Gryphon Audio Designs Essence Stereo + Essence Pre

Autor: Alan Sircom, HiFi+ no.188 2020/10. Oryginał testu znajduje się tutaj.


Według większości powszechnie przyjętych standardów, połączenie przedwzmacniacza Essence i wzmacniacza mocy Essence zostałoby uznane za produkt z najwyższej możliwej półki pod względem oferowanych efektów, rozmiaru, wagi i ceny. W świecie firmy Gryphon Audio Design, Essence stoi natomiast najniżej w linii przedwzmacniaczy/wzmacniaczy mocy, a na szczyt hierarchii firmowych produktów wiedzie jeszcze naprawdę długa droga.

Essence to nowa linia przedwzmacniaczy i wzmacniaczy mocy oferowanych przez tego duńskiego producenta. Dołącza ona do rodziny innych urządzeń: odtwarzacza CD Scorpio S, wzmacniaczy zintegrowanych Diablo 120 i Diablo 300, a także kolumn Mojo S, które otwierają linię produktów firmy Gryphon. I choć nikt nie nazwałby w pełni skonfigurowanego przedwzmacniacza w cenie 20299£ i wartego 17800£ wzmacniacza mocy „okazją cenową”, należy na nie spojrzeć w kontekście flagowej linii firmowych produktów: przedwzmacniacza Pandora, przedwzmacniacza gramofonowego Legato Legacy, przetwornika cyfrowo-analogowego Kaliope i wzmacniacza Mephisto (a wszystko to za „jedyne” 156000£). Trudno nie zauważyć, że modele Essence reprezentują „produkty marki Gryphon nieprzeznaczone dla milionerów” – oczywiście tylko pod warunkiem, że linia Essence rzeczywiście ucieleśnia firmowe standardy w zakresie projektowania, budowy i efektów, a nie jest wynikiem zabiegów, które mają na celu obcinanie kosztów.

Gdyby ktoś podejrzewał firmę Gryphon o chęć oszczędzania, wszelkie tego typu pomysły odchodzą w niepamięć, gdy wyjmujemy produkt ze sprytnie zrobionej, składanej skrzynki. Reputacja marki Gryphon opiera się na świetnie wykonanych i ładnie zaprojektowanych produktach, a linia Essence bardzo wyraźnie wpisuje się w ten standard. Recenzowane produkty zostały zaprojektowane i wykonane według norm, których oczekujemy od hi-endowego audio. Ich ścianki nie uginają się pod dotykiem palców, a ich konstrukcja jest zarówno ergonomiczna, jak i daje nam dużo informacji na temat sprzętu. Są to czarne urządzenia o solidnych, płaskich ściankach i zuchwałym wyglądzie, wyposażone w jasno świecące, niebieskie i czerwone elementy oświetlenia, ale sensownie przemyślane: mamy tu do czynienia z konstrukcją typu dual mono, więc nie ma miejsca na jakikolwiek bałagan. Wszystko zostało wykonane w niestandardowy sposób – nawet pilot zdalnego sterowania, który posiada dodatkowy uchwyt boczny, ułatwiający kciukowi korzystanie z przycisków. To udogodnienie z pewnością nie jest aż tak bardzo przydatne dla leworęcznych użytkowników, ale i tak robi wrażenie.

To godne uwagi podejście obejmuje nawet instrukcje użytkownika, które przypominają raczej eleganckie, odchudzone albumy z reprodukcjami dzieł sztuki, niż zwyczajne przewodniki w stylu „Jak podłączyć i skonfigurować urządzenie”. Znajdziemy w nich oczywiście wyjaśnienie wszelkich kwestii technicznych, ale cały pakiet nosi znamiona szczególnego „wydarzenia”, które powinno stać się udziałem każdej osoby przy jej pierwszym kontakcie ze wzmacniaczem z górnej półki. Biorąc pod uwagę, że w reklamach kawy każdego z producentów, otwieraniu nowego słoika z granulkami kawy rozpuszczalnej towarzyszy unikalne dla danej marki „pyknięcie”, a firma Aston Martin poświęca sporo czasu na dostrojenie dźwięku wydechu, żeby „odpowiednio” brzmiał, nie umniejszajmy tej potrzeby uczestnictwa w „wydarzeniu”.

