Aurender W20 - Audio Video 11/2013

Serwer marzenie.

Audio Video 11/2013 - Filip Kulpa pdf (577,7 k)

Koreański Aurender jest twórcą unikatowego pod względem jakościowym i technologicznym serwera muzycznego W20. Ta współczesna odmiana „transportu” cyfrowego pozwala wycisnąć z podłączonego przetwornika c/a wszystko, co najlepsze.

Z bliźniaczo podobnym produktem mieliśmy już do czynienia na naszych łamach. W wydaniu 2–3/2012 testowaliśmy S10, który jest tańszy z dwóch oferowanych dziś przez Aurendera. Przypomnijmy, że markę tę wypuściła w styczniu 2010 roku firma Widealab, Inc. Niewiele ponad rok później ten raczkujący producent wypuścił na rynek wspomniany, high-endowy serwer muzyczny S10. Tak naprawdę była to współczesna redefinicja „transportu” cyfrowego. Urządzenie, zamiast audiofilskiego czytnika CD obłożonego kilogramami aluminium, zawiera twardy dysk, dysk SSD do „keszowania” danych, dopracowane zasilanie oraz precyzyjny zegar OXCO i komputerową płytę główną, nie mówiąc oczywiście o całym zestawie wyjść cyfrowych, włącznie z USB audio, które po aktualizacji oprogramowania obsługiwało przetworniki c/a w trybie asynchronicznym. Z technicznego punktu widzenia jest to optymalne rozwiązanie dla przetworników c/a najnowszej generacji, wyposażonych w interfejs USB audio.

We wrześniu 2012 roku doszło do przejęcia Widealab przez spółkę TV Logic, czołowego koreańskiego producenta monitorów wideo. Zapewne nieprzypadkowo, kilka miesięcy później (w kwietniu 2013) pojawił się drugi model serwera muzycznego – testowany właśnie W20. Przy cenie 70 tys. złotych nie ma on chyba żadnego odpowiednika na rynku. Z jednej strony cena wydaje się bardzo wygórowana, z drugiej zaś – nie powinna szokować. Znane są bowiem napędy CD w cenach znacznie przekraczających 100 tys. złotych, tymczasem technologicznie są to przecież urządzenia z innej epoki. Gdy dystrybutor Aurendera osobiście wręczał mi W20, zdradził, że W20 bije na głowę wszystkie transporty oparte na czytnikach płyt (włączając w to urządzenia marek, które sprzedaje) oraz wszystkie serwery, jakie zna. Dodał też coś w rodzju: „Swojego iMaca z Audirvaną będziesz mógł schować do kartonu”. Schować bym może nie schował, bo służy też do innych celów (redakcyjnych głównie), lecz Aurender mi się marzy – przyznaję bez bicia. Byłem bardzo ciekaw, ile w powyższych zapowiedziach jest prawdy. Nadzieje były duże, bo W20 to, tak naprawdę, zupełnie inna besta niż S10 – mimo niemal identycznego wyglądu.


Budowa

Wprawdzie już o tym pisaliśmy, minęły jednak prawie dwa lata i warto to powtórzyć: Aurender dysponuje fantastycznie wykonaną obudową. W całości aluminiową, w dodatku niezwykle grubą, a przez to masywną i wzorowo sztywną. Dość powiedzieć, że górna pokrywa ma około 8 mm grubości i masę chyba z 4 kg. Całe urządzenie waży aż 19 kilogramów – o 5 więcej niż nieznacznie niższy S10.

