Serwer muzyczny/odtwarzacz plików audio Roon Labs NUCLEUS

High Fidelity.pl 07/2018

Marek Dyba

Niezależnie od tego, czy słuchacie państwo muzyki z plików, czy też nie, zapewne nazwa ROON nie jest wam obca. Kilka lat temu, gdy kolejna rewolucja na rynku dystrybucji muzyki stała się faktem znaleźli się ludzie, którzy postanowili tę zmianę wykorzystać. Większość z nich zajęła się tworzeniem urządzeń, które miały zapewnić wysokiej klasy brzmienie muzyce odtwarzanej z plików. Najpierw były to przetworniki cyfrowo-analogowe z wejściem USB i konwertery USB-S/PDIF, następnie serwery muzyczne, odtwarzacze plików audio, streamery, kompletne rozwiązania z lokalną pamięcią o przetwornikiem D/A w jednej obudowie, itd.

Jak hartowała się stal

Znacznie mniej liczna grupa uznała, że ponieważ większość ludzi będzie odtwarzać pliki po prostu z posiadanych komputerów należy opracować oprogramowanie, które z jednej strony dbać będzie o jakość brzmienia, z drugiej o wygodę obsługi. Jeśli przygodę związaną ze słuchaniem muzyki zaczęliście już na początku rewolucji plikowej i korzystaliście z komputerów z systemem Windows, pewnie muzykę odtwarzaliście za pomocą programu Foobar 2000. Był, i nadal jest, darmowy, łatwy w obsłudze, można w nim korzystać z szeregu wtyczek, to jest dodatków, umożliwiających odtwarzanie plików w różnych formatach, itd. Słowem – było to (i nadal jest!) dobre rozwiązanie, które na dodatek nic nie kosztowało.

Nieco później zaczęły powstawać bardziej zaawansowane, płatne programy, o większej funkcjonalności. Ich możliwości obejmowały już nie tylko samo odtwarzanie plików, ale i szereg innych mających poprawiać brzmienie opcji/funkcji i to zarówno dla komputerów PC, jak i Mac. Użytkownicy tych ostatnich mogli co prawda korzystać z iTunes, ale o ile od strony użytkowej jest to udany program, o tyle z brzmienia wiele osób nie było do końca zadowolonych i stąd powstały dedykowane odtwarzacze programowe typu Audirvana.

Ja, jako zatwardziały użytkownik PC-tów pozwolę sobie skupić się na programach dla systemu operacyjnego Windows. Początkowo używałem Foobara, by w końcu przesiąść się na płatnego Jrivera. Program ten kosztował bodaj ok. 50$, co było kwotą do przyjęcia. Oferował przyjemny w obsłudze interfejs, możliwość odtwarzania nie tylko muzyki, ale i filmów, dawał możliwość wyboru szeregu ustawień mających wpływ na brzmienie, a użytkownik mógł sterować odtwarzaniem z urządzenia przenośnego za pomocą dedykowanej aplikacji. Tak naprawdę spełniał moje wymagania, a najbardziej (mnie) irytującą kwestią był model „windowsowski”, czyli konieczność płacenia za każdą kolejną wersję.

Nieco później do zestawu doszedł JPlay, którego można używać samodzielnie, co daje najlepsze brzmienie, ale jego obsługa do najprzyjemniejszych nie należy. Można go było używać również z innymi programami z bardziej przyjaznymi interfejsami użytkownika – choćby właśnie z Jriverem. W takiej konfiguracji JPlay poprawiał dźwięk, a jednocześnie obsługa przez Jrivera była zdecydowanie wygodniejsza.

Jeszcze później dodałem kolejny program mający poprawiać brzmienie – Fidelizer. Nie jest to odtwarzacz plików, ale aplikacja, która optymalizuje pracę komputera i systemu Windows pod kątem odtwarzania muzyki, między innymi przez wyłączenie szeregu procesów systemu operacyjnego, których setki pracują w tle, a nie są do odtwarzania potrzebne.

ROON

Czym jest Roon? | Bodaj w 2015 roku na rynku pojawił się kolejny program, tym razem dedykowany wyłącznie odtwarzaniu i katalogowaniu muzyki – Roon. Moja, i nie tylko moja, pierwsza reakcja na jego cenę była niezbyt pozytywna – 499$ wydawało się bowiem kwotą zdecydowanie przesadzoną. Do czasu, kiedy zaczynaliśmy liczyć: trzeba było bowiem wziąć pod uwagę fakt, iż kupujemy dożywotnią licencję. Słowem każda poprawka programu, każdą nową wersję dostaniemy bez kolejnych opłat jak długo firma będzie funkcjonować.

