Monaco 2.0 ToneAudio 07/2017

Gramofon Monaco 2.0

The Tone Audio 07/2017

Roy Gregory | 

Gramofon Grand Prix Audio Monaco może nie jest duży, ale jest bardzo przemyślaną konstrukcją. Może nie jest nowy, ale każda jego wersja rozwojowa ustanawia nowe standardy jakości. ‘Monaco’ nie jest pierwszym słowem, które słyszymy w rozmowach miłośników analogu. A może powinno być... W świecie rządzonym przez dogmatyków opierających się o nadprzyrodzoną wiedzę, ślepe wierzenia i bezkrytyczną łatwowierność a także dziwną mieszankę tradycji i nowoczesności, gramofon ten nie stara się zmieniać status quo czy złamać kilka zasad – on po prostu wymyka się wszelkim konwencjom i ignoruje konkurencję jako już nieważną. Biorąc pod uwagę psychologiczny profil potencjalnych nabywców Monaco, takie podejście nie rokuje łatwego zdobycia przyjaźni i wpływu na całe środowisko. Nie takie były jednak założenia. Założyciel GPA, Alvin Lloyd, jest przede wszystkim inżynierem. W swojej pracy opiera się na znajomości materiałów i wynikach pomiarów. W dziedzinie, którą się zajął – odtwarzaniu analogowej muzyki – podejście takie przyniosło sukces dopiero po dłuższym czasie.
Rzucona na deski po premierze Monaco branża, dopiero teraz zaczyna stosować technologiczne innowacje, które wprowadziło do analogu Grand Prix Audio. Choć pod igłą musiało upłynąć wiele ścieżek, żeby bezpośredni napęd talerza przestał być uważany za anachronizm a do budowy gramofonów wprowadzono nowoczesne kompozyty i polimery. Niewielka opływowa plinta Monaco nie wygląda już tak obco, inaczej czy wręcz wyzywająco.
Kiedy już gramofon Monaco został częścią mainstreamu, przyszedł czas na jego kolejne wcielenie. Choć na pierwszy rzut oka wersja 2.0 nie różni się wizualnie od poprzednika, wystarczy go posłuchać żeby zrozumieć gdzie tkwią zmiany. Czysto inżynieryjne podejście oparte na wiedzy po raz kolejny okazało się być kluczem do sukcesu.

