GoldenEar Triton Seven - High Fidelity 08/2014

GoldenEar Triton Seven

High Fidelity 08/2014 (Nr 124) - Wojciech Pacuła. Oryginalny tekst recenzji TUTAJ

W wywiadzie udzielonym internetowemu wydaniu magazynu “Forbes” Sandy Gross zadaje sobie pytanie: „Dlaczego założyłeś trzecią firmę, zamiast iść na emeryturę?”, na które odpowiada:

Sądzę, że jestem seryjnym przedsiębiorcą. Uwielbiam być czymś zajętym tworząc cudowne produkty i bawić się z przyjaciółmi, których zdobyłem podczas 40 lat bycia w tej branży. Satysfakcja płynąca z wyobrażenia sobie produktu, a potem – rok czy dwa później – możliwość zobaczenia, jak marzenie staje się ciałem, jest niesamowicie ekscytująca.

Geoffrey Morrison, 12 Questions For Sandy Gross, The Cofounder Of Three Legendary Audio Companies, “Forbes” 3/12/2014, czytaj TUTAJ. Trzy firmy, o których Sandy wspomina, to (według kolejności zakładania): Polk Audio, Definitive Technology oraz GoldenEar, której kolumny testujemy. Obydwie poprzednie firmy wciąż istnieją i mają się dobrze. Sandy Gross ukończył studia na Johns Hopkins University w 1972 roku. Początkowo studiował inżynierię, ale później zmienił wydział na socjologię i nauki behawioralne. Tuż po zakończeniu studiów założył wraz z przyjaciółmi Polk Audio w, jak sam mówi, garażu. W 1990 powstaje Definitive Technology. W obydwu firmach zajmował się wymyślaniem i wyglądem produktów, sprzedażą, marketingiem, a wreszcie w drugiej swojej firmie został prezesem i dyrektorem generalnym. GoldenEar, gdzie również zajmuje stanowiska prezesa i dyrektora generalnego, założył w roku 2010 wraz z swoją żoną Anne Conaway oraz Donem Givogue, przyjacielem z Definitive Technology. Podobieństwo produktów GoldenEar do Definitive Technology jest więc nieprzypadkowe. To głównie kolumny wolnostojące obciągnięte od góry do dołu czarnym materiałem (jak pończochą). W konstrukcjach serii Triton (flagowej) stosują aktywny bas. Wyjątkiem jest testowany model Seven. Sekcja średnio-wysokotonowa to przykład realizacji systemu D’Appolito (D'Appolito Configuration), z dwoma identycznymi głośnikami nisko-średniotonowymi po bokach głośnika wysokotonowego. Konfiguracja ta eliminuje problemy powstające przy przejściu miedzy głośnikiem wysokotonowym i średniotonowym w klasycznych konstrukcjach. Zawęża również promieniowanie w pionie, zmniejszając odbicia od podłogi i sufitu. System zastosowany w Seven jest o tyle inny, że zamiast, zwykle w tym miejscu spotykanego, kopułkowego przetwornika dynamicznego zastosowano znakomity głośnik Air Motion Transformer. Wynaleziony przez niemieckiego wynalazcę, inżyniera-elektryka Dr. Oscara Heila, stosowany jest obecnie przez wiele firm, z których każda nadaje mu własną nazwę:

  • Precide (Szwajcaria) - Air Velocity Transformer (AVT),
  • ELAC (Niemcy) – JET,
  • ADAM (Niemcy) – Accelerating Ribbon Technology (ART),
  • EmotivaPro (USA) – Airmotiv,
  • MartinLogan (USA) - Folded Motion Tweeter (FMT),
  • Burmester, który używa nazwy Air Motion Transformer.