Ważne jest również, iż program ten nie jest przywiązany do urządzenia (jak np. system Windows). Po upgradzie bądź nawet zmianie urządzenia, na którym używamy Roona po prostu na nowym instalujemy aktualną wersję, wpisujemy swoje dane logowania i normalnie go używamy. Możliwe jest nawet testowanie innych urządzeń, jak w przypadku Nucleusa, o którym tym razem mowa. Roona można używać jednocześnie (jednej licencji) tylko na jednym urządzeniu, ale to tylko kwestia jednego kliknięcia, czyli cofnięcia autoryzacji dla używanego do tej pory urządzenia, i wpisania danych logowania w nowym. Po teście w identyczny sposób można wrócić do poprzedniego.

Kwestia dożywotniej licencji to jedno, a wygoda obsługi, fantastyczny interfejs, mnogość ustawień i wszechstronność Roona to drugie. Przesiadka z Jrivera na Roona nie była dla mnie najprostsza, bo człowiek jednak łatwo się przyzwyczaja do sposobu obsługi. Po kilku dniach przywykłem, a potem stopniowo zacząłem doceniać największe zalety tego programu.

Od samego początku, gdy pliki zaczęły podbijać świat, pomijając kwestię samej klasy brzmienia, wielu audiofilów zgodnie narzekało na jedną kwestię – niematerialność muzyki. Nie mogli wziąć do ręki nośnika, jego okładki, nie mogli poczytać o płycie, czy nagraniu, które to informacje często znajdują się we wkładkach do płyt CD czy winylowych, nie mogli pooglądać zdjęć, czy grafik, które przecież w wielu przypadkach, zwłaszcza w przypadku starszych wydań, były małymi dziełami sztuki towarzyszącymi nagranej muzyce.

Oczywiście nie można wymagać, aby można było wziąć plik do ręki. To właśnie odróżnia go od nośników fizycznych. Jego przewagą jest to, że na dysku twardym o niewielkich rozmiarach, ba! nawet na przenośnym odtwarzaczu czy telefonie, można zmieścić ogromną bibliotekę muzyczną. Wymaganie „fizyczności” od plików ma więc tyle sensu, co kompaktowości płyt CD od winyli, czy dużych pięknych okładek (takich, jakie mają płyty winylowe) od kompaktów. Niematerialność jest cechą, a nie wadą plików muzycznych.

Wyjątkowość Roona polega na tym, że na wyciągnięcie ręki/klawiatury/myszy dostajemy ogromną ilość informacji o danym nagraniu. Klikamy na wybrany album i na ekranie wyświetla się okładka, ewentualnie inne zdjęcia, jeśli są w katalogu z danymi plikami, i szereg informacji o płycie, dacie pierwszego wydania, wykonawcach z linkami do notatek biograficznych włącznie, często również recenzje oraz oceny danej płyty. Dzięki temu dostajemy właściwie wszystko, co mają do zaoferowania fizyczne nośniki, poza samą możliwością wzięcia ich do ręki. Za to ilość informacji może być nawet większa. Roon podsuwa także inne albumy tego samego wykonawcy, podobną muzykę innych artystów, itd.

Do czego Roona można wykorzystać? | Po blisko dwóch latach użytkowania tego programu nie wyobrażam już sobie życia bez niego. W tym czasie Roon ciągle był rozwijany. Dodano choćby możliwość wpisania danych logowania do Tidala, dzięki czemu nie jest konieczne używanie dodatkowej aplikacji do obsługi tego serwisu streamingowego. Nowa wersja może współpracować z innym, software’owym odtwarzaczem audio HQPlayer, może streamować muzykę do odtwarzaczy Linna, wysyłać pliki przez AirPlaya, odtwarza także pliki zakodowane w tak mocno ostatnio dyskutowanym MQA.