Masywne, precyzyjnie wykonane wnętrze podzielono na trzy części, oddzielone od siebie aluminiowymi przegrodami. W przedniej części znajduje się duża, również aluminiowa, subobudowa mieszcząca dwa dyski twarde o pojemności 3 TB każdy. Szczelność puszki gwarantuje bardzo niski poziom szumu – praca dysków jest w ogóle niesłyszalna. W lewym przednim narożniku, w sąsiedztwie dysków, znajduje się jeszcze jedna pamięć – tym razem SSD (Samsung z serii 830) o pojemności 240 GB. Dysk ten służy do szybkiego wczytywania danych z „twardzieli” według ustalonej playlisty. Działa to mniej więcej tak, że Aurender, widząc, że będzie jakiś czas odtwarzał utwór X, wczytuje go do pamięci podręcznej (SSD). Dzięki temu dyski twarde pozostają niemal cały czas w uśpieniu, nie generując wibracji, szumów oraz wprowadzając znacznie mniej zakłóceń, niż gdyby non stop się kręciły. Dodajmy, że analogiczne rozwiązanie stosuje się już w niektórych komputerach osobistych (np. Fusion Drive firmy Apple) – tyle, że tam chodzi o przyspieszenie działania komputera. Pamęci SSD są około czterokrotnie szybsze od dysków twardych, co w Aurenderze też nie jest bez znaczenia.

Trzykrotnie większa pojemność dysków twardych oraz niemal 4-krotnie większa pamięć podręczna SSD to nie jedyna różnica względem modelu S10. Droższy Aurender otrzymał zaprojektowaną specjalnie dla niego płytę główną. Nie jest to więc zaadaptowana płyta komputerowa (Mini ITX) jak w tańszym modelu.

Zupełnie inaczej rozwiązano też kwestię zasilania. S10 ma dwa zasilacze: impulsowy o mocy 50 W dla części komputerowej oraz liniowy dla sekcji audio. W przypadku W20 konstruktorzy posunęli się jeszcze dalej. Zasilacz komputerowy wzmocniono (100 W), zaś zasilacz liniowy prądu stałego zastąpiono bankiem akumulatorów najnowszej generacji – LiFePO4 (3,2 V, 4,2 Ah). W sumie jest ich 6 sztuk, łączonych szeregowo po dwa. Dwa zestawy zasilają bezpośrednio obwody audio, zaś trzecia para akumulatorów pełni funkcję zasilacza awaryjnego na wypadek przerwy w dostawie prądu lub przypadkowego wyłączenia urządzenia. Sprawdziłem – to działa. Z wyłączonym przewodem prądowym Aurender pracował jeszcze dłuższą chwilę, zamykając bezpieczenie system. Zważywszy na bardzo małe obciążenie dysków i wspomniane zabezpieczenie, wydaje się, że zgromadzone dane audio powinny być całkowicie bezpieczne. Niemniej, warto od czasu do czasu wykonać kopię zapasową. Rozsądnie jest przyjąć założenie, że najpierw zapełniamy jeden dysk – by jego kopia zapasowa nie musiała być ponawiana – a dopiero później drugi.

W konstrukcji W20 jest jeszcze kilka innych detali odróżniających go od i tak znakomitego modelu S10. Najkrócej rzecz ujmując, chodzi o wyjścia. Najważniejszą zmianą jest dodanie dedykowanego wyjścia USB Audio klasy 2, które w automatyczny sposób komunikuje się w tybie asynchronicznym z przetwornikiem USB, nie wymagając specyficznego drivera. Wprawdzie pozostałe dwa porty USB też komunikują się z wejściami USB w przetwornikach c/a, jednak wyjście dedykowane jest zalecane jako oferujące wyższą jakość brzmienia. Zasilane jest z baterii, prócz tego buforowane, a ponadto układ sterujący został zaekranowany. Absolutna dbałość o detale.

Tak starannie zaaplikowane wyjście USB Audio powinno być z definicji najlepszym interfejsem dla przetworników z dobrze zaimplementowanym, asynchronicznym wejściem tego typu. W przypadku łączy S/PDIF i AES/EBU sygnał zegarowy jest zakodowany w strumieniu danych i fakt ten jest „jitterogenny”. Oznacza bowiem konieczność rekonstrukcji zegara w odbiorniku (czyli przetworniku). Bez względu na to, jak precyzyjny zegar znajduje się w transporcie, jitter na poziomie DAC-a pojawi się choćby dlatego, że wprowadza go odbiornik wejściowy. Wprawdzie przez ponad 20 lat istnienia przetworników c/a producenci nauczyli się z tym problemem żyć i mu skutecznie zaradzać, to jednak szeregowe interfejsy bez wydzielonej linii zegarowej mają wrodzoną, opisaną wyżej wadę. Pozbawiony jest jej asynchroniczny transfer USB, w przypadku którego użytkownicy napotykają jednak na inny problem: zakłócenia przenikające z komputerowego zasilacza (i nie tylko) po zasilaniu szyny USB. Aurender W20 został skonstruowany w taki sposób, by problem ten nie występował. Nie dziwi zatem, że jest to najlepsza metoda połączenia z asynchronicznym USB-DAK-iem wysokiej klasy. W20 wyróżnia się także podwójnym łączem AES/EBU z rozdzielonymi informacjami o kanale lewym i prawym. Ma też wyjście BNC, nie wspominając już o RCA i optycznym, które są dostępne i w tańszym modelu. Reasumując, W20 wspiera wszystkie standardy połączeń cyfrowych (pomijając ST).