W GoldenEar przetwornik Heila nosi nazwę High-Velocity Folded Ribbon Tweeter (HVFR). Przetworniki tego typu po raz pierwszy zastosowała w swoich kolumnach amerykańska firma ESS (ElectroStatic Sound) już w 1972. Choć, trzeba dodać, wcześniej był jeszcze Peter Walker (QUAD), który w latach 1952-53 opracował głośnik Quad Corner Ribbon Loudspeaker, z obciążonym tubą, wstęgowym, pofałdowanym przetwornikiem. Nazywane często, mylnie, głośnikami „wstęgowymi” są tak naprawdę pofałdowaną wstęgą („Folded Ribbon”), a nie płaską. Powietrze jest w nich ściskane i rozprężane w czymś, co przypomina z zewnątrz miech akordeonu. Mały, 25 mm głośnik jest odpowiednikiem przetwornika o średnicy 8”. A jego szybkość jest większa niż małej kopułki. Minusem jest spora cena i konieczność umiejętnej aplikacji. I jest jeszcze jedna rzecz wyróżniająca Tritony Seven: sposób obciążenia głośników nisko-średniotonowych. Widoczne na przekrojach, niewielkie głośniki na przedniej ściance to jedyne przetworniki w tym modelu. Z boku widać jednak dwie, potężne membrany – cóż to takiego? Pierwsze głośniki pracowały w odgrodach otwartych. Po prostu na płaskim elemencie przykręcano głośnik i hajda. Kolejnym krokiem było zawinięcie boków tak, aby zminimalizować znoszenie się fal od przedniej i tylnej części membrany. Wciąż jednak tył był otwarty. W roku 1930 Albert L. Thuraz z Bell Labs złożył wniosek dotyczący bas-refleksu. Przetwornik montowany był w zamkniętej obudowie, w której wykonywano otwory obciążone krótkim tunelem (np. rurą). Zlikwidowano w ten sposób kasowanie się niskich częstotliwości, a dodatkowo wzmocniono najniższe pasmo. Absolutną rewolucją było rozwiązanie zaproponowane w 1954 roku przez Edgara Villchura. Ten wynalazca, mający na swoim kącie również głośnik kopułkowy i sprężyste zawieszenie subchassis w gramofonie, wymyślił rozwiązanie, dzięki któremu poprawił przenoszenie niskich częstotliwości w niewielkich kolumnach. Każde z tych rozwiązań ma zalety i wady. Prace w kolejnych dekadach szły w kierunku maksymalizowania tych pierwszych i minimalizowania drugich. Głośnik niskotonowy obciążano więc labiryntem (PMC, Castle) albo membraną bierną. I właśnie to ostatnie rozwiązanie znajdziemy w „Siódemkach”. Widoczne po bokach membrany to nie głośniki, a bierne radiatory, poruszane przez powietrze pochodzące od tylnej strony małych głośniczków na przedniej ściance. Rozwiązanie to daje rezultaty pośrednie między obudową typu bas-refleks i zamkniętą.

Odsłuch

Miałem taki pomysł, żeby oprzeć cały opis na jednej płycie, Night in Calisia Randy’ego Breckera, Włodka Pawlika i Adama Klocka, którzy za ten krążek otrzymali nagrodę Grammy 2014. A to dlatego, że w środku odsłuchów byłem na promującym płytę koncercie, który miał miejsce w Auditorium Maximum UJ w Krakowie i na własnej skórze mogłem doświadczyć piękna i potęgi tej muzyki. Takiego czadu, swingu, pulsu nie słyszałem bardzo dawno. Trąbka Breckera na żywo jest cudowna i choć pan ma już swoje lata, wycina na niej takie rzeczy, że ja cię panie! A basista/kontrabasista to dla mnie w tym momencie guru. Perkusista – to samo. W ogóle: to wybitny zestaw muzyków. A do tego orkiestra Filharmonii Krakowskiej, pod kierunkiem Adama Klocka, której tak dobrze grającej jeszcze nie widziałem. Może dlatego, że im się ta muzyka podobała? Siedzieli kiwając głowami, przytupując nogami, przeżywając razem z nami. Ludzie, którzy na co dzień grają repertuar napisany przez muzyków od wieków nieżyjących (najczęściej).

Chciałem kolumny GoldenEar opisać przy pomocy tej jednej płyty, ponieważ spotykają się na niej liryzm i czad, delikatność i dzika energia, improwizacja i partytura. Płyta ta idealnie pokazuje, co kolumny potrafią, a czego nie i co chcieli osiągnąć ich konstruktorzy. Co tam: co udało się im osiągnąć! Triton Seven mają wyraźne „preferencje”. Puryści uważają, iż kolumny – a szerzej: system – powinien grać każdy rodzaj muzyki równie dobrze. I mają rację, neutralnie brzmiący produkt nie „wybiera”, nie „preferuje”. Jeśli tak robi, to znaczy, że jest nieudany. Mają rację, ale tylko połowicznie, na płaszczyźnie teoretycznej. W rzeczywistości konstruktor wybiera, idzie na kompromisy, starając się zrealizować swoje założenia, dążąc do ideału, ale swojego, nie absolutnego. A produkt, który jest tego efektem, może być wręcz olśniewający.