Co do plików – z założenia, jako że to audiofilski softwarowy odtwarzacz muzyczny, Roon ma służyć przede wszystkim do odtwarzania plików w formatach bezstratnych. Zwykle pewnie będą to pliki w formatach FLAC bądź WAV, ale wbudowano również wsparcie dla plików: WAV64, AIFF, ALAC, OGG (wszystko to formaty PCM o rozdzielczości do 32-bitów i 384 kHz). Fani DSD bez problemu odtworzą pliki do DSD512 włącznie w formie DSF bądź DFF. Skąd można odtwarzać pliki? Z dysku wbudowanego w urządzeniu z zainstalowanym Roonem, z podłączonego zewnętrznego dysku, bądź z niemal dowolnego urządzenia pracującego w tej samej sieci domowej. Nie ma znaczenia czy będzie to NAS, inny komputer, serwer muzyczny, czy nawet urządzenie mobilne (byle prędkość połączenia wystarczała do płynnego odtwarzania muzyki).

Program posiada opcje konwersji w obie strony – PCM do DSD i DSD do PCM, może też odtwarzać oba formaty natywnie. Wybór należy do użytkownika i zależy od możliwości DAC-a, do którego będzie trafiał sygnał. Możliwości odtwarzania plików wyższych rozdzielczości i konwersji będą jednakże zależały od sprzętu, na którym Roona zainstalujemy. Mój dedykowany PC z systemem Windows 10, procesorem Intel i5 i 8 GB RAM-u radzi sobie z odtwarzaniem DSD do DSD128 oraz z konwersją w locie PCM do DSD128. DSD256 okazuje się dla niego zbyt dużym wyzwaniem, dodatkiem, który również wymaga sporej mocy obliczeniowej jest DSP.

Przy odpowiednio mocnej maszynie można wybrać szereg opcji np. dedykowane ustawienia dla poszczególnych słuchawek Audeze, korektor pasma, możliwość wprowadzenia korekt potrzebnych by uzyskać dobre/równe brzmienie przy nieoptymalnym ustawieniu kolumn, tzn. gdy np. stoją w różnych odległościach od miejsca odsłuchowego, i kilka innych. W programie wybiera się urządzenie, do którego Roon ma wysłać muzykę. Zwykle będzie to DAC bądź odtwarzacz plików. Połączyć je można albo przez złącze USB, albo przez domową sieć – niektóre „daki”, np. PS Audio, mają wejście LAN i funkcję RoonReady, która to umożliwia. Osobna zakładka w Roonie pozwala wybrać optymalne ustawienia dla danego przetwornika, którymi warto się pobawić.

Nucleus

O Roonie można by napisać jeszcze bardzo wiele, ale to nie sam odtwarzacz programowy jest bohaterem tego tekstu, choć bez dwóch zdań jest on jedną z najlepszych tego typu opcji dostępnych dziś na rynku. W moje ręce trafił bowiem kolejny produkt Roon Labs o nazwie Nucleus. Cóż to takiego? Zacznijmy od informacji, że jakiś czas temu amerykańska firma wypuściła system operacyjny o nazwie Roon OS. Jest on oparty na Linuxie, ale został przez programistów Roona zoptymalizowany pod kątem odtwarzania muzyki z pomocą odtwarzacza programowego Roon. Można go ściągnąć bezpłatnie z firmowej strony i zainstalować na komputerze jako alternatywę dla Windowsów, iOSa, czy zwykłego Linuxa. Ma to sens w przypadku komputera dedykowanego do audio.

Roon OS nie zawiera licencji na odtwarzacz softwarowy Roon – tę trzeba zakupić osobno. Dostępne są dwie opcje: dożywotnia licencja kosztująca 499 $ albo roczna za 119 $. Amerykanie od początku sugerowali, że system stworzony został pod kątem komputerów Intel NUC – niewielkich, niedrogich, pasywnych, które częściowo użytkownik może sam doposażyć w zależności od potrzeb. Można oczywiście, jak zrobiłem to ja kilka lat temu z pomocą Marcina Ostapowicza z JPlay/JCat, samodzielnie zbudować komputer, ale nie każdy chce czy potrafi to zrobić. Instalacja Roon OS na takim komputerze nie jest specjalnie dużym wyzwaniem, ale znowu – nie wszyscy muszą chcieć, tudzież potrafić. Wówczas mogą kupić jedno z gotowych rozwiązań, których na rynku jest już całkiem sporo.