W20 ma ten sam wyświetlacz OLED co w S10. Jest ostry jak brzytwa i doskonale kontrastowy. Po prostu idealny. W podstawowym trybie wskazuje nazwę artysty, tytuł utworu, rozdzielczość sygnału, częstotliwość próbkowania i format pliku – słowem wszystko, co potrzeba. Zmiany utworu są sygnalizowane charakterystycznym przewijaniem napisów w górę – powstaje wrażenie, że zamontowano je na obracającym się bębnie. Świetny bajer. Można także zmienić tryb wskazań wyświetlacza, zamieniając go na dwa wskaźniki wysterowania z wirtuanymi wskazówkami i skalą decybelową. Wygląda to świetnie, ale jest dużo mniej praktyczne od pierwszego, domyślnego trybu.


Obsługa

Z punktu widzenia tych użytkowników, którzy słuchają muzyki z przetworników USB, a zasilają je sygnałem z komputera (bezpośrednio lub za pośrednictwem konwerterów USB/SPDIF), posługiwanie się Aurenderem jest niezwykle komfortowe. Urządzenie jest totalnie ciche, startuje (ze stanu stand-by) w ciągu sekund, obsługuje się je iPadem, w dodatku się nie zawiesza. Poza tym, jak wspomniałem, jest odporne na przerwy w dostawach prądu i do tego wszystkiego cieszy oko. Sceptycy powiedzą: co w tym niezwykłego, skoro podobny komfort obsługi zapewnia malutki Mac mini, też piekny, w dodatku za ułamek kwoty Aurendera? Rzeczywiście, to prawda, jednak stanowi wyjątek od reguły. Poza tym potencjał Aurendera tkwi nie w jego funkcjonalności, lecz w jakości cyfrowych wyjść audio, czyli potencjału jako czytnika cyfrowych danych audio. Tego żaden komputer z definicji dać nie może.

Do sterowania Aurenderem W20, tak zresztą jak i poprzednio, niezbędny jest iPad. Wynika to z faktu, że aplikacja Aurender jest dostępna wyłącznie na system iOS. Dziwi fakt, że firma to tej pory nie opracowała (a w każdym razie nie udostępniła) analogicznej aplikacji na Androida ani na komputerowe systemy operacyjne. W dobie dynamicznego rozwoju tabletów, kurczowe trzymanie się iPada, jako sterownika, trudno racjonalnie wytłumaczyć – może jedynie aluminiową obudową, która lepiej pasuje do aluminiowego body Aurendera niż produkty Samsunga, Sony czy LG. Aurender pozwala na zmianę niektórych ustawień, co może mieć wpływ na brzmienie. Opcją taką jest zasilanie portu USB audio, które domyślnie jest włączone, ale może zostać wyłączone. Podobno opcja ta daje niewielkie korzyści brzmieniowe w przypadku DAC-ów, których wejścia USB mają własne zasilanie. Tak jest w przypadku urządzeń dCSa.


TYSIĄCE ALBUMÓW!