1pict monaco 20
Francuski marksistowski filozof Louis Althusser określił ideologię jako ‘wyimaginowaną relację człowieka z rzeczywistością’. Stary Luis powinien posłuchać gramofonu Monaco 2.0. Mogłoby to pomóc w krystalizacji jego poglądów i ułatwić wolne wejście do labiryntu filozofii. Na świecie niewiele jest rzeczy bardziej przejrzystych niż ostatnia konstrukcja Grand Prix Audio. Zaś te rzeczy, które czyni on doskonale przejrzystymi – stanowią kwintesencję Realnego.
Choć na rynku jest wiele gramofonów – np. Brinkmann Bardo czy AMG Giro - przypominających wyglądem Monaco pod względem kształtu i wielkości, jest on wyjątkowy ze względu na szczegóły przemyślanego projektu. Granice odtwarzania analogu były dokładnie określone. Pole półcienia do dyskusji znawców – jest, praktycznie od zawsze, nieograniczone. Premiera pierwszej wersji Monaco wywróciła ten świat do góry nogami. A jeśli wziąć pod uwagę tempo zmian przekonań w tej branży [szybkość przesuwającego się lodowca] – wielu nadal trwa w szoku.
W Monaco zastosowano napęd bezpośredni, przez dobrze poinformowanych miłośników analogu od lat uważany za pomyłkę. W dodatku, projekt tego napędu nie pochodził z najlepszych lat analogu. Nie było tu też osobnej obudowy na silnik, podstawy dla wielu ramion, szkieletowej konstrukcji plinty, zewnętrznego koła masowego czy zasilacza o rozmiarach przeciętnego wzmacniacza zintegrowanego. Zamiast tego, Monaco w pełni wykorzystywał możliwości techniki mikroprocesorowej do precyzyjnej regulacji obrotów. Było to oczywiście zbrukanie świątyni analogu przez trywialność cyfry. Co gorzej, pierwszy gramofon Monaco był mały i drogi, ale nie na tyle drogi, żeby brać go poważnie.
Przez lata sprzęt audio rozwijał się dzięki selektywnemu odrzucaniu zastanego stanu rzeczy. Z akcentem na selektywnemu. Nie zdarza się zbyt często, żeby konstruktor odrzucał w całości obowiązujące zasady. Chyba, że chodzi o jego własną poprzednią konstrukcję. Ale pierwsza wersja Monaco była właśnie tym – całkowitym zaprzeczeniem obowiązujących trendów. Efekt był spektakularny. Aby zrozumieć jak i dlaczego było to możliwe, trzeba przyjrzeć się dokładniej kwestiom projektowania gramofonów i osiągania zamierzonych celów.
Ivor Tiefenbrun wie co nie co na temat łamania zasad podczas tworzenia gramofonów. Może jego Linn LP 12 nie był rewolucyjną konstrukcją [ten status mają AR-XA i/lub Thorens TD 150], ale z pewnością opierał się o łamiące zasady – czy wręcz konfrontacyjne – podejście do rynku. Założenie Tiefenbruna było bardzo proste: całe zadanie gramofonu to obracać talerz z odpowiednią prędkością i robić to odpowiednio cicho. Oczywiście, jak w przypadku wielu prostych pomysłów osiągnięcie celu jest niestety trudniejsze niż się wydaje. Może to tłumaczyć niespotykanie wysoką cenę LP 12.
Nie umniejsza to prawdziwości założenia: gramofon to przecież platforma mająca za zadanie przesuwać ścieżkę płyty pod urządzeniem mierzącym wibracje [wkładką]. Powinien więc zapewniać stabilność obrotów i eliminować wpływ niepożądanych wibracji na pracę igły. Problem w tym, że uzyskanie precyzyjnej prędkości obrotowej wymaga ścisłego połączenia talerza z układem napędowym, który jest poważnym źródłem wibracji.
Tradycyjną odpowiedzią na tę dychotomię, zwłaszcza w czasach premiery pierwszego Monaco, było stosowanie ciężkiego talerza na tradycyjnym łożysku [stojącym lub odwróconym] napędzanego poprzez elastyczny pasek przez [najczęściej] duży i ciężki silnik umieszczony w osobnej obudowie. Aby uniknąć zrywania rotoru silnika stosowano zasilacze z dużą pojemnością filtrującą, które miały wyrównać ewentualne fluktuacje prądu zmiennego. Zaś bezwładność talerza i elastyczność paska miały dodatkowo wyrównać prędkość obrotową i filtrować szum pochodzący od silnika. Masywna plinta gramofonu miała zaś dodatkowo pochłaniać energię wibracji generowanych przez ruchome części gramofonu oraz izolować całość o świata zewnętrznego. Z inżynierskiego punktu widzenia, teoria ta jest dziurawa jak sito. Każdy gramofon zbudowany w oparciu o nią musiał być efektem kompromisu między utrzymaniem na akceptowalnym poziomie systemowego szumu a stabilnością obrotów. Oczywiście, odpowiednie wyważenie akcentów poszczególnych konstrukcji pozwoliło minimalizować wady i osiągać przyzwoite rezultaty. Ale tajemnicą poliszynela była słaba stabilność obrotów tak zbudowanych gramofonów.
Próbując rozwiązać ten problem z punktu widzenia inżyniera [który jest przeciwieństwem podejścia audiofilskiego], Alvin Lloyd postanowił zakwestionować całość status quo. Zamiast minimalizować szum postanowił osiągnąć jak największą stabilność obrotów. Zamiast martwić się o mieszanie delikatnego sygnału z zewnętrznym szumem, powinniśmy martwić się o jakość sygnału, od którego zaczynamy. Przy takim podejściu stabilność obrotów nie jest częścią problemu. Stanowi cały problem.
Lata szablonowego myślenia mogą prowadzić do kwestionowania takiego podejścia. Zacznijmy jednak myśleć o odtwarzaniu analogu od samego początku, od styku igły i ścieżki. Staje się jasne, że stabilność obrotów jest znacznie, znacznie ważniejsza od samej dokładności odczytu. Jeżeli muzyka to określony układ odtwarzanych nut, tempo odczytu ścieżki przez igłę decyduje o czasie ich trwania, ataku i wybrzmieniu. Wariacje prędkości obrotowej zmieniają kształt dźwięków, przestrzeń między nimi oraz kształt interakcji między muzykami. Czyli, de facto, czynniki będący podstawą muzycznej ekspresji. Stabilność obrotów wpływa bezpośrednio na integralność muzyki. Prędkość obrotowa gramofonu wprost przekłada się na jakość brzmienia. Kiedy tracimy z oczu najważniejsze relacje między wykonawcami – timing, flow, rytm - nie warto słuchać muzyki.
Kiedy dojdziemy do tej konkluzji, w konstrukcji gramofonu zaczynamy szukać przede wszystkim stabilności obrotów. A stąd już blisko do napędu bezpośredniego, rozwiązania niezrównanego pod względem stabilności obrotów, choć wiele lat temu zdyskredytowanego przez sojusz Linn/Naim po skonstruowaniu gramofonów z trójpunktowym podparciem plinty. Jak to zwykle bywa, przyczyny złego brzmienia starych gramofonów z napędem bezpośrednim nie były tak oczywiste, jak uważali ich krytycy. Słabe działanie ich napędów wynikało zazwyczaj z ich ceny. Jako najtańsze na rynku, opierały się zazwyczaj na komponentach najniższej jakości, plastikowych wytłoczkach i olbrzymich tolerancjach produkcyjnych. Czynniki te obniżyłyby jakość brzmienia każdego gramofonu, niezależnie od typu napędu. Jeżeli dobrze przyjrzymy się się prawdziwym problemom implementacji napędu bezpośredniego w najlepszych konstrukcjach firm Technics czy Micro Seiki, okaże się, że to nie silnik i łożysko, ale system kontroli prędkości obrotowej odpowiadał za niedostatki brzmienia. Biorąc pod uwagę postęp, jaki dokonał się w tej dziedzinie przez ostatnie 30 lat – zwłaszcza rozwój technologii mikroprocesorowej - Alvin Lloyd uznał, że może osiągnąć sukces.
Drugą, często niedocenianą, częścią układu igła/ścieżka jest kwestia przesunięcia w pionie. Igła czyta sygnał zarówno w płaszczyźnie poziomej, jak i pionowej. Każde pionowe przesunięcie powierzchni płyty w stosunku do igły wprowadzi do sygnału błąd amplitudy. To tu wchodzi do gry termin płaszczyzna referencyjna. Precyzyjne utrzymanie powierzchni płyty jest kwestią tolerancji produkcyjnych – tak podczas tworzenia talerza, jak i w budowie łożyska, które go podtrzymuje.