Firma Roon Labs postanowiła zaproponować swoim klientom, także tym nowym, takie właśnie, gotowe rozwiązanie – niewielki, oparty na Intelu NUC, komputer o nazwie Nucleus z systemem Roon OS, który zawiera oczywiście program Roona. W jego dokumentacji twórcy opisali cele, jakie sobie postawili. Ich urządzenie ma zastępować komputer z systemem Windows, iOS bądź Linux. Ma dysponować wystarczającą mocą (obliczeniową) dla Roona, z pewną rezerwą by i przyszłe wersje pracowały bezproblemowo. Obsługa ma być maksymalnie prosta tak, by użytkownicy byli w stanie sobie poradzić bez konieczności kontaktu z działem obsługi klienta (acz takowy istnieje i działa sprawnie).

Wszelkie aktualizacje oprogramowania odbywają się przez sieć i są niemal automatyczne (poza samą decyzją o aktualizacji, którą podejmuje użytkownik, zatwierdzając każdą aktualizację). Urządzenie ma działać szybko, niezawodnie i ma być komponentem audiofilskim – żadnych ruchomych, hałasujących, wytwarzających zbędne zakłócenia części. Jak się można domyślać, Nucleus został zoptymalizowany od początku do końca pod kątem odtwarzania muzyki przez port USB, HDMI bądź przez domową sieć. Nadal konieczny jest zakup licencji, rocznej bądź dożywotniej, na użytkowanie odtwarzacza programowego Roon, a przy pierwszym włączeniu musimy wprowadzenie dane logowania.

Nucleus i Nucleus+ | W czasie testu oferowane były dwa modele tego serwera muzycznego – Nucleus i Nucleus+. Różnią się one między sobą konfiguracją, a co za tym idzie ceną, ale z zewnątrz wyglądają właściwie tak samo. Wyposażono je w czarne, aluminiowe, pasywne obudowy z ładnie wykonanymi radiatorami mierzące zaledwie 212x156x74 mm; całe chłodzenie także jest pasywne, a radiatory pomagają w odprowadzaniu ciepła. Całość waży 2,5 kg – mamy więc do czynienia z naprawdę niewielkim, ale elegancko się prezentującym urządzeniem. Z założenia nie jest konieczne podpinanie do niego ani monitora, ani klawiatury, czy myszy, bo cała obsługa odbywa się za pomocą aplikacji zainstalowanej na tablecie bądź telefonie (z Androidem bądź iOS).

W środku tańszego modelu pracuje intelowski procesor i3, 4 GB RAM-u, a system zainstalowano na dysku SSD o pojemności 64 GB. Nucleusa + wyposażono w i7, 8 GB RAM-u i dysk SSD 128 GB. Ta druga konfiguracja ma pozwolić na korzystanie z wszystkich funkcji i ustawień Roona oraz obsługiwać wyjątkowo duże biblioteki plików. Ta pierwsza ma być z kolei wystarczająca dla większości użytkowników, którzy niekoniecznie mają gigantyczne biblioteki, tudzież nie korzystają z bardziej zaawansowanych funkcji DSP

Różnica w cenie jest znacząca, warto więc przed zakupem zastanowić się, które wersja lepiej pasuje do konkretnych potrzeb. Ja, jako posiadacz DAC-a firmy LampizatOr, czyli – moim zdaniem – jednego z najlepszych DAC-ów DSD na rynku, w swoim komputerze w Roonie mam ustawioną konwersję wszystkich plików (również PCM) do DSD128. By wykonywać to w locie komputer musi być dość mocny. W moim przypadku lepszym rozwiązaniem byłaby zapewne wersja „+”. Przy normalnym użytkowaniu, czyli bez konwersji w locie i bez sięgania po zaawansowane funkcje DSP, myślę, że „zwykły” Nucleus będzie w zupełności wystarczający.

W obu wersjach tego urządzenia istnieje możliwość zainstalowania wewnątrz dodatkowego dysku twardego, na którym można przechowywać pliki muzyczne. Tyle że Nucleus z natury jest urządzeniem sieciowym, więc pewnie niewiele osób skorzysta z tej możliwości.