W tym przypadku bardzo szybko zrewidowałem muzykę, jaką początkowo przygotowałem do odsłuchu, która została po teście transportu CD i DAC-a Pro-Ject (CD Box RS + Pre Box RS Digital), szybko dobierając nowe i nowe płyty. Kolumny zagrały wszystkie krążki dobrze, fajnie, przyjemnie, nigdy nie irytowały, nie stawiały w stan gotowości, w oczekiwaniu na katastrofę. Ale jedna grupa zagrała tak wciągająco, tak interesująco, że mam już kolumny za te pieniądze, które będę polecał dwóm grupom melomanów: słuchającym muzyki rockowej, szczególnie jej cięższych odmian, i tym, w których kolekcjach nazwiska takie jak: Vangelis, Jarre, Yorke, Rojek, Clapton, Knopfler, zespoły Radiohead, Black Sabbath, Deep Purple zajmują półkę za półką. 

Bo Triton Seven potrafią wykreować fantastyczny spektakl, oparty na mięsistym basie. Wyższa góra jest łagodna i cofnięta, przez co nawet problematyczne do odtworzenia płyty metalowych zespołów, grane zazwyczaj z płyt winylowych, były do odsłuchania od początku do końca. Nie zwracałem nawet na ich problemy uwagi, skupiając się na „mięsie” gitar i świetnie wykreowanej atmosferze.

I może właśnie atmosfera zainteresuje państwa najbardziej. Kolumny nie są idealne, zaraz powiem, czego nie potrafią. W ramach dokonanych wyborów są jednak doskonałe. Poszczególne przetworniki są ze sobą bardzo dobrze zintegrowane. Membrany bierne są wyjątkowym narzędziem kształtowania dźwięku, z którego mało kto umie właściwie skorzystać. Aż dwie membrany w niedrogiej kolumnie uruchomiły we mnie system wczesnego ostrzegania i od analizy ich brzmienia zacząłem odsłuch.

Optymistyczne 29 Hz podawane przez producenta jest tylko w sferze marzeń, ale – inaczej niż to się często zdarza – wcale tego nie słychać wprost. Najniższa struna gitary basowej to nieco ponad 42 lub 41 Hz, w zależności od stroju. Z Tritonami bas Pawła Pańto z Night in Calisia (przypominam: mój guru) był ładnie różnicowany, brzmiał bez żadnego ciągnięcia się, bez opóźniania. Już to stawia głośniki w dobrym świetle. Ale jeszcze ważniejsze było to, że choć najniższe dźwięki nie miały energii, jaką dają kolumny, które naprawdę schodzą do 30 Hz, to nie miałem z tym żadnego problemu. To, co działo się powyżej na tyle wszystko wyrównywało, przykuwało uwagę, że nie było słychać braku. Powiem więcej – amerykańskie kolumny grają tak dużym dźwiękiem, w tak niewymuszony sposób, że większość dużych kolumn zabrzmi obok nich, jakby miały dół pasma ograniczony. Czytałem w wielu testach, że bas brzmi w Tritonach tak, jakby w pokoju był subwoofer. Zgadzam się tylko z sugestią co do jego ilości i subiektywnej głębokości. Ten dźwięk nie ma jednak nic wspólnego z tzw. „subwooferowym” basem, oderwanym od reszty pasma i pompującym nieprzytomnie powietrze, żeby tylko oddać ostatni detal kroku dinozaura.

Pełnia, o której mowa, powoduje, że Deep Purple, Black Sabbath z jednej strony i Radiohead i Rojek z drugiej, nabrały rumieńców, naprawdę „żyły”. Kolumny kreują czarne tło, na które rzucane są plamy barw, delikatne zmiany w górze pasma. Głośnik AMT (Air Motion Transformer) jest niesamowity, jeśli chodzi o granie w otwarty sposób, ale jednocześnie delikatny i wybaczający. Tak, jakby atak był jednocześnie wyraźny i zaokrąglony. Nie wiem, jak to możliwe, ale efekt jest właśnie taki. Tritony mają więc delikatny „beat”, bez ostrości. Nie są też zamknięte. Energia góry jest mniejsza niż w moich Harbethach, chociaż to głośniki z UK wydają się cieplejsze. 