W20 ma na tyle dużą pojemność, że tylko bardzo niewielki odsetek (i tak nielicznych) użytkowników uzna ją za niewystarczającą. Zastanówmy się: 1TB danych to około 3000 albumów w jakości CD, w formacie FLAC lub Apple Lossless. Oznacza to, że W20 pomieści około 18 tys. albumów. Jeśli rezygnujemy z kompresji na rzecz formatów AIFF lub WAV, wciąż będzie to około 9 tys. płyt! Jeśli rozsądnie przyjąć, że jedną szóstą pamięci urządzenia, czyli cały terabajt, przeznaczymy wyłącznie na pliki hi-res (to około tysiąca albumów w formacie FLAC 24/96), to i tak zostaje nam 5 TB na ripy CD, czyli na około 7 tys. albumów zgranych bez kompresji. Wydaje się więc, że przestrzeń muzyczna jest w praktyce nieograniczona, a tym samym perspektywa konieczności podłączania zewnętrznych pamięci – raczej odległa. By kopiować dane do lub z dysków Aurendera (są oznaczone jako HDD1 i HDD2), wystarczy podłączyć komputer do sieci i połączyć się z zasobem oznaczonym jako „W20”. W przypadku systemu MacOS należało tylko podać nazwę użytkownika i hasło (obie informacje są ukryte w zakładce „Udostępnianie NAS” w aplikacji Aurender) – analogicznie powinno być pod Windowsem.

Korzystając z gigabitowej sieci Ethernet (konieczny odpowiedni router o przepustowości 1000 Mb/s), możemy bardzo wydajnie kopiować pliki z prędkościami zależnymi od wydajności wykorzystywanego dysku. W najszczęśliwszej sytuacji znajdą się posiadacze nowoczesnych wydajnych NAS-ów, pozwalających na kopiowanie danych z prędkością przekraczającą 100 MB/s (czyli powyżej teoretycznego limitu sieci 1 Gb/s). Wówczas zgranie całej, przykładowo 2-terabajtowej biblioteki muzycznej, powinno zająć nie więcej niż 5–6 godzin. Szybciej się już nie da. W przypadku wolniejszych dysków sieciowych czas ten wydłużyłby się do kilkunastu godzin. Stanowczo odradzamy wykonywanie takiej operacji za pośrednictwem sieci Wi-Fi! Mogłaby ona potrwać kilka dni, mieć niepewny skutek, utrudniając bardzo przy okazji korzystanie z internetu.


Brzmienie

W teście wykorzystałem Meitnera MA-1 – przetwornik znacznie tańszy od W20, jednak o olbrzmim potencjale. W dodatku jego wejście USB jest w standardzie Audio Class 2, zatem z Aurenderem działa bezproblemowo w trybie asynchronicznym, co zresztą dyskretnie komunikował wyświetlacz W20.

Z testu modelu S10 zapamiętałem wyraźnie, że po USB Meitner gra o klasę lepiej niż po SPDIF, przebijając je w każdej możliwej dyscyplinie. Zatem siłą rzeczy skupiłem się właśnie na połączeniu USB. Zadziałało od razu, bez żadnych problemów.

Nie będę specjalnie przynudzał, snując opowieści, co i jak zabrzmiało, bo w przypadku czytnika cyfrowego takie opisy są cokolwiek sztuczne. W końcu żaden transport cyfrowy nie brzmi sam z siebie. Jego zadaniem jest odczyt danych i dostarczenie danych do DAC-a w taki sposób, by potencjał tego drugiego został w pełni wykorzystany. W20 to właśnie umożliwia. Jakość brzmienia, jaką wykrzesał z kosztującego około 30 tys. zł DAC-a, powala na kolana. Wpierw jednak, by całość nie brzmiała zbyt nieprawdopodobnie, dodam, że wciąż jestem pod wrażeniem MA-1. Ten DAC druzgocze jakością brzmienia urządzenia po 10–15 tys. zł, a z drugiej strony nie ustępuje lub nawet dorównuje (albo przewyższa!) źródła dzielone za 100 tysięcy... Jeśli wziąć pod uwagę, że wszystko to dzieje się już w połączeniu z komputerem (wprawdzie za 9 tysięcy zł, ale jednak komputerem), to klasa tego DAC-a jest niekwestionowana. Kategoria A+ w naszym rankingu nie jest zresztą żadnym przypadkiem.