Drugą opcją jest odtwarzanie plików z zewnętrznego dysku lub pendrajwa podpiętego do jednego z dwóch dostępnych portów USB 3.0. Kolejną możliwością jest streamowanie plików udostępnionych w domowej sieci. Na „pokładzie” nie ma karty Wi-Fi do połączenia bezprzewodowego, ponieważ producent uznał, że skoro Nucleus ma w założeniu być domowym centrum muzycznym, które może dostarczać sygnał nawet do wielu urządzeń audio w całym domu jednocześnie, połączenie sieciowe musi być nie tylko szybkie, ale i zapewniające maksymalną stabilność.

Wi-Fi dziś jest już bardzo szybkie, ale ze stabilnością bywa różnie. Wybrano więc LAN jako opcję bezpieczniejszą. Czy pliki będą się znajdować na NAS-ie – jak u mnie – na innym komputerze, czy na urządzeniu przenośnym, nie ma to większego znaczenia, dopóki prędkość połączenia będzie wystarczająca, by umożliwić płynne odtwarzanie. Trzeba jedynie wskazać Roonowi miejsca przechowywania plików, czyli wpisać ścieżki sieciowe, a program sam stworzy swoją bibliotekę wszystkich plików. Oczywiście w grę wchodzi również odtwarzanie plików z Internetu – np. z Tidala, jeśli użytkownik jest subskrybentem tego serwisu. Roon wszystkie pliki, niezależnie od źródła, grupuje razem w kolejnych okienkach z okładkami dodając jednakże wyróżnik dla tych pochodzących z Tidala, przy wszystkich podając częstotliwość próbkowania.

Zasilanie | Urządzenie zasilane jest prostym zasilaczem komputerowym. To chyba najsłabszy jego punkt. Roon pracuje nad własnym, zewnętrznym zasilaczem liniowym dla Nucleusa, a i polski dystrybutor, firma Soundclub, szuka najlepszego rozwiązania, które mógłby zaoferować polskim klientom. Mój dedykowany komputer zasilam HDPlexem – to całkiem dobre rozwiązanie za rozsądne pieniądze, acz na rynku są dostępne i inne. W każdym razie to podstawowy apgrejd Nucleusa, który każdy pewnie prędzej czy później przeprowadzi. W przypadku mojego PC-ta zamiana zwykłego zasilacza impulsowego na liniowy wniosła duże i jednoznacznie pozytywne zmiany, więc i w przypadku Nucleusa jest to inwestycja warta rozważenia, choć można ją odłożyć na później.

Łącza | Na tylnej ściance urządzenia znajduje się zestaw wymienionych już złącz: dwóch portów USB 3.0, gniazda LAN i zasilania, które uzupełnia jeszcze port HDMI, mogący służyć do przesyłania nawet wielokanałowego dźwięku do urządzeń ze stosownymi wejściami (amplitunery), a także port Thunderbolt, które na razie nie jest wykorzystywany.

Tu pozwolę sobie na jedną uwagę praktyczną, która wynika z mojej własnej „przygody” z tym urządzeniem. Otóż jeśli spojrzycie Państwo na zdjęcie tyłu tego urządzenia zobaczycie, że wszystkie porty znajdują się w stosunkowo niewielkim wycięciu w tylnym panelu, są więc w stosunku do niego cofnięte. Dopóki będziecie używać kabli z wtykami „normalnej” wielkości nie powinno być problemu. Na problem natknąłem się, gdy z Nucleusem chciałem wypróbować najlepsze kable USB i LAN, z jakimi do tej pory miałem okazję obcować – produkty Stavessence Audio.

To polska firma, która już zdążyła namieszać na rynku i to nie tylko w naszym kraju. Kable wyglądają znakomicie, „brzmią” fantastycznie i zakończone są świetnymi wtykami, tyle że obudowanymi dużymi elementami drewnianymi. W przypadku kabla USB możliwe jest użycie go z Nucleusem, ale drugi port USB nie będzie już dostępny. Kabla LAN natomiast użyć się po prostu nie da (tzn. mi udało się go wcisnąć, ale wyjęcie okazało się ogromnym wyzwaniem). Jeśli zdecydujecie się na zakup Roona Nucleus to przy wyborze kabli musicie pamiętać o kryterium wielkości wtyków.

Nucleus może współpracować z DAC-ami z wejściem USB, z amplitunerami (przez HDMI), albo przez sieć z urządzeniami z funkcją RoonReady, ale także z takim produktami z funkcją AirPlay, z Sonosem, Devialetem AIR, Meridianen Sooloos, Squeezeboxem i wybranymi modelami KEF-a. Wybór jest więc naprawdę spory, choć w większości przypadków wykorzystywany będzie zapewne port USB i tak też testowałem to urządzenie z moim LampizatOrem Golden Atlantic oraz drugim rodzimym „dakiem” firmy RT Project.


