Aurender X100L i X100S - Soundstage 04/2014

Aurender X100L i X100S

Soundstage 04/2014 - Jeff Fritz. Oryginalny tekst recenzji TUTAJ.

Kiedy dowiedziałem się, że Aurender wypuszcza na rynek dwa nowe serwery muzyczne w niższych cenach, niż uznany już model S10 (6990 USD), byłem co najmniej zainteresowany. Według mnie, S10 - pierwszy komercyjny produkt Aurendera wprowadzony w roku 2011 - był znakomitym serwerem. Ten bezkompromisowy projekt, stworzony w celu sprawdzenia, jak doskonałą jakość może osiągnąć reprodukowany dźwięk, był na tyle dobry, że znalazł się na mojej liście Najlepszych Systemów Audio 2012. S10 był jednym z dwóch źródeł dźwięku na tej liście – drugi produkt jaki się na niej znalazł, to transport Esoteric P-02 (23500 USD). W roku 2013 Aurender podniósł poprzeczkę wprowadzając na rynek swój okręt flagowy, w postaci modelu W20 (16800 USD), który okazał się najdoskonalszą próbą stworzenia idealnego serwera muzycznego, ale był niestety oferowany w cenie, jaką mogli brać pod uwagę jedynie najbardziej zamożni audiofile. Z radością odebrałem więc informację o pojawieniu się tańszych modeli.

Wtedy też, miejsce mojej ekscytacji zaczęło zajmować zaniepokojenie. Jakie kroki musiał wykonać producent, aby stworzyć produkt dostępny za połowę ceny S10? Tańsza obudowa? Tańsze porty wejściowe? Mniej zaawansowane oprogramowanie? Na jakie kompromisy musiano pójść i czy ostatecznie doprowadzą one do rozczarowania nowym modelem? Istniał tylko jeden sposób, aby się przekonać.

X100L i X100S

Moje obawy powoli zaczęły się rozwiewać, kiedy uzyskałem pierwsze informacje od Charlesa Kima z Aurendera. Dwa nowe modele, to X100L (w cenie 3490 USD) oraz X100S (2980 USD). Różnice pomiędzy nimi głównie sprowadzają się do pojemności wewnętrznego dysku twardego: X100L (L, jak Large), został wyposażony w dysk 2 x 3TB, a X100S (S, jak Small) ma dysk o pojemności 1TB. Zdecydowałem się do celów recenzji wybrać model o większej pojemności – X100L. Model ten posiada nieco większe rozmiary, które wynoszą 215mm x 83mm x 355mm (szer./wys./gł.), podczas gdy głębokość modelu X100S mierzy jedynie 257mm. Oba modele zostały wyposażone w pamięć SSD wielkości 120GB, która jest wykorzystywana do buforowania plików muzycznych, w celu zapewnienia – jak określa to Aurender – bezzwłocznego i wolnego od zniekształceń jitter trybu odtwarzania (latency- and jitter-free playback). W obu kompaktowych obudowach nowych serwerów Aurendera znalazły się zasilacze impulsowe.

Kiedy rozpakowałem X100L, z jednej strony byłem pod wrażeniem, a z drugiej, odczułem pewną ulgę. Został on wykonany dokładnie tak samo jak S10 – który, w momencie premiery rynkowej, stanowił najbardziej precyzyjnie wykonany, komercyjny serwer muzyczny, jaki kiedykolwiek widziałem. Obudowa X100L wykonana z aluminium, posiada grubą płytę czołową, a po obu stronach urządzenia zamontowano biegnące poziomo radiatory chłodzące. Górny, dolny i tylny panel obudowy, zostały również wykonane z grubych aluminiowych płyt oraz spasowane z precyzją godną bankowego sejfu. Na panelu frontowym umieszczono centralnie duży, kryształowo czysty wyświetlacz AMOLED, a po prawej jego stronie znajdziemy cztery przyciski – play, stop oraz przewijanie w przód i w tył. Z lewej strony zamontowano przycisk on/standby i to byłoby na tyle, jeśli chodzi o przednią ścianę urządzenia.