Jedyne, co mi czasem przeszkadza, gdy słucham MA-1 w połączeniu z komputerem, używając programu Audirvana Plus (obecnie w wersji 1.5.10), jest pojawiająca się ostrawość góry oraz tendencja do kliniczności brzmienia. Subtelna, ale czasem słyszalna. Za to cała reszta jest wprost imponująca: przejrzystość, nasycenie detali, barwy, precyzja, definicja basu. Po teście S10 wiedziałem, że można uzyskać jeszcze więcej, choć od tego czasu sam odtwarzacz programowy wyraźnie ewoluował. Ale W20 też jest dużo bardziej wyrafinowany od S10. A zatem...?

Aurender W20 wprawdzie nie przetransformował brzmienia Meitnera w takim stopniu, jak czyni to interfejs USB i iMac względem S/PDIF, jednak pozwolił uzyskać z tego przetwornika to, czego mi wcześniej brakowało: więcej gładkości, więcej spójności, aksamitności, więcej radości z odtwarzania muzyki. Z Aurenderem brzmienie osiągnęło taki poziom namacalności i witalności (barwowej, przestrzennej), iż miałem wrażenie słuchania jakiegoś supersystemu za bliżej nieokreśloną kwotę. Bas cechował idealny wprost kontur i wypełnienie. W niespotykany sposób zostały połączone pozorne sprzeczności: wyczynowa przezroczystość, wolne od rozmycia transjenty z doskonałym wypełnieniem materii dźwiękowej muzyczną tkanką. Przestrzeń była wprost referencyjna, zjawiskowa, choć pod tym względem różnica w porównaniu z komputerem nie była wielka. W gruncie rzeczy, zmiany na poziomie poszczególnych cech brzmienia, z wyjątkiem sopranów, były stosunkowo nieduże. Razem jednak składały się na coś, od czego nie chce się już potem odejść: realizm brzmienia przez duże R. Wysokie tony zanotowały chyba największy postęp: stały się pozornie tylko trochę, ale jednak bardziej aksamitne, gładkie, nie tracąc przy tym nic ze swojego różnicowania i transparentności. Właśnie: różnicowanie nagrań. W tej materii MA-1 osiągnał poziom wybitny. O ile w przypadku testowanego równolegle Lumina brzmienie kolejnych albumów dawało się antycypować, o tyle Meitner ukazywał ich przeróżną, zmienną, nieprzewidywalną naturę. Coś jakby dwie świetlówki kompaktowe w dużym salonie zastąpić zestawem umiejętnie rozstawionych halogenów. Pomieszczenie stało się większe, a kolory wyraźniejsze. Przyrost energii niesamowity.


Naszym zdaniem

Czy W20 jest drogi? Czy jest wart swojej ceny? Uważam, że tak. Być może, jeśli rozpatrywalibyśmy opłacalność zakupu poprzez pryzmat dobrego komputera i programu, doszlibyśmy do wniosku, że 70 tysięcy to o wiele za dużo, skoro z komputera da się uzyskać znaczny procent tego samego, a różnica lepiej zaprocentuje, gdy zaledwie jej część wydamy na lepszego DAC-a. Tyle tylko, że w ten sposób nigdy nie udowodnimy racjonalności zakupu na rzecz urządzeń wybitnych, a przez to bardzo drogich. Poza tym, jasne jest, że do W20 nikt nie będzie podłączał przetworników za 10 tys. zł. Aurendera trzeba tak naprawdę porównywać z transportowcami CD lub innymi, też bardzo drogimi serwerami (np. Burmester). Wówczas wykaże swą olbrzymią klasę – z wielu względów, ale przede wszystkim dlatego, że ma genialnie zaimplementowane wyjście USB audio, czym różni się praktycznie od całej konkurencji.

Prócz samego potencjału sonicznego i doskonałego wyjścia USB, w Aurenderze przekonuje mnie ogólnie bezkompromisowość i dopracowanie konstrukcji, wielka pojemność, cichość oraz komfort użytkowania. Dorzućmy do tego możliwość odczytu plików DSD – i tak oto powstaje obraz idealnego na dzień dzisiejszy napędu cyfrowego audio. W20 sprawia, że bez względu na to, jaki przetwornik ostatecznie kupimy, dostanie on najlepszy możliwy sygnał. Tylko tyle, i aż tyle.