Płyty użyte do odsłuchu (wybór):

  • Natural jazz recordings, fonejazz, DSD64
  • Thirty years in clasical music, fonejazz, DSD64
  • AC/DC, Back in black, SONY B000089RV6, CD/FLAC
  • Arne Domnerus, Antiphone blues, Proprius PRCD 7744, CD/FLAC
  • Isao Suzuki, Blow up, Three Blind Mice B000682FAE, CD/FLAC
  • Leszek Możdżer, Kaczmarek by Możdżer, Universal Music 273 643-7, CD/FLAC
  • McCoy Tyner, Solo: Live from San Francisco, Half Note Records B002F3BPSQ, CD/FLAC
  • Michael Jackson, Dangerous, Epic/Legacy XSON90686F96, FLAC 24/96
  • Michał Wróblewski Trio, City album, Ellite Records, CD/FLAC
  • Mozart, Piano concertos, wyk. Eugene Istomin, Reference Recordings HRx, WAV 24/175,6
  • Pavarotti, The 50 greatest tracks, Decca 478 5944, CD/FLAC
  • Rachmaninow, Symphonic dances, Etudes-tableaux, Reference Recordings HRx, WAV 24/176
  • Renaud Garcia-Fons, Oriental bass, Enja B000005CD8, CD/FLAC
  • Rodrigo y Gabriela, 11:11, EMI Music Poland 5651702, CD/FLAC
  • The Ray Brown Trio, Summer Wind, Concord Jazz CCD-4426, CD/FLAC


Zważywszy na typ testowanego urządzenia, ta część recenzji będzie zdecydowanie krótsza niż zwykle. Zacznijmy od tego, że dla wielu osób ważną informacją będzie, iż Nucleus jest gotowy do pracy niemal natychmiast po wypakowaniu. Producent pisze o starcie zajmującym 1,3 s. Mierzyć nie mierzyłem, ale ponieważ do urządzenia trzeba podejść i wcisnąć przycisk, a potem zasiąść w miejscu odsłuchowym, mogę powiedzieć, że te parę sekund wystarcza, by Nucleus był gotowy do działania. Dłużej trwało włączanie tabletu i uruchamianie aplikacji sterującej.

Przez cały czas testu testowane urządzenie spisywało się bez zarzutu – działało płynnie, bez żadnych wpadek, nie było problemów z komunikacją z NAS-em, z którego odtwarzałem większość plików, czy z urządzeniem sterującym. Nucleus to również ładne i zgrabne maleństwo, które dobrze prezentuje się na półce. Nie wydaje z siebie najmniejszego nawet dźwięku, co poniekąd było oczywiste, zważywszy, że nie ma w nim żadnych ruchomych części, nie ma na froncie żadnych diod, wskaźników, lampek, słowem – w żaden sposób nie rozprasza użytkownika, pozwalając mu się skupić na muzyce. A jak „brzmi”?

Wziąłem brzmienie w cudzysłów, bo jak to w przypadku transportów, urządzenie samo nie reprodukuje dźwięku. Acz wpływ na brzmienie, które słyszymy z głośników i owszem ma. Siłą rzeczy porównywałem go do używanego na co dzień, dedykowano audio, złożonego własnoręcznie komputera PC o trochę mocniejszej konfiguracji. Przewagą Nucleusa był mocno „odchudzony” system operacyjny (Linux) zoptymalizowany pod kątem odtwarzania muzyki i zintegrowany z Roonem. PC natomiast był wspierany porządnym zasilaczem liniowym i kartą JCat Femto, która wnosi sporą różnicę w porównaniu do zwykłych portów USB.

System Windows co prawda też jest u mnie w pewnym stopniu zoptymalizowany m.in. przez Fidelizera, ale na pewno nie tak, jak Roon OS. Swój komputer uznaję za naprawdę dobre źródło sygnału cyfrowego dla DAC-a z wejściem USB. Do tej pory miałem u siebie dwa urządzenia, które były znacząco lepsze – Fidata i NET-a firmy Rokna Audio. Inne oferowały albo podobny, albo niższy poziom. Za każde z tych dwóch urządzeń natomiast trzeba zapłacić kilka razy więcej, niż kosztowało mnie złożenie komputera nawet z wszystkim dodatkami. Do tej pory nie znalazłem więc żadnego konkurenta, który przy rozsądnej cenie miałby wystarczającą przewagę nad moim PC, żeby weń zainwestować. Nucleus był kolejną próbą tego typu.