Główna różnica pomiędzy S10, a nowymi X100L/S, leży w kwestii dostępnych wyjść. S10 wyposażono w wyjścia koaksjalne, optyczne, AES/EBU oraz wyjście USB Audio Class 2.0, a w obu modelach X100 znajdziemy jedynie pojedyncze, specjalnie zaprojektowane wyjście typu USB Audio Class 2.0. Zgodnie z tym co twierdzi Aurender, wyjście to – oparte na podobnym rozwiązaniu do zastosowanego w modelu flagowym W20 – wykorzystuje „firmowe obwody zasilające, które eliminują szumy w sygnale audio i jest starannie ekranowane przed zakłóceniami radiowymi”. O ile rozwiązanie oparte na pojedynczym wyjściu sygnałowym uważałem za ograniczenie w niektórych systemach, to nie było ono dla mnie problemem w moim własnym. Sygnał do mojego DAC’a doprowadzam w zasadzie tylko poprzez wejście USB, więc pozostałe, dostępne wejścia nie są wykorzystywane. W systemie takim jak mój, wolałbym raczej zachować jakość, jaką prezentuje S10, a pozbyć się niepotrzebnych połączeń, niż obniżyć jakość, zachowując jednocześnie wszystkie dostępne porty wyjściowe. Uważam, że Aurender dokonał w tym przypadku właściwego wyboru. Mamy jeszcze do wykorzystania dwa porty danych USB i wejście Ethernetowe LAN 2, aby podłączyć serwer do sieci i przesyłać pliki, a także odbierać aktualizacje firmowego oprogramowania. Na tylnej ścianie znajdziemy również gniazdo IEC oraz główny wyłącznik zasilania. Wśród obsługiwanych formatów znalazły się AIFF, ALAC, FLAC, WAV, M4A, APE, a także DSD (DIFF/DSF).

Większość użytkowników z pewnością będzie sterowała funkcjami X100L poprzez aplikację Aurendera, przeznaczoną na iPad’a i iPad’a Mini. Pomimo, że można używać przycisków na panelu frontowym do nawigowania listą odtwarzania, praktycznie wszyscy, którzy kupują serwery muzyczne tak rozbudowane, jak Aurender, przynajmniej w części płacą za możliwość przeglądania swoich kolekcji plików podczas gdy siedzą na wygodnym krześle. Dla celów tej recenzji, Aurender dostarczył iPad’a Mini (nie wliczonego w koszt zakupu) i musiałem spędzić kilka godzin przyzwyczajając się do sposobu sterowania aplikacją przy dostępie i przeglądaniu moich plików muzycznych. Bardzo polubiłem iPad’a Mini za jego funkcje; dodatkowo nie jest większy, niż standardowe piloty zdalnego sterowania i doskonale zmieścił się na moim stoliku, obok innych urządzeń – normalny iPad byłby na to za duży. Aplikacja nie wymagała wiele czasu, aby się z nią zaznajomić i po półgodzinie byłem w stanie płynnie ją obsługiwać. Możemy wybierać pliki wykorzystując jeden z dostępnych filtrów: Utwór, Artysta, Album, Gatunek, Kompozytor, Dyrygent albo stworzyć własne foldery. Możliwość wyboru plików ze względu na częstotliwość próbkowania/długość słowa, czy też dla przykładu format DSD, będzie z pewnością miłą niespodzianką dla audiofilów. Inaczej również, niż w przypadku mediów fizycznych, można tutaj w jednej chwili zmienić system wyboru tak, aby dopasować go do własnych potrzeb, czy też zachcianek. Oczywiście, można również tworzyć i przechowywać własne playlisty utworów – coś, z czym praktycznie wszyscy są w dzisiejszych czasach zaznajomieni. W zasadzie każda osoba która używała iTunes lub innego, komercyjnie dostępnego oprogramowania, będzie w stanie również intuicyjnie posługiwać się aplikacją Aurender Conductor.

Ustawienie systemu było całkiem proste. W celu podłączenia X100L do mojej sieci domowej, wpiąłem przewód Ethernetu do wejścia oznaczonego jako LAN i dotarłem do bezprzewodowej sieci poprzez iPad’a Mini, który pozwolił aplikacji Aurender Conductor skomunikować się z X100L. Następnie podłączyłem X100L do mojego DAC’a Calyx Femto, za pomocą przewodu AudioQuest Carbon USB i byłem już gotów do odsłuchów.