2pict monaco 20 5


Kiedy wszystko jest w porządku [co nie jest łatwe], musisz zadbać o odpowiedni kontakt igły z powierzchnią płyty. Koniecznością staje się odpowiednio przygotowana powierzchnia talerza [ a nie miękka mata] i efektywny docisk.
Dopiero, kiedy wszystkie te kwestie są opanowane, przychodzi czas, aby zacząć się martwić tworzeniem i rozpraszaniem szumu wewnętrznego i eliminacji wpływu wibracji pochodzących z zewnątrz [tak strukturalnych, jak i przenoszonych przez powietrze].
Monaco stawia czoła wyzwaniom za pomocą kombinacji rozwiązań inżynieryjnych i elektrycznych. Tworzony od podstaw na miejscu napęd składa się z rotora zamocowanego do precyzyjnego łożyska zbudowanego w oparciu o ceramiczną kulę. Łożysko to jest zamkniętym układem wykorzystującym olej pod ciśnieniem, który pod aluminiową płytą cienką warstwę niepodatną na kompresję. Taki układ zapewnia niski szum i utrzymanie stałej wysokości, pozwala też wyeliminować wahadłowe przesunięcia charakterystyczne dla projektów wykorzystujących pole magnetyczne.
Talerz jest konstrukcją dwuczęściową: łączy sztywną magnezową podstawę płyty z zewnętrznym pierścieniem wykonanym z fosforowego brązu. Stworzenie z tych materiałów dużego talerza o doskonale płaskiej powierzchni jest wyzwaniem samym w sobie. Ale tu wchodzi do gry doświadczenie założycieli firmy. Nazwa Grand Prix Audio nie wzięła się z niczego. Głównym zajęciem firmy jest tworzenie zaawansowanych części i systemów dla samochodów wyścigowych. Tłumaczy to również gotowość sięgania po udowadnialne empirycznie indykatory jakości. Stworzenie idealnie płaskiego magnezowego talerza średnicy 12” nie jest łatwym zadaniem, ale to w tym właśnie specjalizuje się Grand Prix Audio. W rezultacie powstał niewiarygodnie sztywny, tłumiący wibracje talerz obciążony masą na obwodzie. Całość jest sztywna, ale niezbyt ciężka [systemy napędu bezpośredniego nie wymagają dużej bezwładności talerza].
I tu dochodzimy do clue programu: na podstawie talerza znajduje się dysk z wygrawerowanymi 47000 linii. Linie te są odczytywane przez system optyczny zintegrowany z układem kontroli obrotów. Zaawansowane algorytmy pozwalają działać z wyprzedzeniem i wprowadzać korekcje zanim talerz odejdzie zbyt daleko od założonej prędkości obrotowej. Śledzenie talerza a nie samego silnika umożliwia eliminację błędów kumulacji, co zapewnia niespotykaną precyzję obrotów bez efektu ‘ścigania’ obecnego w dawnych napędach bezpośrednich.
Zwrot ‘wcześniej niespotykany’ może wyglądać jak literacka hiperbola. Wystarczy jednak przyjrzeć się liczbom, żeby zrozumieć co mam na myśli. Pierwsza wersja Monaco osiągała średnią dokładność obrotów lepszą niż 0,002% ze szczytowym błędem na poziomie 0,0014%. Wersja Monaco 1,5% zmniejszyła ten błąd o połowę – do 0,0007%. Zmiany polegały, między innymi, na zastosowaniu nowego materiału powierzchni talerza – zapewniającego odpowiednie wypoziomowanie całej jego powierzchni – i przykręcanego docisku płyty z wymiennymi elementami tłumiącymi dopasowanymi do różnych grubości winylu.
Kiedy już wprowadzono zmiany do napędu i systemu wsparcia płyty, przyszła pora na udoskonalenie plinty. I znów, w sukurs przyszło wyścigowe doświadczenie firmy: skonstruowano dwuwarstwową karbonową skorupę z precyzyjnie zlokalizowanymi punktami mocowania napędu i układu optycznego. Dodano również prostą, ale efektywną, podstawę mocowania ramion, która umożliwia zastosowanie ramion dowolnej długości. Przestrzeń między obiema warstwami karbonu została wypełniona polimerowym materiałem tłumiącym. Plinta przejmuje energię wibracji pochodzących z talerza, silnika i podstawy ramienia i rozprasza ją w postaci ciepła.
Niewielkie rozmiary Monaco maskują jego wagę. Mimo stosunkowo lekkiego talerza, osiąga on ponad 18kg. Wyjątkowo gęsta plinta opiera sie na trzech stożkowych stopkach zakończonych ceramiczną kulą dużej średnicy. Na kulach tych opierają się trzy zagłębienia plinty. Jedno z tych zagłębień – pod podstawą ramienia – jest nieruchome. Wysokość pozostałych dwóch można regulować poprzez obrót mocowania zagłębień, co pozwala na precyzyjne wypoziomowanie gramofonu. GPA dostarcza w zestawie Monaco superprecyzyjną poziomicę. Podstawę stożkowych stopek stanowią sorbotanowe elementy opracowane z uwzględnieniem masy gramofonu, co zapewnia doskonałe tłumienie na jego styku z podstawą.