Jak się okazało przewagi obu tych urządzeń niemal się równoważą. Niemal, bo jednak to mój komputer wyszedł z tego pojedynku zwycięsko, acz jestem niemal pewny, że dobry zasilacz liniowy wystarczyłby, by urządzenie Roona „grało” co najmniej tak samo dobrze, a może i lepiej. Przewaga PC leżała bowiem po stronie nieco czarniejszego tła, co przekładało się na bardziej wyraziste, bardziej kolorowe granie. Także na lepszym skupieniu i wyższej precyzji dźwięku. W czasie pierwszego odsłuchu nie miałem właściwie żadnych zastrzeżeń do tego, jak Nucleus reprodukuje dużą scenę, jak układa na niej poszczególne, spore źródła pozorne, jak pokazuje gradację planów – wszystko było na bardzo dobrym poziomie.

Znakomicie zabrzmiał zarówno koncert Jazz at the Pawnshop, jak i nagranie Michela Godarda z muzyką Monteverdiego nagrane na dziedzińcu opactwa Noirlac. Było to granie płynne, otwarte, z pełnymi wybrzmieniami, z dobrze oddaną akustyką pomieszczeń, ekspresyjne, świetnie oddające atmosferę nagrania i muzykalne. Po prostu takie, którego można z przyjemnością, zaangażowaniem i bez zmęczenia słuchać całymi godzinami. Dźwięk był czysty, rozdzielczy, różnicowanie dobre, nie brakowało dynamiki, co doskonale pokazały zarówno popisy nowoorleańskich zespołów dętych, jak i szaleństwa AC/DC, czy Rodrigo y Gabrieli.

Średnica była taka jak lubię, czyli gęsta i delikatnie ciepła, dzięki czemu zarówno wokale, instrumenty akustyczne, ale i choćby gitary elektryczne wypadały namacalnie, przekonująco i, co dla mnie zawsze bardzo ważne, angażująco. Z Nucleusem nie było żadnych oczywistych ograniczeń na skrajach pasma – góra była otwarta, dźwięczna, a dół szybki, zwarty i mocny, ale dobrze trzymany. Jasne było więc, że to transport wysokiej klasy, który nie zawodził w moim, całkiem przecież niezłym systemie niezależnie od rodzaju muzyki.

Dopiero bezpośrednie porównanie ze specjalizowanym komputerem PC, odsłuch tych samych utworów na obu urządzeniach bezpośrednio, na ile to było możliwe z racji konieczności przelogowywania się w Roonie, po sobie pokazało, że ten ostatni gra nieco precyzyjniej, w jeszcze bardziej uporządkowany sposób. To nie były duże różnice i wynikały, co wnoszę z doświadczeń z różnymi urządzeniami i zasilaczami do nich, właśnie z przewagi w zakresie lepszego, czystszego zasilania.

Przewagą Nucleusa natomiast było nie tylko natychmiastowe uruchamianie, ale i większa płynność obsługi Roona. W przypadku mojego PC-ta, pomimo optymalizacji Windowsów, zdarzają się czasem jakieś przycięcia, czy opóźnienia (nie w czasie odtwarzania – mówię cały czas o obsłudze z tabletu), których nie było z testowanym urządzeniem. Oczywiście PC to możliwość aktualizowania Windowsów, a co za tym idzie możliwość pojawienie się po tej operacji takich, czy innych problemów. To kwestia konieczności instalowania sterowników dla DAC-ów USB, to możliwość powstawania konfliktów tychże, to mimo optymalizacji ogromna ilość procesów funkcjonujących w tle, które mają negatywny wpływ na brzmienie. To, mówiąc wprost jednak niedoskonały erzac transportu plików.