Zawartość opakowania jest równie imponująca. Przedwzmacniacz Essence to konstrukcja typu dual mono, w której nie występuje negatywne sprzężenie zwrotne, pracująca w klasie A. Urządzenie to jest w pełni oparte o przekaźniki i sterowane mikroprocesorowo. Oferuje opcję instalacji modułu przetwornika cyfrowo-analogowego Zena DAC, który obsługuje sygnał do 384kHz PCM i DSD512, jak i opcjonalnego modułu przedwzmacniacza gramofonowego MM/MC opartego o model Legato (można wybrać jedną z tych dwóch opcji, obie, lub też żadną). Przedwzmacniacz Essence wyposażony jest w unikalny, dyskretny i precyzyjny 42-stopniowy układ regulacji wzmocnienia wykorzystujący drabinkę rezystorową. Duży fluorescencyjny wyświetlacz pozwala użytkownikowi nadawać nazwy wejściom sygnału i dostosowywać ich poziomy.

Wzmacniacz mocy Essence wygląda całkiem zwyczajnie, ale nie dajmy się zwieść pozorom. Kryje bowiem w sobie wymyślnie zaprojektowane wnętrze: aż 440 000µF rezerwowej pojemności oraz transformator toroidalny 1350VA, zamknięte w ważącej 45kg obudowie. Można nim sterować przy użyciu dwóch umieszczonych na spodzie przycisków, jak również regulować wartość prądu podkładu, używając specjalnego przewodu nazwanego przez firmę „green bias”, łączącego przedwzmacniacz ze wzmacniaczem mocy. Standardowo, recenzowana końcówka mocy zapewnia 50W w klasie A (moc ta zwiększa się dwukrotnie przy obciążeniu 4Ω i znowu wzrasta prawie dwa razy przy 2Ω, dzięki układowi 20 wysokoprądowych, bipolarnych tranzystorów mocy). Dla wzmacniacza mocy można jednak wybrać tryb klasa A/B (w tym przypadku wzmacniacz się tak bardzo nie grzeje, ma więcej mocy, a przedni wyświetlacz świeci na zielono), lub tryb klasa A z wysokim prądem podkładu (wzmacniacz traci wtedy moc i zmienia się w prawdziwy grzejnik, ale jego brzmienie staje się jeszcze słodsze, a pasek wyświetlacza zmienia kolor na czerwony). Wyświetlacz ten może również wskazywać awarie zasilacza i funkcjonować w trybie „maskowania”. Recenzowany wzmacniacz mocy działa wyłącznie we w pełnie zbalansowanym trybie dual mono.

Od pierwszego dźwięku pierwszego odtwarzanego utworu, odnosimy nieodparte wrażenie, że recenzowane urządzenia są możliwie najbardziej odpowiednie dla naszych celów i posiadają stosowne kompetencje, które budują ich autorytet w naszych oczach. Dalsze odtwarzanie muzyki tylko utwierdza nas w tym przekonaniu i pozwala nam, krok po kroku, zdejmować kolejne warstwy muzycznej „cebuli”. Przykładowo, w niektórych hi-endowych systemach występuje rozdźwięk między dźwiękiem a obrazem. Efekty soniczne, które możemy uzyskać z omawianymi tu produktami z linii Essence są natomiast doskonałą zachętą, by korzystać z różnych źródeł – zaczynamy więc rozważać, jak zabrzmią z nimi utwory z serwisu YouTube. Wielu z nas będzie wciąż wolało mur oddzielający dźwięk od obrazu, ale opisane powyżej wrażenie odpowiedniości i autorytetu recenzowanych urządzeń sprawia, że zastanawiamy się, czy ten mur nie jest przypadkiem bardzo cieniutki. Jest to pierwsza z oznak prawdziwej wielkości w domenie audio: dobry system sprawia, że odtwarzamy więcej muzyki – tej, którą kochamy, albo reprezentującej nowe style i gatunki, lub też zaczynamy korzystać z nowych źródeł. Tak właśnie od samego początku dzieje się z produktami z linii Essence.