3pict Monaco 8


Gramofon GPA Monaco był technologicznym i inżynieryjnym tour de force. Miało to odzwierciedlenie w jego brzmieniu, które całkowicie zrewidowało moje poglądy na temat odtwarzania płyt winylowych. Konstrukcja ta wytrzymała upływ czasu – jej podstawowe założenia i elementy konstrukcyjne znajdziemy również w Monaco 2.0, ale nie powinno to uśpić niczyjej czujności. Podobne kształty nowego gramofonu kryją w sobie liczne zmiany, które wynoszą brzmienie na zupełnie nowy poziom.
Najważniejsze jest zastosowanie nowego dysku enkodera z 74000 linii, który - wraz z nowym programem sterującym pracą silnika, nowym mikroprocesorem i nowym zasilaczem – pozwala jeszcze bardziej zredukować błędy prędkości obrotowej: średnia dokładność obrotów jest teraz lepsza niż 20 części na milion, zaś szczytowe odchylenie nie przekracza 0,0001%. Te liczby są tak małe, że można wręcz zwątpić w ich znaczenie. Trzeba jednak pamiętać, że mowa tu o wartościach procentowych. Monaco 2.0 osiąga stabilność prędkości obrotowej o rząd wielkości większą niż Monaco 1.5. Słuch – jako jeden z naszych podstawowych mechanizmów obronnych – jest najbardziej czułym z ludzkich zmysłów. Czy usłyszysz tak małe różnice? Zaręczam, że tak! I to jak bardzo! Co więcej, minimalizacja błędów prędkości dodatkowo zmniejsza poziom szumu.
Pozostałe zmiany odbijają obsesję firmy wokół punktu styku igły ze ścieżką. Powierzchnia talerza pozostała niezmieniona, ale od nowa opracowano cały system dociskania płyty. Nowy docisk wyposażony jest w trzy wymienne zaokrąglone wkładki oraz – co ważniejsze – wskaźnik siły docisku. System obejmuje czujnik leżący pod obszarem naklejki płyty oraz diodę LED widoczną w centrum docisku. Po prostu, dokręcaj docisk aż do zapalenia diody – et voila! – każda płyta jest dociskana z identyczną siłą niezależnie od jej ciężaru i grubości. Co więcej, poziom pożądanej siły docisku można regulować. To bardzo przydatna funkcja. Wiadomo, że nadmierne dociśnięcie płyty zabija dźwięk. Ale to, co dla jednego jest nadmiernym dociśnięciem – dla drugiego będzie wręcz niewystarczające. Regulacja czujnika docisku jest bardzo precyzyjna. A jej efekt dobrze słyszalny.
Inne, mniej widoczne, zmiany obejmują udoskonalenie samego silnika i łożyska głównego oraz modyfikację profilu – i przez to masy – koła zamachowego. Ogólnie rzecz biorąc, modyfikacje wersji 2.0 [które można wstecznie wprowadzić do wcześniejszych inkarnacji monaco] składają się na znaczącą zmianę i udoskonalenie konstrukcji gramofonu, mimo że wszystkie jego wersje wyglądają prawie identycznie. Zdając sobie z tego sprawę, Grand Prix Audio oferuje Monaco 2.0 z talerzem w dowolnym kolorze. Choć niebieski talerz widoczny na stronie internetowej GPA zbiera mieszane opinie...