Nucleus to oczywiście nadal jest komputer, a nie wymyślone od podstaw urządzenie do odtwarzania plików, ale jednak maksymalnie zoptymalizowany pod tym kątem. Jego system operacyjny jest zdecydowanie prostszy, bardziej stabilny, nie wymaga sterowników i jest zintegrowany z samym Roonem, dzięki czemu pracuje optymalnie. Nie jest to ciągle najlepsze możliwe źródło plików, jakie znam, ale zasilacz liniowy na pewno zbliży go do takowych. Koszty przy tym będą zdecydowanie niższe.

Podsumowanie

Do Nucleusa można spojrzeć z dwóch różnych stron. Po pierwsze, można wyjść od Roona. Jest to jedno z najlepszych rozwiązań tego typu na rynku. Zawsze można się spierać, czy to właśnie Roon daje najlepsze brzmienie, natomiast jego funkcjonalność, przyjazność, ilość informacji towarzysząca naszej ukochanej muzyce są po prostu fantastyczne. Jeszcze raz powtórzę, że choć cena w pierwszej chwili może wydawać się wysoka, to dotyczy ona licencji dożywotniej i obejmuje wszystkie aktualizacje i nowe wersje programu, jakie mogą się pojawić. A gdy dodatkowo spojrzeć na Roona, jako na odtwarzacz, na dodatek umiejący dostarczać sygnał muzyczny do kilku urządzeń w domu na raz, to cena robi się już całkiem przyjazna.

Jeśli chcemy wykorzystać pełnię jego możliwości, ale bez zabawy we własnoręczne budowanie komputera, bez zabawy w jego ciągłe poprawianie i optymalizację to teraz wybór jest prosty – kupujemy Nucleusa i licencję na Roona. Dostajemy wówczas bajecznie proste w obsłudze, niewymagające żadnej szczególnej wiedzy komputerowej urządzenie, które dostarczy sygnał wysokiej klasy do naszego DAC-a, amplitunera, czy innego kompatybilnego urządzenia. Słowem – proste, bezproblemowe, niewielkie, ładnie prezentujące się na półce i bardzo dobrze „grające” urządzenie.

Można też podejść do Nucleusa od drugiej strony. Załóżmy, że chcemy grać muzykę z plików, które na dodatek mamy porozrzucane po różnych urządzeniach podłączonych do domowej sieci. Lubimy wygodę i prostotę obsługi, nie znamy się jakoś szczególnie na komputerach. Pomimo korzystania z niematerialnych nośników muzyki chcemy mieć na wyciągnięcie ręki okładki i ogromną ilość informacji o danej płycie, wykonawcach, itd. Szukamy więc najlepiej niewielkiego, ładnego urządzenia, które na dodatek zapewni naszemu wypasionemu przetwornikowi cyfrowo-analogowemu sygnał wysokiej klasy.

Nucleus plus licencja Roona są jedną z lepszych i na dodatek, w kategoriach audiofilskich, rozsądnie wycenionych propozycji, które spełniają wszystkie te wymagania. Czy da się lepiej? Tak, jak pisałem serwery Fidata albo Rokna Audio NET, który też pozwala korzystać z Roona, są urządzeniami „grającymi” jeszcze lepiej, tyle że kosztują 5-6 razy więcej niż podstawowa wersja Nucleusa. Dopóki więc nie jesteście skłoni wydać takich pieniędzy, albo składać własnego, dedykowanego komputera, propozycja Roon Labs jest po prostu jedną z najlepszych.

Choć nie miałem okazji tego sprawdzić jestem pewny, że warto do niego dokupić dobry zasilacz liniowy, acz może to być apgrejd na później. Ale nawet bez niego to bardzo dobre źródło, które pozwoli wam zgłębić świat muzyki w plikach, także tej streamowanej z Tidala.

Dane techniczne (wg producenta)

Wymiary (S x G x W): 212 x 156 x 74 mm
Waga: 2,5 kg
Zasilanie: 12-19 V DC
Złącza: (2x) USB 3.0 (do podłączenia DAC-a USB i/lub dysku twardego USB); (1x) HDMI (wyjście audio stereo/wielokanałowe); (1x) Gigabit Ethernet LAN
Dysk twardy: dodatkowa opcja – 2,5” SATA SSD lub (maksymalna wysokość dysku to 9,5 mm)
Biblioteka: obsługuje do 10 000 albumów (100 000 utworów)
Obsługuje do 6 stref jednocześnie
Wszystkie funkcje DSP dostępne dla plików PCM, niektóre w wersji bez „+” mogą nie działać dla plików DSD