Dźwięk

Nieważne jak często siadam aby odsłuchać nowy komponent, wciąż zdumiewa mnie fakt, jak ogromną różnicę tylko jeden komponent jest w stanie wprowadzić. Mimo tego, w przypadku serwera muzycznego – który zastąpił tutaj leciwego już laptopa Apple MacBook – nigdy nie przewidziałbym ogromu zmiany, jaką dane mi było usłyszeć. Przecież jestem świadom faktu, że mój MacBook, przekazuje do konwertera cyfrowo-analogowego sygnał w trybie bit-perfect i kiedy tenże sygnał dociera do DAC’a, zostaje przetaktowany na nowo – co, można by zakładać, usunie jakiekolwiek ślady dźwiękowej sygnatury, pochodzącej z poprzedzającego go urządzenia. Jednak pomimo zakładanej logiki, kiedy w miejsce laptopa włączyłem serwer Aurendera, usłyszałem natychmiastową poprawę. Większość aspektów dźwiękowych pozostała taka sama, a balans tonalny nie zmienił się zupełnie – nie było zwiększenia ilości niskich tonów, ani wyraźniejszej góry. Scena dźwiękowa nie stała się nagle szersza i głębsza, a obrazowanie bardziej precyzyjne. Na wiele sposobów, dźwięk jaki w tej chwili słyszałem, był taki sam, jak przedtem i co równie istotne – od wielu tygodni, gdyż mój system był już wcześniej doskonale dostrojony.

Mimo wszystko, dźwięk był lepszy. Pamiętam to samo zjawisko, które usłyszałem kilka lat wcześniej, kiedy po raz pierwszy podłączyłem Aurendera S10. Moim pierwszym wrażeniem było wtedy – jakkolwiek dziwne może się to wydawać – że dźwięk uległ uspokojeniu, jak gdyby muzyka płynęła poprzez moje kable i komponenty bardziej płynnie i z większą łatwością. Przyznaję jednak, że nie jest to wyczerpujący opis tego, co usłyszałem. Słuchałem więc dalej.

Na przestrzeni tygodni, kiedy testowałem Aurendera X100L, doszedłem do takiego momentu, w którym uświadomiłem sobie główną różnicę, jaką wprowadził ten serwer w porównaniu do MacBooka w moim systemie – były to mniejsze szumy. Obniżenie poziomu szumów przyczyniło się jednocześnie do uzyskania spokojniejszego, bardziej płynnego dźwięku. W rezultacie, muzyka mogła wypływać z głębszej ciszy tła. Co mnie jednak zaciekawiło najbardziej to fakt, że sam brak szumów nie był tym, na czym się starałem koncentrować. Bez tej dodatkowej mgiełki, która wypełniała ciszę przestrzeni pomiędzy dźwiękami, mogłem znacznie łatwiej skoncentrować się na samej muzyce.

W taki sposób mógłbym przynajmniej opisać moje wrażenia, dotyczące chociaż części odsłuchiwanych utworów. Na przykład, utwór „Over the Rainbow,” pochodzący z płyty Jane Monheit, Come Dream with Me (16-bit/44.1kHz FLAC, Emarcy), uświadomił mi, jak cichy stał się mój system, z X100L w torze dźwiękowym. Monheit śpiewa bez akompaniamentu przez pierwsze 30 sekund utworu, a jej głos w wyraźny sposób wydobywa się z doskonale cichego tła. Bardzo dobitnie uświadomiłem sobie momenty w których wokalistka nabiera powietrza w płuca – w 8, 15, 20 i 24 sekundzie utworu. Nie chodzi o to, że mój MacBook jakiś wyjątkowy sposób ukrywał te oddechy – wprost przeciwnie – ale obecnie było się łatwiej w nie wsłuchać. Byłem w stanie wychwycić większą ilość mikrodetali i odnajdywałem je odpowiednio, w równie zróżnicowanej muzyce. Słyszałem coraz więcej podobnych subtelności im więcej muzyki słuchałem – a w szczególności różnych rodzajów muzyki, o różnych porach dnia. Kiedy mój dom pozostawał doskonale cichy – na przykład we wczesnych godzinach porannych zanim dzieci się obudziły – ten bardziej odkrywczy w charakterze dźwięk, był najbardziej mile widziany. Dzięki temu, mogłem słuchać systemu audio z niskimi poziomami głośności, a mimo tego cieszyć się odkrywaniem coraz bardziej subtelnych detali zawartych na najlepszych nagraniach, jakie posiadam.