 

Konfiguracja GPA Monaco 2.0 jest procesem łatwym dla każdego, kto konfigurował jego poprzednie wersje. Ułatwia ją dodatkowo dostarczanie w zestawie wszystkich niezbędnych przyrządów, które mogą się przydać, w tym nawet dedykowanego klucza do regulacji stopek. Po zamocowaniu podstawy ramienia [sześć śrub wkręcanych w podstawę plinty], po prostu stawiasz plintę na trzech stopkach i poziomujesz ją. Następnie podłączasz regulator/zasilacz i wypełniasz olejem główne łożysko. I tu kolejne miłe udoskonalenie – wcześniej zbiornik oleju zamykany był metaliczną samoprzylepną naklejką, która - choć praktyczna – nie pasowała w 100% do wyrafinowanej konstrukcji całości. Teraz mamy przykręcaną pokrywę. Dużo bardziej elegancką i odpowiednią. Za pomocą – dostarczonego w zestawie – patyczka określasz poziom oleju po wypełnieniu zbiornika i jesteś gotowy.
Moim ulubionym ramieniem dla Monaco 1.5 było zawsze Kuzma 4Point. Testując Monaco 2.0 postanowiłem wykorzystać nadarzającą się okazję i zamontować ramię Kuzma 4Point 14. Biorąc pod uwagę kontrast między długim ramieniem i wyjątkowo małym gramofonem, połączenie to wygląda dość dziwnie. Jednak sprawdza się doskonale. Tak mechanicznie, jak i muzycznie. Sztywna podstawa Monaco zapewnia doskonałe podparcie dla ciężkiego ramienia. Mimo sporej długości, podstawa ramienia Monaco jest wyjątkowo sztywna.
Przez większą część odsłuchów stosowałem wkładkę Fuuga. Dzięki dużej masie i niskiej podatności, to doskonały partner dla ramienia 14”. Przez krótki czas słuchałem również wkładki Lyra Etna zamontowanej do standardowego ramienia 4Point. Mogłem również wypróbować inne ramiona. Zrobiłem to już jednak wcześniej – z innymi wersjami Monaco. Przekonałem się, że gramofon ten w takim samym stopniu pozwala wszystkim ramionom pokazać swoje wady i zalety.

4pict Monaco 6b


Pod tym względem Monaco 2.0 jest przykładem doskonałej neutralności, praktycznie pozbawionym podkolorowań i wpływu na dynamikę. Słyszysz tylko to, co na płycie. Takie podsumowanie nie oddaje jednak istoty. Precyzja z jaką Monaco 2.0 oddaje przebieg ścieżki – poprzez stabilność obrotów i powierzchni kontaktu – jest niezrównana. Jego przewaga nad konkurencją musi być opisywana z mikroskopową dokładnością. Ale przecież igła wkładki również szlifowana jest pod mikroskopem. Całość zmian dotyczy najdrobniejszej części systemu – kontaktu igły ze ścieżką. Każdy, kto jeździł na nartach potwierdzi – im wyżej zaczniesz, tym dalej i szybciej pojedziesz. Ledwo mierzalne zmiany sygnału powstającego we wkładce są wzmacniane i rezonują w całym systemie audio. Można wprowadzać zmiany i można wprowadzać zmiany tam, gdzie się liczą.
Monaco 2.0 pracuje nad najsłabszym sygnałem. Słychać to jednak doskonale.

Kiedy Warner Cassics wypuścił na rynek winyla z utworami Chopina Martha Argerich The Legendary 1967 Recordng [Warner Classics 0825646372867], było to raczej wydarzenie muzyczne niż dźwiękowe. Nagranie nie jest audiofilskie. Wśród klasycznych rejestracji można je najwyżej ocenić jako dobre. Ale jakość interpretacji to zupełnie inna kwestia. Trudno było jednak ich słuchać ze względu na ograniczenia brzmienia. Z wyjątkiem odtwarzania płyty na gramofonie Grand Prix Audio. Nie słychać żadnych ograniczeń, brzmienie osiąga niespotykany poziom rozmachu i subtelności. Argerich ma tu 26 lat. Dwa lata wcześniej wygrała VII Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina. Gra na pełnych emocjach. Nie słychać jeszcze pełnej kontroli i technicznej doskonałości, które osiągnęła później, ale muzyka ma wręcz zaraźliwą płynność i swobodę. Od pierwszych taktów Sonaty nr 3 z opusu 58, dynamika zapiera dech w piersiach. To fortepian w pełnym blasku, z olbrzymim dźwiękiem, zmuszone do gry przez muzyka o niesłychanym talencie.
Trzeba jednak podkreślić, że ta potęga i moc służą muzyce. Nie ma tu bezrefleksyjnego uderzania w klawisze z największą siłą [w stylu Borisa Giltberga czy Alice Sary Ott]. Argerich gra z wyczuciem. Dokładnie odmierza każdy dźwięk. Słychać, że gdyby chciała mogłaby grać jeszcze głośniej. W rezultacie otrzymujemy poczucie braku jakichkolwiek ograniczeń. Po obu stronach skali dźwięki mają duży kontrast dynamiczny i odpowiedni ciężar. Ulotne melodie Chopina płyną naturalnie, jedna jest w pełni zintegrowana z następną. Równowaga między prawą a lewą ręką, rozmowa między nimi, jest na tej płycie świetnie zapisana. Piękno tych interpretacji to nie tylko kwestia gry. Sam fortepian jest tu wyraźnie obecny jako trójwymiarowy obiekt. Mamy powietrze [i ciszę] nad nim i pod nim. Wyraźnie słychać jego najniższe i najwyższe dźwięki. To rejestracja kompletna, w pełni przekonująca. Artystka nie musi martwić się o jakość nagrania czy tłoczenia – nic nie maskuje jej klasy.
Mamy tu wyłącznie czysty muzyczny przekaz. Nuty pojawiają się – w odpowiednim czasie i najlepszym kształcie – bez żadnego wysiłku i osiągają maksymalny efekt. Gramofon Monaco pozwala muzyce płynąć bez przeszkód. Nie wprowadza do brzmienia żadnych artefaktów. Daleko mu do sztywności rytmu. Pozwala to osiągnąć całkowicie nowy poziom dynamiki, precyzji brzmienia i akcentowania fraz. Dokładność współpracy igły ze ścieżką przekłada się wprost na czystość i integralność przekazu. Szybkość narastania sygnału, czas jego trwania i długość wybrzmienia dokładnie oddają sposób zagrania nuty przez muzyka. Monaco 2.0 osiąga wspaniałą dokładność przekazu nie tylko poprzez właściwe odtworzenie zagranych nut, ale i przez dokładne oddanie przestrzeni między nimi. Tło jest czarniejsze. Cisza między nutami podkreśla jakość interpretacji. Pozwala zaakcentować dynamikę i co ważniejsze [ale mniej oczywiste] sprawia, że słychać grającego człowieka. Brak szumu tła czyni odsłuch nie tyle aktem mechanicznego odtworzenia nagrania, co nawiązaniem kontaktu między dwoma ludźmi – muzykiem i słuchaczem.

