mniejsza, odwrócona do góry nogami, to kompletny przedwzmacniacz. Przez niezłocone gniazda RCA (złocone są w nich tylko masy) trafiamy do czterokanałowego, stereofonicznego selektora, układu HEF4052.

Wzmocnienie sygnału odbywa się w układach scalonych JRC 5532D – taki sam układ jest też w buforze przy wyjściu analogowym, a także w przedwzmacniaczu gramofonowym. ten ostatni jest prościutki, oporniki są montowane powierzchniowo, ale kondensatory są foliowe, przewlekane. Dodajmy jeszcze, że wejście USB obsługiwane jest przez układ Burr-Brown PCM2701. Regulacja siły głosu odbywa się w niewielkim, zmotoryzowanym potencjometrze ślizgowym.

Końcówki mocy są zbudowane wyłącznie z tranzystorów. Ich wejście pracuje w klasie A, a wyjście w klasie AB. Na wejściu mamy tranzystory NPN 2SC3200. Kolumny sterowane są przez parę tranzystorów (na kanał), pracujących w układzie push-pull, pary tranzystorów 2SA1386 + 2SC3519 firmy Sanken. Przykręcono je do niewielkiego, aluminiowego płaskownika, z czego wynika, że prąd podkładu jest niewielki, a więc cała moc oddawana jest w klasie AB.

Szczególnie rozbudowany jest zasilacz, co nie powinno dziwić, zważywszy na profil firmy. Jego podstawą jest spory transformator toroidalny z zalanym żywicą środkiem, niwelującym drgania. Uzwojenie wtórne jest pojedyncze, wspólne dla przedwzmacniacza i końcówki mocy, ale ten pierwszy otrzymał rozbudowany zasilacz z bardzo dobrą stabilizacją prądu.

Pilot | Pilot zdalnego sterowania jest niewielki i ma przyciski membranowe. Wzmacniacz obsługuje się za jego pomocą bardzo sprawnie – mamy tu zmianę siły głosu, wejść, przycisk „mute”, a także standby.

To bardzo ładny projekt, dobrze zrealizowany, bardzo klasyczny.