Kolejną oznaką wielkości w świecie audio jest sytuacja, w której nie czujemy absolutnie żadnej potrzeby, by odpowiadać na pytanie, dlaczego dany produkt robi to, co robi. Utrudnia to nieco pisanie recenzji, ale stałość w działaniu urządzeń z linii Essence (zarówno jeśli chodzi o spełnianie wszelkich standardów jakości dźwięku, jak i zapewnianie zbliżonych efektów sonicznych dla dowolnych rozwiązań systemowych: zbalansowanych, typu single-ended, liniowych, cyfrowych, itd.) najmocniej determinuje naszą potrzebę czerpania radości ze słuchania bez zadawania zbędnych pytań.

Odtwarzanie muzyki przez połączone ze sobą recenzowane urządzenia firmy Gryphon sprawiło, że brzmiała, jakbym sam wybierał nagrania, które brzmiały dobrze z tymi dwoma produktami w systemie. Każdy z utworów wydawał się być częścią pokazowego nagrania typu demo, stworzonego specjalnie dla firmy Gryphon. Dodam, iż niektóre z moich ulubionych utworów były rzeczywiście używane w takim charakterze podczas pokazowych odsłuchów omawianego producenta, więc specjalnie ich nie odtwarzałem, by przypadkiem nie dopuścić do powstania efektu synergii w systemie. Nie miało to jednak żadnego znaczenia. Nieważne, jakich utworów słuchałem – jeśli były dobrze nagrane, brzmiały jak demo, a jeśli nie – dwa gryfy dawały z siebie wszystko, by złej jakości materiał zabrzmiał możliwie najlepiej.

Weźmy na przykład album Sergei Rachmaninoff: Symphony No. 3,  Op. 44; Symphonic Dances, op. 45 [Zinman, Baltimore SO, Telarc]. Jest to świetne nagranie pokazowe, zarejestrowane w możliwie najlepszych okolicznościach, które testuje i pokazuje zakres dynamiki dowolnego systemu, ale jego odsłuch w towarzystwie duetu firmy Gryphon był niczym przejażdżka kolejką górską po osobistych przeżyciach kompozytora. Charakterystyczne dla tych utworów cechy: energia i pasja nigdy nie schodzą na dalszy plan, ale w tym przypadku zapierają nam dech w piersiach i sprawiają, że chcemy więcej. Jeżeli następnie odtworzymy „Święto wiosny” Strawińskiego, będziemy znów gotowi, by w muzycznym szale rzucić kilkoma krzesłami.

Mamy tu do czynienia z pierwszorzędnym odwzorowaniem detali i wzorcową artykulacją dźwięków – nie tylko „wokali”, ale także „dźwięków” w ogóle, co chcę wyraźnie podkreślić. Recenzowane urządzenia nie tylko ze świetną rozdzielczością oddają ludzki głos (zarówno partie śpiewane, jak i mówione), ale równie doskonale radzą sobie z odwzorowaniem „kształtu” dźwięków gitary basowej, czy pianina. Utwór „Mi Buenos Aries Querdo” Barenboima, Mederosa i Console [z albumu Tangos Among Friends CD, Teldec] doskonale ukazuje te cechy. Dwa gryfy elegancko przedstawiają interakcję między trzema wykonawcami, a także ekspresywny i wyraźny charakter zarówno muzyków, jak i ich instrumentów, jakby po drodze nie było żadnych przetworników, ani elektroniki.