Krótka historia czasu czyli długie poszukiwania neutralności

Opowieść zaczyna się od małego gramofonu, który się postawił. Zakwestionował ogólnie przyjęte regułami budowy gramofonów. Zakwestionował wszystkie teorie stojące za tymi regułami. Pojawił się na rynku w początkach nowej ery winylu, kiedy poziom cen i rozmiarów nowych gramofonów zaczął niebezpiecznie szybować w górę. Wiele osób zainwestowało wiele pieniędzy w swoje gramofony. Gramofon Monaco firmy Grand Prix Audio pokazał niezasadność tych inwestycji – praktycznie na każdym poziomie: formy, funkcji, ceny i jakości. Innymi słowy: był za mały, korzystał ze złej technologii i kosztował nie dość dużo. Na dodatek miał czelność brzmieć lepiej niż uznana konkurencja. Stał się bestsellerem? Nie do końca. Ale czas zrobił swoje – wśród audiofilów znalazło się tylu miłośników brzmienia Monaco, że na rynku pojawiły się jego kolejne wersje.
Monaco w wersji 2.0 to już konstrukcja dojrzała. Niewidoczne, na pierwszy rzut oka, zmiany pozwoliły wprowadzić jego brzmienie na zupełnie nowy poziom. Trudno go już może nazwać zbyt tanim [choć premiera łatwiej dostępnego gramofonu GPA Parabolica może być rekompensatą wzrostu ceny Monaco]. Co ważne – Monaco nie bierze jeńców. Podczas swej kariery rynkowej wykończył już kilku potężnych przeciwników.
Przez lata branża audio przywiązywała olbrzymie znaczenie do kwestii częstotliwości i protokołów pomiarowych z nią związanych. Jednak, móc to nie znaczy musieć. Istnienie technologii pomiarowej nie czyni pomiarów ważnymi. Niezdrowa obsesja na punkcie odpowiedzi częstotliwościowej przez lata trzymała w miejscu rozwój audio. Jej efektem było powstanie tuzinów błędnych koncepcji, z których najpopularniejszą jest ‘neutralność’. Wszyscy wiedzą dziś, że system audio nie powinien dodawać niczego do sygnału muzycznego. Ciekawe, że nikt nie wymaga by system niczego nie odejmował. Zwłaszcza jeśli owo ‘nic’ jest czymś spoza domeny częstotliwościowej. Często też pomija się ‘nic’ tworzące szum degradujący brzmienie.
Oprócz umiejętności odtwarzania płyt w sposób generujący wrażenie osobistego udziału słuchacza w wydarzeniu muzycznym, GPA Monaco 2.0 potrafi coś jeszcze lepszego – jeśli tylko potrafimy to docenić. W najprostszy, najbardziej podstawowy i bezpośredni sposób obejmuje absolutne panowanie w zakresie domeny czasu. Ustaw rzeczy w odpowiednim miejscu a reszta popłynie bez problemu. Czas to podstawa każdej struktury muzycznej i każdej interpretacji. Monaco uświadamia nam, że timing jest w muzyce wszystkim. Czyni to cicho, ale zdecydowanie. Nie da się tej lekcji zignorować. Monaco uwalnia nas całkowicie od tyrani neutralności. Lub tego, co zaczął ostatnio znaczyć ten termin. Na każdym poziomie, Monaco uświadamia nam, co się liczy – tak pod względem technicznym, jak i filozoficznym. Przypuszczam, że szczęśliwcy, których stać na Monaco 2.0 będą czuć się z tym doskonale. Reszcie z nas pozostaje nadzieja, że uda się kiedyś pokonać zmory przeszłości i zobaczyć nową przyszłość.