Niezależnie od tego, co napisałem o górze i o dole, ton całości nadaje średnica. Jest lekko mocniejsza, w szerokim zakresie. Nie jest tak dynamiczna jak dół pasma, ani tak delikatna jak góra. Nie jest też specjalnie rozdzielcza. Jeśli słuchamy jakiejś wyrafinowanej muzyki, jak Coltrane’a, wytwórni Naim itp., to nie będzie źle. Nie będziemy mieli jednak tej radości, jaką Tritony generowały z Black Sabbath, tej głębi, jaką dawały z płytami Vangelisa. Nie ma tu bowiem tak dobrego różnicowania dynamiki i barw, jak na basie i górze.

Podsumowanie

Chciałem, jak mówię, oprzeć ten test na jednej płycie. Choć potem z tego zrezygnowałem, wyszło na to, że rzeczywiście Night in Calisia była głównym bohaterem. Amerykańskie kolumny jej mocne, napędzane drivem kawałki, zagrały bezbłędnie. Orkiestra świetnie dopełniała plany, była duża, mocna. Nie ma cienia wątpliwości, że takiej właśnie muzyki konstruktorzy słuchają najczęściej. Tego typu granie sprawdza się też w kinie domowym, to chyba normalne. Myliłby się jednak ten, kto by sprowadzał Tritony Seven do roli „frontów’. To nie są kolumny, którym wszystko jedno. W materiałach firmowych czytamy:

Interesującym, a mało znanym faktem jest to, że chociaż nasze kolumny są często wybierane jako absolutnie najlepsze do systemów kina domowego, zespół inżynierów, włącznie z Donem i mną samym, poświęca większość wolnego czasu na słuchanie muzyki. Z GoldenEar jest to bardziej prawdziwe niż kiedykolwiek wcześniej, ponieważ jakość, z jaką muzyka jest odtwarzana, jest dla nas teraz jeszcze ważniejsza. A, dodatkowo, jest kluczem do dobrego dźwięku w kinie domowym. Okazuje się, że elementy, które pozwalają błyszczeć przy odtwarzaniu muzyki i filmów, są wyraźnie łatwiejsze do opracowania, kiedy słuchamy muzyki.

To nie jest promocyjny bełkot, słychać to z każdą płytą, o której pisałem. Pełnia, głębia, oddech, delikatność, wybaczająca natura, energia, rozmach. Tak bym te kolumny otagował.

Budowa

Wyróżniki tych konstrukcji opisałem we wstępie. To:

  • konfiguracja D’Appolito,
  • głośnik wysokotonowy typu Air Motion Transformer,
  • dwie membrany bierne.

Kolumny są duże, pokaźne i widzimy, za co płacimy. Wyglądają inaczej niż większość kolumn, ponieważ niemal całe obciągnięte są czarnym, transparentnym akustycznie materiałem, zawiązywanym od góry. Miejsce wiązania ukryte jest pod plastikową maskownicą. Z plastiku wykonano także cokół stabilizujący konstrukcję. Można doń wkręcić kolce albo gumowe stopki (obydwa w komplecie). Obudowa wykonana jest z płyty MDF wzmacnianej w środku wieńcami.

Głośniki są trzy: dwa 143 mm (5 ¼”) nisko-średniotonowe, z ciężkim, odlewanym koszem i membraną z polipropylenu, oraz przetwornik wysokotonowy Dr. Heila ART. O dwójce firma mówi: „5.25˝ High-Definition Bass/Midrange Driver” i wskazuje na duży skok membrany, wytrzymały karkas z Kaptonu oraz liniową pracę. HVFR ma sztywny, odlewany front z logo firmy. Głośniki nisko-średniotonowe skojarzone są z dwoma membranami biernymi, po 200 mm każda, wykonanymi z płyty MDF pokrytej winylową okleiną. Ich gumowe zawieszenie jest bardzo miękkie.

Sygnał doprowadzamy do pojedynczych, złoconych gniazd głośnikowych. Zwrotnicę zmontowano na małej płytce. Są tam cewki powietrzne i rdzeniowe oraz kondensatory polipropylenowe i elektrolityczne. Wnętrze kolumny jest na sztywno wypełnione zbitą sztuczną wełną.

Głośniki są dość łatwym obciążeniem – przy 8 Ω mają skuteczność 89 dB. Pasmo przenoszenia, wg producenta, wynosi 29 Hz - 35 kHz. Kolumny można wysterować mocnym sygnałem; zalecana moc wzmacniacza wynosi od 10 do 300 W.

W czasie testu kolumny stały na platformach Acoustic Revive RST-38H i skierowane były bezpośrednio na uszy słuchającego. Ich rozwarcie lub dogięcie powodowało anomalie w zakresie średnich i wyższych częstotliwości.