Aby jeszcze bardziej zagłębić się w temacie moich nowych dźwiękowych odkryć, odtworzyłem jeden z moich ulubionych utworów, na których testuję słabo słyszalne szczegóły: „Isn’t She Lovely,” pochodzący z płyty Livingston’a Taylor’a, Ink (24/96 FLAC, Chesky/HDtracks), zapisanej w wysokiej rozdzielczości. Przez pierwsze 40 sekund Taylor gwiżdże i jednocześnie uderza w struny gitary. Słuchałem tego fragmentu raz za razem, początkowo koncentrując się na gwizdaniu, następnie na dźwiękach gitary, a ostatecznie – na kombinacji obu składowych. Łagodny dźwięk płynął bez wysiłku przez mój system, pozwalając mi się zrelaksować nawet podczas wsłuchiwania się w mikroskładowe, które go tworzyły. Tło pozostawało ciche i spokojne. Przychodziło mi na myśl, że jakakolwiek mechaniczna wibracja – na przykład delikatny szum transformatora – byłaby mocno dezorientująca. Jednak mój system w dużej mierze dzięki referencyjnym komponentom Ayre, pozostaje cichy jak grób i nic podobnego nie nastąpiło. Mogłem więc przeprowadzić poruszające sesje odsłuchowe – dźwięk był tak doskonały, jak mógłbym tylko zamarzyć.

Później wróciłem do mojego MacBooka, skontrolowałem poziom dźwięku i jeszcze raz włączyłem „Isn’t She Lovely”. Musiałem wstać z miejsca, żeby przełączyć źródła dźwięku (mój DAC ma tylko jedno wejście USB) i włączyć oprogramowanie Amarra, zanim mogłem usiąść z powrotem. Jak tylko kliknąłem przycisk – nawet zanim jeszcze wróciłem na miejsce – usłyszałem różnicę. Dał się zauważyć znikomy, ale niemożliwy do pomylenia z czymś innym, szum towarzyszący pogwizdywaniu Taylora, którego na pewno nie było podczas odsłuchu z X100L. Rany, ale kicha! – pomyślałem. To było maleńkie, ledwie słyszalne zniekształcenie, więc dlaczego mnie zirytowało? Cóż – wiedziałem że teraz za każdym razem, kiedy będę słuchał tego nagrania z mojego laptopa, będę słyszał ten szum, a mój mózg podświadomie będzie się na nim koncentrował przypominając, że można go usunąć za pomocą Aurendera X100L.

I tak się zaczęło na dobre. Im więcej słuchałem, tym bardziej oczywiste stawało się, że Aurender poprawia dźwięk mojego systemu wprowadzając spokój i wyciszenie. To pomagało mi nie tylko słyszeć lepiej muzyczne detale, ale również relaksować się tym gładko płynącym dźwiękiem, niezakłóconym przez żadnych śpiących policjantów, umieszczonych na drodze do muzycznej nirwany. Przyznaję, że pewne rodzaje muzyki nie zyskały aż tak wiele dzięki podłączeniu X100L. Nagrania, które same z siebie charakteryzują się większym poziomem szumów, jak również bardziej hałaśliwa muzyka (np. większość nagrań rockowych i rapowych), nie pokazywały takiego samego wzrostu jakości. Jednak kiedy przyszło do słuchania akustycznej gitary solo, głosów a’capella, czy nawet instrumentów takich jak talerze, wzrost jakości był ewidentny.

Wnioski

Aurender X100L był oczekiwanym przez mnie produktem i z przyjemnością muszę stwierdzić, że wszystkie moje początkowe obawy dotyczące kompromisów jakościowych czyhających na klientów w tańszym modelu, okazały się płonne. Co więcej, moje wygórowane oczekiwania wobec niego zostały spełnione z nawiązką. Aplikacja Aurender Conductor czyni przeszukiwanie plików muzycznych tak łatwym, niczym pstryknięcie palcem – zauważyłem kilka użytecznych cech, dzięki którym mógłbym wykorzystać aplikację w mojej własnej bibliotece, gdyby Aurender miał na stałe zagościć w moim systemie. Myślę, że większość użytkowników byłaby w stanie zaadaptować się do stosowania tej aplikacji bez większych kłopotów.

Co najważniejsze jednak, dźwięk mojego systemu również się poprawił. Muszę jednak ponownie zaznaczyć, że poprawił się tylko w przypadku konkretnych rodzajów muzyki – prostych aranżacji solowych, czy niewielkich grup muzycznych z kilkuosobowym składem i to w zakresie od średnich tonów wzwyż. Oczywiście, taki opis pasuje do większości muzyki w wielu audiofilskich kolekcjach. Jeśli chcecie usłyszeć więcej szczegółów w gwizdach, szeptach, solówkach gitary akustycznej, czy blasku talerzy, to Aurender X100L może być dokładnie produktem dla was.

Jeśli chcieliście mieć Aurendera S10, ale odstraszyła was jego cena i jednocześnie nie potrzebujecie całej gamy opcji połączeniowych, to nie widzę nic, co miałoby powstrzymać was przed zakupem X100L. To jest naprawdę zabójcze maleństwo…