5pict Monaco 14

Najtrudniejszym testem dla systemów audio – a zwłaszcza urządzeń odtwarzających nagrania – od dawna jest fortepian. Szczególnie solowe nagrania fortepianowe potrafią odkryć wszystkie słabe punkty źródeł sygnału. Równie czułym testem jest również odtwarzanie dźwięku skrzypiec. Połóż na talerzu płytę z fantazją na tematy ‘Carmen’ Bizeta skomponowaną przez Pablo Sarasate [Ricci, Gamba i LSO; Decca SXL 2197]. Kaskady dźwięków osiągają całkowicie nowy poziom przejrzystości. Nawet w najszybszych pasażach nuty nie zlewają się już w jedną całość. Stanowią osobne dźwięki o dokładnie zarysowanych granicach i pozostają pod pełnym panowaniem skrzypka. Nigdy wcześniej Ricci nie brzmiał tak spokojnie, jego dźwięk nie był tak pewny. Gramofon Monaco 2.0 sprawił, że emocjonalne zawahania nabrały ciężaru. Zmiany tempa są przekonujące i pełne znaczenia. Czuć tu pełne napięcie areny walki byków. Pasaż otwierający otwierający Habanerę brzmi miękko i delikatnie. Niezbyt często słychać taką krągłość w nagraniach Ricci’ego. Solowa melodia płynie gładko i naturalnie. Zaś glissanda skrzą się pozwalając docenić jego technikę. Ale i to nie jest w stanie nikogo przygotować na wykonane z akrobatyczną wręcz precyzją, przypominające pokaz sztucznych ogni, Zigeunerweisen Sarasate. Pojedyncze uderzenia nut tworzą melodię w sposób przypominający składanie puzzle. Wiedziałem, że Ricci to umie. Dopiero jednak Monaco 2.0 pokazało jego precyzję. Kwiecistość i lekka nonszalancja jego brzmienia miały pełne podbudowanie w doskonałej technice.

A co z większym składem? W Carmen Ricci stoi dumnie na tle pełnej orkiestry. Monaco 2.0 rysuje jego dużą i wyraźną sylwetkę i wyraźnie oddziela ją od podkładu. Ale wsparcie orkiestrowe również jest bardzo wyraźne i czytelne. Od najgłębszych basów początku Habanery po ostre uderzenia perkusjonaliów zapowiadających wejście skrzypiec. Orkiestra ma swoją szerokość i głębokość. Akustyka oddana jest z precyzją, ale bez przerysowania. Wrażenie nieznacznego pogłębienia sceny w jej centrum – tak charakterystyczne dla wczesnych płyt serii SXL, jest wyraźnie obecne. Każdy, kto zna płyty wytwórni Decca ze swojej kolekcji, nie będzie mieć żadnych problemów z określeniem wieku [1959] i miejsca nagrania [Kingsway Hall].
Wprowadzona przez Monaco 2.0 spójność odtworzenia sprawia, że powstaje poczucie pewnego familiarnego związku miedzy słuchaczami a wykonawcami. Wydaje się, że byliśmy świadkami tego nagrania a wszystko brzmi dokładnie tak, jak trzeba. Nie było mnie wtedy jeszcze na świecie. Nigdy nie byłem w Kingsway Hall [prawdę mówiąc, byłem – teraz to hotel]. Ale połączenie naturalnej perspektywy i przestrzennej dokładności jest tak silne, że dokładnie widzę przed oczyma salę, którą dokładnie poznałem z zarejestrowanych tam nagrań. Monaco potrafi przenosić słuchaczy w czasie i przestrzeni.
Nie wszystkie nagrania mają tę samą klasę. Niektóre płyty zadziwiają dynamiką. To ona odróżnia Monaco 2.0 od innych konstrukcji. Trzeba to podkreślić: gramofon ten oddaje pełen zakres dynamiki w zadziwiający sposób. Dla mnie jednak podstawą jego umiejętności jest odtworzenie pełnej struktury i organizacji utworu i płynnego, pulsującego przebiegu rytmu. Nie uderza to od pierwszej chwili odsłuchu, ale stanowi o jakości każdego nagrania.
Jedną z moich pierwszych płyt referencyjnych jest Seventeen Seconds grupy The Cure [Fiction FIX 004]. Została nią zanim w ogóle zdałem sobie sprawę z istnienia tego terminu. Grałem ją podczas składania pierwszego własnego systemu [czy też pierwszego, za który sam zapłaciłem]. Grałem na każdym systemie, który posiadałem później. Grałem na większości systemów testowanych w trakcie pracy. Teraz słucham jej z dwóch powodów. Po pierwsze – by porównywać brzmienie różnych urządzeń. Po drugie – to po prostu świetna muzyka. Płyta ta – jako integralna całość – doskonale zniosła upływ czasu. Co więcej, z czasem odkrywam na niej dodatkowe warstwy detali, niuanse kryjące się pod - prostą na pierwszy rzut oka – powierzchnią. Odsłuch na Monaco 2.0 nie był delikatnym zdjęciem kolejnej zasłony. Nie byłem przygotowany na tak głęboki wstrząs. Nagle surowe utwory, które doskonale znam, zyskały nowe życie. Ich namacalna obecność i muskularna moc połączona z delikatnością odwzorowania sprawiły, że zacząłem słuchać całej płyty po raz drugi. Zawsze traktowałem A Reflection jak przystawkę – instrumentalną przygrywkę, która pozwala mi wygodnie zająć miejsce w fotelu. Chwytliwa melodyjka w rozwijającej się delikatnie strukturze zostaje szybko zdmuchnięta przez pulsujący wstęp do Play For Today. Teraz usłyszałem uwerturę. W pełnym znaczeniu tego słowa. W króciutkim kawałku Robert Smith zmieścił ton i nastrój, kierunek rozwoju i muzyczny słownik całego albumu. Stworzył kontekst i wspólne tło wszystkich następnych utworów. Początek płyty pozwala dotrzeć wprost do jej serca, oddaje koherentny obraz całego jej wyrazu. Niezbyt często odtwarzałem jeden utwór lub jedną stronę tej płyty. Teraz zrozumiałem dlaczego.