Obrazowanie też było najwyższej jakości: dźwięk rozciągał się szeroko i koncentrował z przodu kolumn bardziej, niż napierał na tylną ścianę pokoju odsłuchowego, a rozmiar i solidność sceny dźwiękowej były tak dobre, jak to możliwe tylko z najlepszym sprzętem. Dobrze to ukazuje „próbne” nagranie utworu „Love in Vain” z albumu Stripped [Polydor] grupy The Rolling Stones. Każdy z członków zespołu był fizycznie umiejscowiony we własnej przestrzeni, ale łatwo można było również wyłapać subtelne dźwięki pomieszczenia. Trzeba mieć w torze sprzęt pierwszorzędnej jakości, ale przedwzmacniacz i wzmacniacz mocy Gryphon Essence mogłyby spokojnie być najtańszymi elementami w systemie, a przy tym w niczym nie ustępować wszystkim pozostałym urządzeniom.

Niektóre dobre systemy audio przypominają nam, dlaczego właściwie zaczęliśmy się zajmować naszym muzycznym hobby. Tak jest również w przypadku wzmacniaczy z linii Essence. Ważniejsze jest natomiast, że pozwalają nam one zdać sobie sprawę, dlaczego kiedyś zachwycił nas dany utwór. To naprawdę duże osiągnięcie – ci z nas, którzy już od dawna interesują się muzyką, często nie mają już w sobie dawnego zapału (szczególnie podczas odtwarzania płyt testowych). Wiele utworów z naszej kolekcji słuchaliśmy już tak wiele razy, że nasz entuzjazm i oddanie muzyce zdecydowanie się zmniejszyły. Linia Essence pozwala nam strząsnąć pajęczynę minionych lat i daje nam na nowo naszą muzykę. Nie przywołuje wspomnień związanych z naszym pierwszym spotkaniem z twórczością Dylana, Joni Mitchell, Led Zeppelin, czy Beyoncé, ale sprawia, iż mamy wrażenie, że słyszymy ją po raz pierwszy – i znów się nią dogłębnie zachwycamy.

Jest to możliwe w dużej mierze dzięki specyficznym zaletom duetu wzmacniaczy z linii Essence: ich świetnym osiągom, pełnemu mocy zakresowi dynamiki, fantastycznej zdolności oddawania szczegółów, a także wspomnianemu wcześniej autorytetowi. Muzyka wibruje, dotyka głębin naszego wnętrza i ukazuje całą swoją dzikość. Rodzaj wzmocnienia oferowany przez recenzowane urządzenia jest przeznaczony dla osób, które lubią na stojąco oklaskiwać dobry występ. W obecnych czasach, gdy dobre wykonania są zazwyczaj dostępne w postaci nagrań, a nie wydarzeń na żywo, może nam być trochę głupio wstać i oklaskiwać wykonawców nagranych na płycie CD, lub muzykę z przesyłanego strumieniowo pliku, ale… czemu nie? To właśnie robią dla nas i dla naszej muzyki produkty z linii Essence.

Porozmawiajmy więc o wadach wzmacniaczy z linii Essence. Koniec rozmowy, bo recenzowane urządzenia są wszelkich (tak, WSZELKICH) wad pozbawione. Oczywiście, wzmacniacz, który potrzebuje 45 minut, by przejść od dobrych do wspaniałych efektów, może odstręczyć osoby poszukujące natychmiastowej gratyfikacji. Niektórzy będą również woleli zamienić pewne aspekty całościowego doświadczenia sonicznego na zbyt mocno zaakcentowane, a nawet przesadzone efekty oferowane przez inne urządzenia. Z kolei osoby, którym podoba się niezwykle łagodna, prowadząca na krawędź utraty przytomności, jazzowa prezentacja o miękkich krawędziach mogą uznać pełne ekspresji, potężne i bezpośrednie wzmacniacze z linii Essence za zbyt mocno odbiegające od ideału. Z drugiej strony, pozostali miłośnicy muzyki stwierdzą, iż produkty Essence świetnie radzą sobie z audiofilskimi, relaksacyjnymi nagraniami jazzowymi, a na dodatek pozbawiają je otumaniającej otoczki, która działa na słuchaczy niczym Rohypnol.