6pict Monaco 25b


Kiedy testuję komponenty audio, zawsze zastanawiam się, jaki wkład wnoszą w wydarzenie muzyczne – pod kątem wyrazu artystycznego i integralności interpretacji.
Monaco 2.0 rzuca na te kwestie zupełnie nowe światło. Najważniejszą cechą tego gramofonu jest umiejętność przekazania znaczenia muzyki, samej jej istoty. W najszerszym znaczeniu tego słowa. Przykład Seventeen Seconds pokazuje, że jakość brzmienia Monaco 2.0 przekracza granice pojedynczych nut czy fraz i obejmuje całość utworu. Rozdzielczość najdrobniejszych detali pozwala śledzić technikę gry muzyków oraz oceniać jakość instrumentów i nagrań bez jakiegokolwiek śladu sztucznego rozbijania brzmienia. Niczym nieograniczona dynamika zaskakuje zarówno w skali makro, jak i mikro. Odwzorowanie niuansów akustyki wręcz uzależnia.
Za tym wszystkim kryje się integralność struktury, której odwzorowanie odróżnia Monaco 2.0 od tysięcy pozostałych gramofonów obecnych na rynku. Owszem, tamte działają – bo odtwarzają płyty. Ale to wszystko.
Mógłbym tu opisać wrażenia z odsłuchu setek płyt. Ale to niepotrzebne, bo wszystkie kończy jedna konkluzja: podstawą uzyskanego brzmienia jest wybitna jednorodność odwzorowania. Nie w sensie wyrównywania wszystkich nagrań. Ale zachowania jednakowej dominacji nad płytą niezależnie od gatunku muzyki. Niezależnie od tego czy słuchamy małych składów, czy orkiestry symfonicznej. Muzyki akustycznej czy elektronicznej. Monaco 2.0 prezentuje wszystko z jednakową pewnością.
Nie istnieje jeszcze komponent audio, który zadowoli wszystkich. Znajdą się pewnie tacy, co posłuchają Monaco 2.0 a potem wybiorą inny gramofon. Dla nich GPA może nie mieć dobrego rozwiązania, ale przynajmniej wiedzą, co tracą.
Niektóre urządzenia – w tym wiele bardzo sławnych – brzmią tak, jak wyglądają. Monaco 2. 0 – z kompaktową, precyzyjną plintą – również oddaje wyglądem swoje brzmienie. Może nie jest to najbliższe porównanie. Trzeba przecież pamiętać o pełnej powietrza transparentności i ultraczarnym tle. Ale brak olbrzymiej podstawy, talerza przypominającego tort weselny u plątaniny pasków napędowych wprost sugeruje czystość, przejrzystość i praktycznie całkowitą eliminację szumów.
Należy jednak spojrzeć dalej niż tylko na sam gramofon. Tak, jak GPA podczas tworzenia Monaco patrzyło dalej niż na utarte branżowe przekonania. Monaco 2.0 to konstrukcja w pełni poświęcona odtwarzaniu muzyki. Daje słuchaczom więcej muzyki i sprawia, że lepiej ją rozumiemy. Posiadacze wcześniejszych wersji Monaco powinni natychmiast pomyśleć o upgrejdzie. Muzyczne zyski będą olbrzymie.
Pod względem filozofii i technologii, Monaco 2.0 reprezentuje nowe podejście do starych problemów. Terminy ‘transport płyt’ i ‘obudowa silnika’ wyszły już z użycia podczas opisywania gramofonów. Pod wieloma względami jednak doskonale oddają istotę produktu GPA. Monaco 2.0 jest cichy i obraca płytę z odpowiednią prędkością. Czy potrzeba czegoś więcej?