Oprócz nowych wzmacniaczy z linii Essence, Gryphon oferuje nam również nowe, flagowe kable VANTA. Wykorzystują one wyjątkowe, opracowane przez firmę przewody wykonane ze stopu srebra i złota, z izolacją PTFE, otoczone ekranem utkanym z pokrytych srebrem miedzianych nici i okryte czarnym, błyszczącym, poliuretanowym płaszczem. Tak, jak wszystkie pozostałe produkty firmy Gryphon, te również zostały zaprojektowane, by spełniać najwyższe standardy (podobnie mówi o swoich produktach wielu innych producentów, ale potem nie robi tego, co praktykuje się w firmie Gryphon – na przykład nie lutuje elementów pod mikroskopem, by zapewnić ich perfekcyjne połączenie). Podobnie jak każdy inny produkt z rodziny gryfów, te kable też są drogie, ale pod względem sonicznym dostajemy dokładnie to, za co płacimy, a nawet więcej. Zaliczyłbym je do najlepszych akcesoriów tego typu, a wiele podobnych produktów kosztuje więcej. Podobnie jak wzmacniacze z linii Essence, odznaczają się taką samą zdolnością do budowania autorytetu i odpowiedniością prezentacji, która charakteryzuje się niesamowitym odwzorowaniem detali, precyzją i szybkością. Dlatego właśnie świetnie pasują do rodziny produktów Gryphon i trudno byłoby mi znaleźć coś lepszego na ich miejsce. Większość recenzentów (w tym ja) posiada ogromną skrzynkę pełną nadzwyczajnie egzotycznych kabli, których używa się do budowania systemów. Każdy z nas ma swoje osobiste preferencje w tym zakresie, ale nie znajdziemy jednego uniwersalnego kable, który pasowałby do wszystkich recenzowanych przez nas systemów. Dobrym, aktualnym i bardziej prozaicznym przykładem są wzmacniacze firmy Hegel, które dobrze współdziałają z kablami Nordost Blue Heaven, podczas gdy wzmacniacze Primare ładnie brzmią z kablami Vertere Redline, ale kable VANTA są bardziej uniwersalne niż większość innych.

Było to dla mnie niczym objawienie. Chociaż już wcześniej miałem do czynienia z produktami firmy Gryphon Audio Designs, zawsze doświadczałem ich brzmienia z pewnego dystansu. Za każdym razem, oferowana przez nie jakość dźwięku była przynajmniej imponująca, ale różnica między doświadczeniem z daleka, a doświadczeniem bezpośrednim jest duża. Mocno wierzę w koncepcję  „różnych ścieżek prowadzących na szczyt tej samej góry” i w tym właśnie kontekście recenzent ma do wykonania zadanie godne Szerpy. Ma znaleźć odpowiednią ścieżkę dla wspinającej się osoby, a nie narzucać swoją własną innym. Jeżeli jednak chodzi o przedwzmacniacz i wzmacniacz mocy Essence firmy Gryphon Audio Designs, pozwoliły mi odnaleźć moją własną drogę. Naprawdę oferują nam wyjątkową jakość, o której zapewnia producent. Nic na to nie poradzę, ale czuję, że te dwa czarne pudełka, płyta LP i źródło cyfrowe, para przyzwoitych kolumn i kable VANTA są wszystkim, czego użytkownik hi-endowego audio potrzebuje w swoim systemie. Owszem, zawsze można mieć „więcej”, ale nie zawsze jest to „lepsze”.